Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

Miejsce na fanfiki, cosplay, modele i inną twórczość inspirowaną Gwiezdnymi wojnami.
Awatar użytkownika
Kas'sil'arani
Lady Honorowa
Posty: 1861
Rejestracja: 03 paź 2015, 20:16
Lokalizacja: Copero, Chiss Space

Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

#1

Post autor: Kas'sil'arani » 28 lis 2016, 14:06

Szkoła Kreacji ma zaszczyt przedstawić fanfik zespołowy, po raz pierwszy tworzony w takim składzie. Poza dobrą zabawą tekst ten ma na celu wprawienie się we wspólnym pisaniu oraz rozwijanie własnych postaci. Chociaż przedstawia nas już nowokanonicznie, tytułowe "złote runo" nadal jest legendarne. Ragnos da, będziemy odzyskiwać skarb za skarbem, a może pojawi się i coś nowego, a równie cennego? Zapraszam do lektury.


[17 ABY, Szkoła Kreacji, Rhelg, wieczór]

Płochliwe cienie drgały na kamiennej płaskorzeźbie, sprawiając że wykute postaci zdawały się poruszać. Wykonane z prawdziwego kryształu miecze rozsyłały na cały pokój złociste odblaski ognia z pobliskiego kominka. W pogrążonym w półmroku salonie Mistrzyni Sithów Kas'sil'arani siedziała wygodnie rozparta na szerokiej kanapie, niedbale obracając w błękitnych palcach drobny owoc winokrzewu. Spoglądała na zajmującą niemal całą ścianę wyrzeźbioną scenę pojedynku legendarnych wielkich Lordów Sithów: Ludo Kressha i Nagi Sadowa, ponad którymi unosił się duch Marki Ragnosa. To konkretne dzieło skupiało się na tym pierwszym, wysuwając jego postać ku przodowi.
Cichy trzask polan zajmowanych przez ogień stanowił dobre tło do rozmyślań, bo ostatnie miesiące wprowadziły kilka ważnych zmian do życia Chissanki. Nadszedł też czas, by niektóre plany zrealizować.
Jej wzrok spoczął na wykrzywionej w grymasie gniewu twarzy Kressha. Był lordem Starego Imperium, magiem i wojownikiem, pełnym ambicji i pasji, uosobieniem zła - Sithem. A mimo to robił co mógł, by ocalić tych, którzy znaczyli dla niego najwięcej. Nie udało mu się, jednak nie z jego winy.
Kass poczuła lodowaty kolec strachu w żołądku: jeśli jemu się nie udało, cóż może zrobić Mistrz Sithów? Zaraz jednak w jej sercu strach zniknął pod rozgrzewającą falą gniewu: jej się uda. Jej musi się udać. Nie ma innego scenariusza.
Odruchowo zacisnęła zęby i zwinęła dłonie w pięści, aż przez palce pociekły różowe krople soku winokrzewu: jeśli nie mogą sami o siebie zadbać, zrobi to za nich. Ochroni tych, którzy sami nie są w stanie ochronić siebie. Po to stworzyła jeden z talizmanów, który już od kilku tygodni służył swojemu panu.
Ale był jeszcze inny artefakt, o wiele potężniejszy i o wiele starszy. Wykonał go Ludo dla swojego syna, a Bractwo nie odzyskało go do tej pory. Ostatnie zapiski jakie odnalazła sucho mówiły o misji Jedi podczas Wojen klonów na odległy księżyc Draay 2. Jednak ekspedycja nie przywiozła żadnego trofeum. Jeden z nielicznych skarbów Rhelg nie dostał się jednak w niegodne łapy. I bardzo dobrze.
Wstała i oblizała palce z soku.
- Przywiozę ją tutaj - powiedziała do kamiennego oblicza dawnego lorda - Przywiozę ją do domu.

***
Ostry, natarczywy dźwięk wyrwał Massnego Keene z głębokiego snu. Czekał chwilę, by sygnał budzika wdarł się głębiej w jego zaspany umysł i dopiero wtedy nie ruszając się, nie otwierając oczu pozwolił by popłynęła przez niego Moc. Wysłał impuls, który delikatnie wdusił przycisk wyłączający budzik. Uniósł ręce i gwałtownie natarł dłońmi twarz, by krew szybciej napłynęła do pokrytej bliznami skóry.
Odrzucił przykrycie, westchnął i wstał. Czuł się wypoczęty po popołudniowej drzemce, wcześniej odbył morderczy trening z mieczem. Przeciągnął się, wykonał parę przysiadów i ruszył w stronę aneksu kuchennego by przygotować sobie napój energetyczny. Gdy popijał małymi łykami energetyka, zamyślił się. Mistrzyni Kas'sil'arani wymyśliła, że członkowie Szkoły Kreacji wyruszą wspólnie na „wycieczkę integracyjną”. Oczywiście nie będzie to lot na barbecue z morzem forwijskiego piwa do wypicia i tańczącymi na stołach Twi'lekankami. Integracja polegać ma na wspólnym wykonaniu misji poszukiwawczo - archeologicznej. Praca zespołowa. Massny pomyślał, że to dobry pomysł. Członkowie Szkoły coś w końcu zrobią razem, a nie tylko mijają się w korytarzach wymieniając zdawkowo pozdrowienia. Tak, stwierdził, to dobry pomysł. Sam w sobie, bo Inwigilator nie był teraz zadowolony. Miał inne plany na ten czas. Plany te były związane z Colle, jego operatorką z „Elassy Huros”. No cóż, najpierw obowiązki, przyjemności później. Wzruszył ramionami, odstawił pustą szklankę i ruszył w stronę szafy by się ubrać. Czas się przygotować do odprawy ekspedycji.

***
[Felucja]

- Taak, postawię to tutaj. Co? Jaka znowu holowiadomość? Moglibyście w końcu się zamknąć i dać mi pracować! Tak, jestem wam wdzięczny, że mnie uczycie, ale czasami mam was dość! No dobrze, odbiorę. Mam nadzieję, że to coś ważnego.
Mistrz Kadren Sal stał w swoim gabinecie całkiem sam. Mało kto wiedział, że był Sithem. A jeszcze mniej osób wiedziało, że rozmawia z duchami starożytnych przedstawicieli tego ludu. Odkąd podczas studiów medycznych przeczytał o historii Sithów, zaczął badać ich magię, przez co popadł w szaleństwo i zaczął słyszeć głosy. Otrzymał ostatnio stanowisko w jednej z korporacji medycznych na Felucii, którą miał dyskretnie kontrolować, co w połączeniu z jego studiami medycznymi z młodości nie wydawało się podejrzane. Rzadko też opuszczał planetę. Lubił ją. Od czasu do czasu jednak pojawiał się na Korribanie i Rhelg.
Devaronianin starał się ukrywać fakt, że eksperymentuje nad przedłużeniem życia. Spokojny i opanowany, nie sprawiał na pierwszy rzut oka wrażenia wariata. Jednak ostatnio coraz częściej głosy zwracały uwagę, że coś może się wydarzyć. I dzisiaj miało się to stać.
Wygładził czarną szatę, przeczesał palcami brodę i włączył projektor. Ukazała się postać Mistrzyni Kas'sil'arani.
- Witaj, Mistrzu - odezwała się Chissanka - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie - odparł krótko. ("przeszkadza, przeszkadza, wiesz o tym" - szeptały głosy). - Zamknijcie się w końcu! - krzyknął.
- Mistrzu Sal?
- Przepraszam... jestem trochę... niedysponowany.
- Znowu duchy? - wiedziała o jego przypadłości, podobnie jak większość członków Bractwa.
- Tak. Ale słucham.
- No dobrze. Chciałam zaproponować, abyś dołączył do mnie oraz Infiltratora Cineusa, Akolity Zverisa oraz Inwigilatora Massnego podczas misji poszukiwawczej.
- Ciekawe. Czego mielibyśmy szukać?
- Rękawicy Kressha Młodszego.
Duchy ożywiły się, szepcząc do niego. Rękawica była podarunkiem Ludo Kressha dla jego syna. Z tego, co widział na obrazach w jednej z ksiąg, warta była posiadania chociażby ze względu na swój niezwykły wygląd. A jeśli dodać do tego właściwości...
- Chętnie. Dokąd lecimy?
- Według ostatnich danych znajduje się ona na księżycu Draay 2 w Dzikiej Przestrzeni, w okolicy dawnej świątyni Jedi. Mamy ją znaleźć i przywieźć na Rhelg, potem zaś, po badaniach oddamy do Cytadeli Strażników Wiedzy.
- Po badaniach... oddamy... nie... na pewno nie... - mówiły głosy. - Ma się kurzyć? Tego chcesz?
- Przepraszam na chwilę - oddalił się od projektora.
- Mówiłem coś! Nie wtrącajcie się! - odetchnął głęboko i wrócił do Mistrzyni. Odchrząknął.
- Kiedy wyruszamy?
- Poinformuję cię, Mistrzu. Musimy się jeszcze przygotować.
- W porządku. "Król Devaronu" będzie gotów do odlotu w każdej chwili.
- Dziękuję. Niech Moc dobrze ci służy - po tych słowach Chissanka miała się rozłączyć, ale nie zrobiła tego. Podrapała się po nosie i dodała - Wolałabym, żeby została na Rhelg, ale moim zdaniem jest zbyt cennym artefaktem, by... Powinna być albo u samego Mrocznego albo w skarbcu na Khar Shian. Oczywiście, gdyby była konieczność zawsze można jej użyć… - uśmiechnęła się lekko - Ale wpierw musimy ją w ogóle znaleźć. - rozłączyła się.

***
[Rhelg]

Piękne gwiaździste niebo ponad migotliwą kopułą pola ochronnego i cisza, którą zakłócał jedynie podmuch lekkiego wiatru mącącego wodę w basenie i ciche brzęczenie owadów latających dookoła ośrodka, dawały bardzo dobre warunki młodemu Zverisowi do medytacji. Na tle gwiaździstego nieba widać było tylko jego sylwetkę oraz rogi charakterystyczne dla jego rasy. Siedząc w pozycji pełnego lotosu, dłońmi opierając się o kolana starał skupić się tylko na chwili obecnej oraz na Mocy. Starał się uspokoić umysł i emocje, aby zanurzyć się w samej Mocy. Robił tak, ponieważ kochał to uczucie jedności z wszechświatem oraz po prostu miał poczucie, że Moc jest właśnie najważniejszym aspektem w jego życiu.
Medytując miał różne przeczucia, za którymi starał się podążać, ale kiedy tylko próbował, po chwili były one przerywane, a młody Akolita wpadał w gniew i zaczynał czuć przepływ Ciemnej Strony. Będąc pod jej wpływem czuł siłę drzemiącą w nim oraz chęć zdobywania… sam nie wiedział czego. Dopiero niedawno skończył Akademię, więc cały czas stara się zrozumieć Moc oraz to, co odczuwa przebywając w niej. Po krótkiej igraszce z Ciemną Stroną, starał się uspokoić umysł by wejść w nowy medytacyjny trans. Zawsze potrzebował na to chwilę czasu. Wszystko zaczynało się podobnie. Najpierw od otworzenia oczu i spojrzeniu na nieboskłon, przeciągnięciu zesztywniałych mięśni pleców i karku, rozciągnięcia palców i dłoni oraz wyprostowaniu i rozciągnięciu nóg. Po tym wszystkim znów układał się w pozycji pełnego lotosu, kładł dłonie na kolanach, brał głęboki dłuższy oddech i wydychając powietrze zaczynał skupiać się to na wietrze, to na owadach, aż w końcu powoli, leciutko, tak jak podczas zasypiania, jednoczył się z Mocą, która i tym razem przyniosła mu pewne nowe uczucie…
Medytujący słyszał głos, niewyraźne słowa, po prostu stłumiony, zawodzący głos gdzieś z oddali. Szukał tego punktu, cały czas zważając na zachowanie spokoju, żeby znów nie wypaść z tego wspaniałego pojednania się z Mocą. Próbował wysilić słuch, ale to było na nic. Po chwili doszedł do wniosku, że ten odgłos mógł być tylko jego projekcją na przyciągnie, które odczuwał. Kiedy tylko skupiał się na zlokalizowaniu tego punktu, który tak go nęcił, odczuwał skutek zupełnie inny… tracił go. Na razie udało mu się nie stracić tego połączenia, ale z każdą porażką, jaką odnosił, czuł siłę, która do niego przychodziła. Coraz mniej spokojny trans przerodził się w medytację przepełnioną emocjami. Nie byle jakimi, a uporem, złością i frustracją. Emocje rosły, spokój umierał. Rodziło się pożądanie odnalezienia tego punktu, który nie chciał dać spokoju młodemu Zabrakowi. Czuł się coraz potężniejszy przez tą medytację, ale wciąż nie mógł znaleźć tego, czego szukał. I kiedy już wydawało mu się, że zbliża się do rozwiązania zagadki wybudził go dźwięk komlinku.
Dla postronnego obserwatora wyglądał jak bestia, wydał z siebie okrzyk, który jakby na chwilę wyciszył teren dokoła niego. Z oddali dało się go zobaczyć jako stojącego mężczyznę z dłońmi ułożonymi w pięści, którego oczy świeciły się na żółto-czerwono. Po kilku oddechach młody Akolita uspokoił swoje wnętrze, zerknął na urządzenie, które przerwało jego medytację. Gdy sięgał po komlink, powoli dochodziło do niego, co się przed chwilą stało.
- Słucham? – pytanie starał się zadać jak najbardziej neutralnie, mając nadzieję, że nie da się usłyszeć, złości na dzwoniącego.
- Z tej strony Mistrzyni Kas'sil'arani – w tym momencie Zveris lekko zamarł.
- Witaj Mistrzyni w tą.. – tutaj przerwał, bo dopiero spostrzegł, że na około jest jasno, a kiedy ostatnio miał otwarte oczy było ciemno – ten piękny poranek – wydukał z siebie, wciąż pełen zmieszania emocjonalnego.
- Czy coś się stało, Akolito?
Po tym pytaniu Zveris nie wiedział, co ma odpowiedzieć, za dużo się działo w jego wnętrzu, żeby to opisać bez zbędnego chaosu.
- Po prostu wyrwałaś mnie z bardzo głębokiej medytacji, o której, jeśli tylko chcesz mogę Ci opowiedzieć, Mistrzyni – dodał już spokojniej – Co mogę zrobić?
- O szesnastej mamy spotkanie w sali ceremonialnej – odpowiedziała.
- Dobrze, będę na czas, Mistrzyni. – dopiero teraz zaczął zyskiwać świadomość miejsca i czasu i tego wszystkiego, co się stało. Rozejrzał się dokoła, wyczulił słuch i węch, aby poczuć ten nowy dzień. Poczuł zapach trawy, dżungli rosnącej niedaleko samego ośrodka, usłyszał dające o sobie znać hodowane przez Lady Mirash rankory żyjące w tym lesie. Po kilku sekundach zebrał z ziemi swoją dolną część szaty, założył ją i poszedł w kierunku szkoły. „Czas się wykąpać i przeanalizować co się działo podczas nocnej medytacji…” idąc, patrzył przed siebie, a wzrok miał nieobecny.

***
Obowiązki rektora sprawiały, że Kas’sil’arani nie mogła swoim podopiecznym w Szkole Kreacji poświęcić tyle uwagi ile by chciała, a zwłaszcza Akolitom i Infiltratorowi. A kiedy już była na Rhelg musiała dzielić swój czas między papierkologię i alchemię tak, że głębokie medytacje musiała sobie odpuścić. Dlatego zawsze ilekroć było to możliwe nalegała, by podczas pracy w laboratorium towarzyszył jej któryś z Sithów niższych rangą i to bez względu na to, czy ofiara chciała zostać alchemikiem czy też nie miała ku temu żadnych aspiracji.
Obecnie, wciąż lekko przerażony tym, gdzie jest, towarzyszył jej Zveris. Młody Zabrak z zapałem nadrabiał podstawy alchemii, dziedziny tak różnej od ogólnej nauki, jaką poznawał na rodzinnej Iridonii.
Laboratorium Kass znajdowało się kilkanaście metrów pod jej pawilonem. Prostokątna sala mieściła w sobie kilka durastalowych stołów, sprzęt laboratoryjny stanowiący połączenie estetyki i biotechnologii Chissów z myślą Imperium oraz pięć transparistalowych kapsuł podobnych do komór klonujących, ustawionych pod jedną ze ścian. Już podczas pierwszej wizyty w laboratorium Zveris przyglądał się im. Każdą wypełniał niebieskawy, przezroczysty płyn, w którym unosił się młody humanoid. Od razu było widać, że trzy z nich to hybrydy Twi'leka, Człowieka i Zabraka, a dwa ostatnie, chociaż bliźniaczo do siebie podobne, różnił wiek: dwie dziewczynki, jedna na oko dwuletnia, druga starsza, sześcio, może siedmiolatka. Zveris nie spotkał żadnej innej Chissanki by móc porównać rysy twarzy, ale domyślił się, że były to klony Mistrzyni Kass.
Teraz, czekając na efekt własnego doświadczenia spacerował przed komorami i przyglądał się wszystkim istotom. Żadna nie miała imienia, podpisano je jako Obiekt 3, 4 i 5, a klony nazywały się po prostu Kass 1 i Kass 2. Mało wyrafinowane, musiał przyznać. Ciekaw był, skąd się wzięły i po co, oraz czy Mistrzyni zmieniła im genetycznie prędkość wzrostu, ale nie śmiał.
- Dwa pierwsze mi nie wyszły - odezwała się tuż za nim tak nagle, że Zabrak aż podskoczył. Kiedy odwrócił się do niej, natychmiast cofnął o krok, bo gapiły się na niego pałające, czerwone oczy. Oczy, które teraz przesłaniało szkło powiększające, przez co były jeszcze większe i w ogóle wyglądały strasznie.
- Aha - odparł, kiwając głową - To są hybrydy, tak?
- Wolę określenie chimery. - zdjęła szkła z głowy - Twi'lek jest najbardziej zmodyfikowany. - podeszła do zbiornika z błękitnoskórą istotką i poprzez Moc sprawdziła parametry. Musiały być dobre, bo skinęła głową. - No ciekawe, co z tego wyjdzie. - mruknęła bardziej do siebie niż Akolity, zaraz jednak znów na niego spojrzała - Jak twoje doświadczenie? Gotowe do testów?
- Testów… tak. Chociaż myślałem sobie, że dłużej i dokładniej nad nim popracuję i…
- Nonsens. Stworzysz następny kawałek i tyle. - odwróciła się i podeszła do drugiego stołu, gdzie wysychał płatek materiału. Pochyliła się nad nim, przeskanowała, spojrzała na wyniki, mruknęła “hm”, wyciągnęła nóż, który często nosiła umocowany na udzie i zaczęła dziabać czubkiem w materię. - No, nie wbił się. Ładnie. - pochwaliła chowając nóż. Jednak zaraz odpięła swój czerwony miecz świetlny, włączyła i przyłożyła ostrze do płótna. Poszedł dym, ale nic więcej się nie stało. Pokiwała z uznaniem głową, cofnęła dwa kroki i mocnym cięciem oburącz znad głowy przepołowiła i materiał i stół. Chemikalia, mikstura, menzurki i probówki z hukiem posypały się na podłogę. Chissanka zgasiła miecz. - Do dopracowania. Ale bardzo ładnie osiągnąłeś pierwszy etap. Musisz pamiętać o równym rozkładaniu odczynników podczas nasycania materiału. Właśnie dlatego konieczny jest do tego rytuał, skupienie, silniejsze połączenie z Mocą. Dzisiaj było za słabo. Pracuj w głównym laboratorium, tam nikt ci nie będzie patrzył przez ramię.
- Dobrze, Mistrzyni. - odparł.
Mocą uruchomiła droida sprzątającego i poszła do wyjścia. Wpół drogi odwróciła lekko głowę i skinieniem dała Akolicie znak, by poszedł z nią.

- To co chciałeś mi opowiedzieć o swojej medytacji, Zverisie? - zapytała, gdy przecinali główny plac Szkoły Kreacji, kierując się ku Świątyni Mocy, prostej, kamiennej budowli wzniesionej wśród drzew, niedaleko pawilonów.
- Próbuję ostatnio więcej medytować, aby połączyć się z Mocą… czuję, że to jest to, czego mi potrzeba. I nie chcę zabrzmieć jak Jedi – przewrócił oczami – ale chcę wiedzieć co mnie może czekać, co Moc dla mnie szykuje. – po tej wypowiedzi nastąpiła dłuższa pauza. Akolita szukał odpowiednich słów na wyjaśnienie wszystkiego, co kręciło się w zakamarkach jego umysłu. Patrząc przed siebie, podjął:
- Chodzi o to, że podczas medytacji słyszałem jakiś głos, za którym starałem się pójść. Po chwili jednak zrozumiałem, że jest to najprawdopodobniej moja interpretacja przyciągania, jakie czułem. – spojrzał na Kas'sil'arani – coś mnie woła, ale nie mam pojęcia, co to może być. Kiedy tylko próbuję za tym iść, medytacja urywa się, bo albo emocje rosną albo po prostu tracę koncentrację. – ostatnie słowa wypowiedział z lekką złością. Twarz mu spoważniała i aura lekko zmieniła – Jednak próbując dalej, zawsze wracam do tego samego miejsca i to połączenie się urywa. Nie poddając się jednak za każdym razem próbuję dalej. Przy ostatniej próbie zacząłem czuć pewność siebie i siłę, wraz z nią czułem swoją potęgę… która tak naprawdę w tym momencie nie jest taka wielka, ale jednak moje wnętrze czuło się bogiem. – znów zaczął patrzeć się w stronę świątyni. Na samo wspomnienie, na twarzy Zverisa pojawił się lekki, złowieszczy uśmieszek – Ten stan został przerwany przez ciebie, Mistrzyni. Kiedy tylko komlink wyprowadził mnie z tego transu, poczułem się jak bestia, która pragnie śmierci, czułem agresję i nienawiść. Nie pamiętałem już o tym gdzie jestem, kim jestem i czego szukałem. – przypomniał sobie swoje emocje, poczuł je i miał wrażenie, że Mistrzyni również – Naprawdę poczułem potęgę… potęgę Ciemnej Strony – na te słowa, jego oczy na chwilę, ledwie zauważalnie zmieniły kolor na czerwono-żółty, a Kass uśmiechnęła się lekko. Akolita rozkoszował się uczuciem, które się w nim znów pojawiło, choć było tylko jak lekkie muśnięcie wiatru w porównaniu do tego, co czuł przed paroma godzinami, ale i tak dawało mu to niewyobrażalną rozkosz. Uspokoił się jednak, bo przypomniał sobie, z kim rozmawia – Wybacz, Mistrzyni. To uczucie jest tak silne po raz pierwszy odkąd trafiłem do Akademii. I właśnie tutaj mam problem ze zrozumieniem tego, co się dzieje.
Spojrzał w górę tak, aby znowu ułożyć myśli w spójną, merytoryczną całość. Spuszczając wzrok od razu zaczął mówić pewnie: – Po prostu wydawało mi się, że medytacja wymaga spokoju i ten spokój daje. Że potrzebna jest koncentracja. A ja nagle poczułem prawdziwą siłę i podobało mi się to. A co najlepsze, dalej w tych emocjach mogłem medytować – lekko zawiesił mu się głos – ale to był inny rodzaj medytacji. – uspokoił głos, spojrzał pewnie na aktualną opiekunkę Szkoły Kreacji: – Co to było za uczucie? Czemu pomimo emocji, mogłem zachować taki stan? Oraz co mnie wzywa, skąd? I co najważniejsze… dlaczego sam nie mogę się na tyle skupić żeby dojść do tego samemu? – zapytał z oczekiwaniem wymalowanym na twarzy.
Kass nie przerywała mu, słuchając uważnie i raz po raz lekko przytakując. Odezwała się dopiero teraz, odpowiadając na jego ostatnie zapytanie:
- To była Ciemna Strona Mocy, Zverisie. I emocje, nad którymi panowałeś. Poznajesz ją coraz lepiej, wzrastasz w umiejętnościach i tak oto się objawia. Nie wiem, co cię wzywa, ale mogę pomóc ci sprawdzić. Zobaczymy, jak daleko uda nam się dotrzeć. Sam jesteś jeszcze za słaby i dlatego ci się nie udaje. Ale z czasem to się zmieni.

Weszli do głównej sali Świątyni Mocy, gdzie prawie na środku stał kamienny ołtarz, a ustawione z rzadka pochodnie rzucały mdły blask na kamienne ściany. Poza tym sala była pusta. Chissanka usiadła na skrzyżowanych nogach na gołej ziemi i wskazała Akolicie miejsce na przeciw siebie.
- Co do reszty twoich rozważań, ja, jak zresztą większość Chissów, uważam że to, co nas spotyka jest zależne tylko od nas. Jeśli chcę czegoś, muszę po to sięgnąć. Nie ma czegoś takiego jak zapisane gdzieś tam przeznaczenie, więc ja nie uważam, by moimi ścieżkami kierowała Moc czy coś dla mnie przygotowała. Ale rozumiem, co masz na myśli. Sama unikam jak ognia wizji przyszłości... Noo, poza walką, gdzie są konieczne.
Sądzę, że twój gniew po wybiciu z medytacji to nic innego jak silne uczucia, które wyciągnąłeś w pełnej krasie i nie zdążyłeś ich ujarzmić. Jedi powiedzieliby ci, że masz pozbyć się emocji i wtedy prawdopodobnie za którymś razem dotrzesz do celu, do tego, co cię woła. I możliwe, że mieliby rację. My zaś myślimy inaczej. Uczucia to surowy kryształ, który należy wyszlifować, właściwość dana tylko nam, Sithom. Ujarzmione, ale nie stłamszone, pomogą ci zwiększyć koncentrację i siłę twoich działań. Najpierw musisz nauczyć się zaprzęgać je do roboty, a dopiero potem, z ich wsparciem, sięgać głębiej i dalej. Wszystko ma swoją kolej. Na Rhelg dobrze się medytuje. To miła planeta do ćwiczeń z Mocą, ma ogromny potencjał - tu uśmiechnęła się i rozłożyła ręce - Czuję, jak drży wokół nas. I mruczy.
- Mruczy? - zapytał.
- Tak. Dla mnie ona mruczy. Korriban brzmi inaczej.
Zamknęła oczy i sięgnęła myślami ku rozciągającej się dookoła nich Ciemnej Stronie. W tym miejscu, w tej świątyni skupienie i złączenie z Mocą było łatwiejsze. No, w sumie po to została zbudowana.
- Zacznijmy. - szepnęła, a dźwięk ten zabrzmiał jak szelest i odbił się echem od ścian - Skoncentruj się i pozwól mi prowadzić twoje emocje.
Zveris zamknął oczy, wyciszył umysł... i zachłysnął potęgą, jaka się wokół niego rozpościerała. Odczuwał pokój i chaos, czuł jakby w jednym momencie był wszystkim i nikim. Potęga ta zawsze dawała Zverisowi nadzieję, ale też niepokój. Czuł się małym trybem w wielkiej maszynie, a zarazem miał wrażenie, że jest tym jednym z decydujących, to właśnie tą świadomość zawdzięczał naukom Sithów. Wszechobecny dualizm zawsze uświadamiał młodemu Akolicie, że nie może trzymać się tylko jednej strony. Nikomu jeszcze nie mówił, co naprawdę sądzi o Mocy, ale też nikt tak szczerze go o to nie pytał. Będąc w tym stanie, wiedział, że opieranie się tylko skrajnie na jednej stronie daje potęgę. Ale zdobyta potęga płynie wtedy tylko przez tą jedną, konkretną drogę. Nie ma znaczenia czy Ciemna czy Jasna, obie skrajności mogą dać duży rozwój… bądź zatrzymać go. To, co tutaj odczuwał, to właśnie ten jego wewnętrzny dualizm. Wierzył, że jego drogą jest chodzenie na granicy. Po chwili rozkoszy i zadumy, jaką przeżył Zabrak, znów usłyszał ten charakterystyczny szmer gdzieś z oddali, szmer, który nie dawał mu ostatnio spokoju i spowodował nagły wybuch emocji. Oprócz tego skupił się na tym, co mówiła Mistrzyni, czyli na samej planecie i coś zaczął czuć…
- Co to jest? - zapytał sam siebie.
- To jest Rhelg - odparła jaśniejąca, unosząca się lekko w powietrzu istota, otoczona znaną mu aurą Mistrzyni Kass - Chodź. Poprowadzę cię.
- Ależ Mistrzyni, jak ty się tutaj znalazłaś? – nie ukrywał szoku, jaki przeżył, bo jeszcze niczego takiego nie widział w życiu.
- To moja obecność w Mocy. Tu nie ma czasu, nie ma przestrzeni, a jednocześnie istnieją wszystkie wymiary. Z czasem zrozumiesz.
- No dobrze. W takim razie jak możesz to wsłuchaj się w ten lekki sygnał nadchodzący z stamtąd - wskazał punkt z którego słyszał ten lekki szmer. - To właśnie stamtąd dobiega mnie to wołanie, o którym mówiłem.
Teraz starał się jakby iść w jego kierunku i nagle poczuł, że nie jest mu tak trudno jak wcześniej. Odczuł obecność swojej mistrzyni i jej wsparcie. Tym razem kierując się ku temu “głosowi” spróbował wesprzeć się odrobiną siły z Ciemnej Strony Mocy, co zaskutkowało dekoncentracją. Na szczęście, dzięki otrzymanej pomocy mógł kroczyć dalej tą ścieżką.
- Dziękuję za pomoc. - powiedział kierując się dalej w tym kierunku, z którego docierał szmer… jednak zgasł i nagle pojawił się gdzieś obok, więc zmienił kierunek i pędził ku kolejnemu sygnałowi. Zaczął się ekscytować i myśleć o tym co może go czekać aż nagle usłyszał głos Kas’sil’arani:
- Zverisie! Skup się, nie uciekaj myślami bo stracisz połączenie i będziesz musiał zaczynać od nowa.
Speszony Akolita poczuł siłę jej słów i od razu całą energię skupił na koncentracji. Dzięki temu poczuł, że zbliża się do punktu przełomowego - Czuję, że zmierzamy w kierunku czegoś na czym odbyła się walka Mocy, walka między mrokiem i światłem.
- Mrok i światło walczą zawsze i wszędzie, każdego dnia, a mimo to jedno bez drugiego nie istnieje. Walka z samym sobą może być równie potężna co bitwa dwóch armii. Twój cel jest zbyt odległy. - pogrążona w głębokiej medytacji oczyma duszy widziała, jak nici przeznaczenia Zverisa giną w mglistej dali. Teraz byli za daleko, by dowiedzieć się, czym jest to, co go woła ku sobie. Ale wielkich bitew między mrokiem i światłem w tym kierunku, gdzie poszybowały ich myśli wiele nie było. - Czerp siły ze źródła, naucz się je znajdywać i użyj do własnej woli. Wzmocnij się tym, co masz na wyciągnięcie ręki. - pouczała go, a Zveris posłuszny jej słowom pochwycił oplatające ich wici Mocy i zaczął łączyć je ze swoimi, budując wokół siebie jakby kryształową zbroję. Czas na próbę uczuć. - Teraz sięgnij w głąb swojego serca i przywołaj te emocje, które przywołałeś wcześniej. - mówiła głosem przypominającym szmer strumienia - Opleć, wzmocnij, nadaj taką formę, jakiej pragniesz.
Akolita posłusznie słuchał głosu Mistrzyni, ufał jej, pamiętał wszystkie lekcje z Akademii. Wiedział, że można na niej polegać, a jej a ranga nie wzięła się znikąd. Rozglądał się, próbując zaobserwować to, co się dzieje wokół niego, chciał cokolwiek zrozumieć, ale było tego za dużo „Jeszcze dużo nauki przede mną w zrozumieniu Mocy” ... ale za to ją kochał, za możliwość rozwoju i zrozumienia świata. „Pora wykorzystać to o czym mówi Mistrzyni”.
Zveris skupił się, przypomniał sobie emocje, jakie odczuł podczas poprzedniej medytacji. Jak na zawołanie zaczęły się znów w nim po kolei rodzić: ambicja, zawziętość, ciekawość, złość, czuł jak powoli traci kontrolę, zaczynał odlatywać i tracić kontakt i wtedy dobiegł jego uszu cichy głos, jakby szmer, która polecił mu okiełznanie emocji, ale w nowy sposób. „Opleć”, skupił się na emocjach, które odczuwał, po kolei próbował je przyswoić, zaakceptować i zrozumieć. Co było dla niego nowe, to fakt, że w tej rzeczywistości emocje były jakby materialne. Nie mógł ich złapać rękami, ale mógł to robić wolą. To był klucz, akceptacja i przyjęcie, a potem zdominowanie, wykorzystanie tej siły napędowej. „Wzmocnij” wykorzystał ten chwilowy triumf, aby jeszcze bardziej podsycić swoją ciekawość i ambicje, co od razu dało rezultat… poczuł ogarniającą go potęgę. „Teraz albo nigdy”, zaczął wykorzystywać agresję i złość do wzmocnienia swojej ambicji i mocy. Poczuł się jakby dostał jakieś wzmocnienie do mięśni, ale przecież nie było tu nic materialnego. Dzięki Mistrzyni dotarł do punktu, w którym zaczął korzystać z emocji lepiej niż do tej pory, umiał okiełznać te negatywne, silniejsze emocje na swoją korzyść. Pewnie nie udałoby mu się to tak łatwo, gdyby nie właśnie obecność i pomoc Kas’sil’arani.
Wykorzystując nowo poznane pokłady energii, zaczął skupiać się na tym szmerze, który słyszał z oddali. Teraz było to jakby wołanie, a nie szeptanie. Ruszył ku niemu i to, co zaczęło się zbliżać, budziło w nim przerażenie… tu były setki głosów, myśli. Czuł cierpienie, które zaczęło go przytłaczać. To spowodowało z kolei, że zaczął czuć się słabszy i bezbronny – Opamiętaj się Zverisie! Jesteśmy blisko! – usłyszał jakby zza pleców – Ale Mistrzyni, tutaj jest tyle cierpienia, to jest aż oszałamiające ile tego jest – odpowiedział ze szczerym przerażeniem w głosie – Pamiętaj Akolito, możesz korzystać z cierpienia aby zwiększyć swoją siłę – podpowiedział mu głos Mistrzyni. Stwierdzając, że zaszedł za daleko, po prostu wykorzystał to, co przed chwilą usłyszał i dopuścił do siebie to cierpienie, które zrodziło agresję, a ta dała mu siłę. Teraz wszystko stało się wyraźniejsze. Oprócz setek myśli i krzyków, wciąż obecnych na planecie w jakimś jednym punkcie, wyczuł też wojnę i śmierć. Kiedy próbował sięgnąć po więcej informacji, to oprócz tego, że miejsce to jest jednym z ważniejszych miejsc w historii Sithów, poczuł, że wzywa go coś, czego nikt nie znalazł przez tysiące lat: mały, zakopany i zapomniany przedmiot. Próbując analizować ten przedmiot w celu zrozumienia, czym jest, poniósł porażkę. Ale poczuł, że obiekt ten jest zjednoczony z Ciemną Stroną. Próbując uzyskać więcej informacji, jedyne, co wyczuł to nagłe wysysanie energii życiowej. Było to na tyle niespodziewane, że nie wiedząc, co się dzieje stracił całe to połączenie i zaczął jakby wracać do swojego ciała, cofać się setki lat świetlnych aż w końcu poczuł, że znów jest z krwi i kości. Otworzył oczy, a przed sobą widział ściany świątyni, czuł ciepło na skórze, która wydawała się teraz ciężarem w porównaniu do tego, co odczuwał wcześniej. Zaczął przyzwyczajać się do terenu na około niego, ręką dotknął podłogi, zaczął ruszać każdą częścią ciała, jaką tylko mógł, aby pobudzić mięśnie. Po chwili takiego świadomego relaksu i analizy ciała, odezwał się bezpośrednio do Mistrzyni.
- Poczułem to miejsce, tam jest mnóstwo cierpienia. A właściwie jest tam coś dziwnego, nie rozumiem tego. Setki myśli, emocji zebranych w jednym miejscu. Musiała tam być też kiedyś wojna, bo czułem jej skutki, to nie była jedynie wojenka pomiędzy jakimiś dwoma stronami. Tam była bitwa Mocy. - Mistrzyni przytaknęła jego słowom: ona też to czuła - Mam również przeczucie, że był to jeden z punktów, który zmienił bieg historii Sithów.
Wypowiedział wszystko spokojnie, próbując analizować, co zapamiętał. Po chwili namysłu dodał. – Dzięki Tobie, udało mi się wykorzystać to wszystko i zdobyłem tylko powierzchowne informacje na temat tego, co czułem. Tam jest coś zakopane, odrzucone, zapomniane. Niestety nic więcej nie mogłem wyciągnąć z tego, ponieważ… - przerwał, starając się ująć odpowiednio to, co poczuł – zacząłem czuć się jakby ktoś zabierał mi życie. Nie wiem, co to było, ale to chyba ten przedmiot. Czy wiesz może, co to może być i gdzie?

Pałające ciepłą czerwienią oczy Kas’sili rozjarzyły się w półmroku świątyni, gdy uniosła powieki wychodząc z medytacji.
- Zrobiłeś dziś wielkie postępy, Zverisie. - pochwaliła ucznia - Bardzo dobrze wzmocniłeś i opanowałeś swój gniew, jednak wciąż długa droga przed tobą. Pamiętaj, nie daj się porwać euforii, nie wzmagaj uczuć ponad poziom, w którym stracisz nad nimi kontrolę. Cierpliwości. Praktyka poprowadzi cię krok po kroku. Nie ma drogi na skróty, przekraczaj granicę o tyle, o ile dasz radę podołać zadaniu. Naucz się siebie, a będziesz mógł sięgać po pokłady energii na zawołanie. Poznawaj i ujarzmiaj swój potencjał, a będzie ci służył. - poprawiła się, przeciągając mięśnie pleców - Ewidentnie coś cię przyciąga. Jesteśmy za daleko, by poznać, co to takiego, a dzięki wiekom panoszenia się Jedi to coś pewnie jest dobrze i głęboko schowane. Nie, nie wiem, gdzie to jest, ale znamy mniej więcej kierunek - zdawała sobie sprawę, że określenie “mniej więcej” w realiach galaktycznych to spore niedopowiedzenie - Wyszukaj, jakie mogły być konflikty na południe od Przestrzeni Sithów, drogą eliminacji zostanie ci kilka miejsc. Być może będziesz musiał sprawdzić je wszystkie? Trudno też powiedzieć, kiedy to miało miejsce. Widzisz, Moc jest…. hm, jakby to ująć - jednoczesna: istnieje zawsze i wszędzie w tej samej chwili, nie ma dla niej wczoraj i jutro. Daleko czy długo to pojęcia właściwe nam, nie samej Mocy. Uważam, że to właśnie dlatego możliwe są wizje zarówno przyszłości jak i przeszłości: twoja świadomość może płynąć po falach, które są, a więc w Mocy przeszłość i przyszłość istnieją stale.
Patrzyła na niego jeszcze chwilę bez słowa, po czym płynnie wstała i wyszła ze świątyni, zostawiając go sam na sam z przemyśleniami.

Akolita patrząc na wychodzącą Mistrzynię rozważał Jej słowa, przy okazji wciąż wspominał swoje doświadczenie i emocje z tym powiązane. Starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, żeby potem móc to wykorzystać samemu. Po chwili takiego zamyślenia, wstał i również wyszedł ze świątyni. Ruszył ku swojemu pokojowi, aby wszystko spisać, a następnie udać się do biblioteki aby zdobyć jak najwięcej informacji dotyczących tego tajemniczego miejsca.

***
[Rhelg, Szkoła Kreacji, godzina 16.00 czasu lokalnego]

Wysoka na blisko pięć metrów, przestronna, amfiteatralna, jasna sala ceremonialno-konferencyjna mieściła się w centralnym budynku Szkoły Kreacji. Po szerokich schodach schodziło się do eliptycznego pomieszczenia, wyłożonego białym marmurem z Waylandu. W miękko wyciętych stopniach ścian stało kilka formsof i formfoteli, zapraszających ku sobie gości swoją nowoczesną, elegancką linią. W tej chwili środek sali zajmował ciemny stół z drzewa kriin otoczony skórzanymi, burgundowymi fotelami. Z boku, z cichym szmerem ociekającej wody perliła się kryształowa fontanna. Z wysokiego sufitu na czworo zgromadzonych Sithów miękko spływało rozproszone światło. Ponad blatem wyświetlała się trójwymiarowa holoprojekcja artefaktu.
- Oto i nasz cel - zaczęła Mistrzyni Kass, wygodnie rozparta w swoim fotelu - ochronny amulet stworzony przez Lorda Ludo Kressha dla swojego syna Elcho, około pięć tysięcy lat temu. Talizman z czasem dostał się w łapy Jedi, a konkretnie rodu Draay i został wywleczony przez nich do prywatnej świątyni na księżycu Draay 2. Ostatnie informacje, do jakich udało mi się dotrzeć mówią, że ekipa Jedi wysłana tam podczas wojen klonów zniszczyła świątynię, więc trzeba będzie trochę pokopać. Zasada działania była prosta: amulet założony na rękę chronił noszącego przed fizycznym atakiem. Zakładam, że stanowi też jakąś osłonę przed atakami Mocą. Ciekawi mnie, czy przed oddychaniem próżnią i utonięciem również.
Holoprojektor umieszczony pośrodku blatu, sterowany przez mechu-deru Chissanki
zmienił obraz na holomapę galaktyki i omawiane trasy przelotu.
- Poza dotarciem do sektora Pelgrin naszym celem jest jak zawsze zebranie informacji o sytuacji społeczno-politycznej. Holonet to jedno, własne uszy to drugie. Udajemy kupców, przemytników, nie ważne. Ważne by mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Interesuje mnie jak społeczeństwo zapatruje się na obecny stan bez Imperium, czy doszli już do siebie czy nie, w czym im Rebelia bruździ i tak dalej. Wybrałam trzy szlaki: Wschodniogalaktyczna Trasa Hiperprzestrzenna od nas przez Jabiim, Formos, Barab, Gamorr, Tatooine i Ryloth, Środkowa - Perlemiańskim Szlakiem Handlowym do Lantillies, a potem na południe na Kashyyyk i Ruusan, Bothawui, Llanic oraz w zasadzie najdłuższa przez Onderon, Commenor, Denon, Naboo i później w stronę Draay 2. Jako że mnie na Tatooine jeszcze nie było, lecę tą pierwszą. Mistrzu Sal, którędy chcesz się udać? - zwróciła się do holopostaci Devaronianina, który brał udział w naradzie od siebie z Felucji.
- Chętnie odwiedzę nowe zakątki galaktyki. Wybieram szlak środkowy - odrzekł Kadren.
- Świetnie. No więc nasz skrytobójca leci szlakiem ostatnim, najdłuższym, przez Commenor. Co prawda należymy do jednej Szkoły, ale wiemy o sobie tak naprawdę niewiele, ja zaś chciałabym, żebyśmy się lepiej poznali, więc proponuję, by w jedną stronę Cineus leciał ze mną, Zveris z Massnym, a z powrotem zmiana. - i zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, oparła dłonie na stole i dodała - Cieszy mnie ta jednomyślność. Jakieś pytania?
“Jednomyślność?” - pomyślał Massny - “dobre sobie. Ale niech i tak będzie”. Wpadłby na Tatooine, odwiedził stare śmieci, no i Ann by się ucieszyła. Po powrocie z Akademii dziewczyny trochę nosi. Może z powrotem…
Czytająca w emocjach zebranych Braci jak w otwartej księdze Kass utkwiła w byłym przemytniku spojrzenie bez wyrazu: - Bo jak rozumiem, wszyscy chcecie polecieć? Musu nie ma, można zostać.
- Pewnie, że lecimy. Skąd to pytanie, Mistrzyni? - odpowiedział Massny. Szlag, czytała mnie czy jak? - ale to już tylko pomyślał.
- Cieszę się - odparła i ciągnęła dalej - Jedi plus artefakty Sithów równa się tragedia na repulsorach, zatem przyda się nam trochę droidów górniczych. Zverisie - popatrzyła na najmłodszego członka zespołu - zajmiesz się tym, oraz zorganizujesz jakieś normalne ubrania, bo tak nie możemy pokazywać się istotom na oczy. Mundur, mroczne szaty i kaptury nie pasują do naszych nowych postaci.
- Oczywiście, Mistrzyni. Czy jakieś konkretne zamówienia? – uśmiechając się lekko, spokojnie powiódł po wszystkich wzrokiem.
- Białe, asymetryczne ponczo ze zdobieniami. - wymyśliła.
- Mistrzyni, mówisz serio? - popatrzył na nią ze zdziwieniem.
Granatowo-czarne brwi podskoczyły w górę: - A dlaczego nie? Powiedzmy, że nabywam różne dzieła sztuki dla ekscentrycznych snobów z Coruscant. Będzie pasowało.
- N-no dobrze - lekko się zawahał ale zaakceptował polecenie.
- Ja i moja załoga użyjemy swoich ubrań przemytników. Nie będziemy się rzucać w oczy - odpowiedział Massny patrząc z Zverisa.
- Nie ma sprawy, Inwigilatorze. - odpowiedział patrząc prosto w oczy Massnego.
- Nieczęsto mamy okazję lecieć tak daleko od domu, więc jeśli chcielibyście coś po drodze zobaczyć, możemy się tam zatrzymać. Artefakt czekał tak długo, tydzień go nie zbawi.
- Na tą chwilę nic mi nie przychodzi do głowy. Jak coś się zmieni, niezwłocznie o tym powiadomię - powiedział Massny. - Choć już w tej chwili mogę stwierdzić, że Naboo jest dla mnie niewiadomą, mimo iż słyszałem na jej temat sporo opowieści.
Mistrzyni przytaknęła: - Ojczyzna Imperatora, ładna, warta obejrzenia, ale podobno w Theed jest koszmarnie drogo.
- Nie zabawimy długo… - uśmiechnął się Inwigilator.
- Świetnie. A więc widzimy się za cztery dni na lądowisku. A z tobą, Kadrenie - zwróciła się do holoprojekcji drugiego Mistrza - jak Ragnos pozwoli, dopiero na miejscu. Kto przyleci pierwszy rozbija obóz i ustawia sygnał naprowadzający. Czy to jasne?
- Oczywiście, Mistrzyni - potwierdzili.

Kadren skłonił się wszystkim.
- Niech Moc dobrze wam służy - odezwał się, po czym wyłączył i ruszył przygotować się do wyprawy.

***
Zostawiwszy wszystko pod okiem asystentów, co zajęło mu cały następny dzień (oczywiście mowa o legalnych sprawach, typu papierkowa robota), wysłuchaniu lekcji historii w wykonaniu duchów oraz przygotowaniu zapasów żywności, a także kilku mniej oczywistych rzeczy, jak na przykład zapasów trucizny i narkotyków, przypasawszy blaster (miecz ukrył) wyruszył na swój odcinek trasy.

***
Po odprawie Zveris ruszył od razu po komplet ciuchów, który miał zorganizować. Trochę mu się zeszło ze znalezieniem odpowiednich rzeczy w dobranym rozmiarze, ale kiedy tylko wszystko znalazł wrócił do swojego pokoju i znów zaczął studiować informacje, jakie udało mu się zdobyć podczas medytacji odbytej wraz z Mistrzynią Kas’sil’arani. Zastanawiał się czy wracając znajdzie się chwila czasu, aby zajrzeć na planetę, która wydaje mu się odpowiednia. Wiedział, że nie może tego załatwić samemu, postanowił więc przejść się z tym pytaniem do Kas’sil’arani, ale to po spakowaniu wszystkiego.
Oprócz powszechnie akceptowalnego stroju, który musiał znaleźć też dla siebie, postanowił zabrać dyktafon, aby móc nagrać wszelkie myśli i rzeczy, które zobaczy czy poczuje.
- Mistrzyni. - wykonał lekki ukłon w stronę Chissanki gdy później stanął przed nią, a ona raczyła zwrócić na niego uwagę - Przeszukałem holonet jak tylko umiałem w celu znalezienia tego punktu, jednak przez tak bogatą historię jaką mamy nie mogłem tego dokładnie określić. - złapał oddech, wyciągnął kartkę z zapisanymi planetami. - Tutaj jest wyszczególnione parę planet, na których moglibyśmy znaleźć to coś, co mnie woła. - dodał i wręczył Mistrzyni listę. - Czy jest szansa na to, abyśmy się tam udali po wykonaniu misji?
Kass przebiegła oczami wręczony spis i pokiwała głową: - Tak, tak też myślałam. Dobrze - oddała mu kartkę - Możemy tam polecieć. To będzie świetna lekcja historii dla wszystkich. Zadanie pierwsze: bez dostępu do holonetu opowiedz o wojnie Bractwa Ciemności z Armią Światła. - uśmiechnęła się wrednie - To dam Massnemu do roboty.


c.d.n.
autorzy: Kass, Yormi-Kadren, Massny, Zveris
Kas'sil'arani, Lady of Darkness

Awatar użytkownika
Kas'sil'arani
Lady Honorowa
Posty: 1861
Rejestracja: 03 paź 2015, 20:16
Lokalizacja: Copero, Chiss Space

Re: Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

#2

Post autor: Kas'sil'arani » 01 sty 2017, 23:42

[Kashyyyk, tydzień później, południe]

Siedząc w kantynie Kadren słuchał plotek. Mimo, że wspomnienia bitwy z Wojen Klonów zatarły się w większości mieszkańców planety, jednak, znając długowieczność Wookieech miał nadzieję, że otrzyma jakieś wiadomości o oddziale klonów, który wraz z Rycerzem Jedi, B'ink Utrilą i jej padawanką, Rennax Omani, udał się do miejsca, gdzie przechowywana była Rękawica. Jeśli nawet nie, to wypoczynek dobrze mu zrobi. Na Lantillies nie miał szczęścia.

Potężny Wookiee, który wszedł do wnętrza, miał czarno-szare futro, jedno oko i wyglądał groźnie. Przez ramię przewieszony miał karabin blasterowy, a na ciele jakąś antyczną zbroję. Sith domyślił się, że może to być łowca nagród. Niektórzy z nich wywodzili się z kultury mandaloriańskiej, a Mandalorianie również częściowo mieli związek z Rękawicą. Pre Vizla i Straż Śmierci zaatakowali świątynię, w której była przechowywana, podczas gdy znajdowali się tam Jedi i klony. Uśmiechnął się do siebie. Jeśli będzie miał szczęście, może dowie się czegoś ciekawego. Całe szczęście dzięki Mocy rozumiał shyriwook, więc nie będzie to przeszkodą.

- Hej, ty! - kiwnął ręką w stronę postawnego Wookieego, pełniącego rolę barmana - Kto to jest?
- <Ten? To Rawwkoorro. Nie znasz go?>
- Gdybym znał, to bym nie pytał. Kim jest? Łowcą nagród?
- <Taa, owszem. Podobno najlepszym. A co, masz do niego interes?>
- Zadajesz za dużo pytań, kolego. - nie zwrócił uwagi na gniewne warknięcie - No już, nie irytuj się. - rzucił kredyt na bar i przepchnął się w stronę Rawwkoorro.
- Mam do ciebie sprawę - zaczął bez wstępu - I radzę zostawić to w spokoju - wskazał na karabin - To będzie tylko spokojna, rzeczowa rozmowa.
- <Daj mi spokój. Nie gadam z byle kim. Lepiej odejdź, rogaczu. Łatwo się irytuję.>
- Mówi ci coś określenie "Straż Śmierci?"
Wookiee popatrzył na niego uważnie.
- <Coś ty za jeden? Nie wyglądasz na Mando.>
- Jestem historykiem - zełgał gładko Sal - Poszukuję informacji o pewnej świątyni Jedi. Na Draay 2.
Raww wzdrygnął się. Trwało to krótko, ale oczy Devaronianina, nawet nie wspomagane Mocą, zauważyły to.
- <Usiądźmy> - zaproponował łowca.
Skierował się w stronę miejsca zajmowanego poprzednio przez Sitha.
- <No? Kim naprawdę jesteś? Nie wyglądasz na historyka. Co ci strzeliło do głowy, że wiem o coś o Straży?>
- Widziałem jak zareagowałeś. I na to i na Draay. Prawdę mówiąc, słyszałem, że jest tam skarbiec. Chcę się trochę obłowić. A historia to moje hobby uboczne.
- <A, rozumiem> - Wookiee wyszczerzył się - <Powiem ci, co wiem. Ale mam warunek.>
- Mów.
- <Pojadę tam z tobą. Ostatnio kiepsko mi się wiedzie.>
- Rozważę to, jeśli informacje okażą się przydatne.
- <Więc nie powiem ci niczego> - Raww zaczął wstawać.
- Dobrze, zgadzam się - rzekł szybko Kadren. Już zastanawiał się, czy lepiej będzie zabić Wookieego jeszcze na Kashyyyku, czy też wyrzucić go w przestrzeń. "Zabij go, zabij teraz!" - szeptały duchy.
- <No więc któregoś dnia Pre Vizla dowiedział się, że na Draay znajduje się pewien sithański czy jak on go tam nazwał artefakt. Więc mówi do nas, to znaczy, do Straży Śmierci (tak, byłem z nimi swego czasu): "Vode, ta Rękawica (bo to miała być rękawica), uczyni Straż potężną. Lecimy". I polecieliśmy. Pech chciał, że byli tam już Jedi i klony. Zaatakowaliśmy ich. Złapaliśmy jedną Jedi. Jeden z klonów jednak zniszczył świątynię. Musieliśmy uciekać. Miałem zamiar wrócić i przeszukać ruiny, a nuż było tam coś ciekawego, w końcu wszystkiego nie widzieliśmy. Dlatego zostałem łowcą nagród. Nie marnuję pieniędzy. Już mam wystarczająco dużo, żeby kupić odpowiedni sprzęt. Pasuje?>
- Hmm, czyli są tam tylko ruiny. Nie wiem wobec tego, czy się tam wybiorę. Mój informator musiał mnie oszukać. A tyle mu zapłaciłem - westchnął teatralnie Devaronianin.
- <W takim razie może pomożesz mi szukać Rękawicy? Ja mogę zapłacić tobie.>
- Zgoda - Sal wyciągnął rękę. Przybili. - Za pół godziny na lądowisku. Jednak muszę znać położenie świątyni, żebyśmy nie kręcili się bez celu.
Raww spojrzał na niego uważnie.
<I żebyś mnie wyrolował?>
Ja? - Kadren wyglądał na urażonego - Powiedziałem, że ci pomogę. Można mi zaufać - nagiął trochę umysł Wookieego.
<No… dobrze. Mam tutaj dysk> - wyjął z kieszeni niewielki przedmiot - <Są na nim koordynaty. >
Dzięki, kolego. Wobec tego do zobaczenia na lądowisku.

***
"Król Devaronu" czekał zatankowany. Kadren wyszedł z wnętrza, trzymając w dłoni dwie butelki whisky. Jedną wręczył Wookieemu, a drugą odkorkował i pociągnął łyk.
- Za powodzenie wyprawy!
Raww również wypił. Nagle zaczął dygotać i toczyć pianę z ust. Próbował coś powiedzieć, zdjąć karabin, ale było już za późno. Trucizna zadziałała bez zarzutu. Sal uśmiechnął się ponuro.
- Wybacz, druhu, ale nie powinieneś dowiedzieć się o Sithach.
Pociągnął Wookieego i usadowił w kącie lądowiska wręczając mu swoją butelkę, przedtem jednak wyciągając z jego kieszeni cenny dysk. Po chwili zastanowienia wziął sobie również karabin. Jeśli nie przyda się jemu, to może ktoś inny z niego skorzysta.
- Nie powinieneś tyle pić. Zalałeś się w trupa - roześmiał się z dwuznaczności własnego żartu, a głosy mu zawtórowały.

***
[Rhelg, SoC, cztery dni po odprawie]

Hangar Szkoły na Rhelg niedawno został powiększony o dobre pięćdziesiąt metrów, by Mistrzyni Kass mogła w nim zmieścić swój nowy statek, transportowiec muurian “Starstorm II”. Trzydziestometrowe, mało urodziwe bydlę imię otrzymało po maszynie Exara Kuna, jako że “Thrawn” mógłby być źle odbierany w większości systemów prorepublikańskich, a taka nazwa nikomu się z niczym nie kojarzyła.
Dlatego gdy cztery dni po odprawie troje Sithów weszło na płytę lądowiska, wydawało im się, że jest tu bardziej pusto niż powinno być. Dopiero po chwili zorientowali się, że czegoś rzeczywiście brakuje.
- E? Zaraz. A gdzie “Elassa”? - spytała ‘Arani. Podeszła do terminala z zapisem lotów - Massny odleciał wczoraj i jeszcze nie wrócił - powiedziała do równie zaskoczonych młodszych Sithów - Na orbicie też go nie ma - poinformowała, po czym wzruszyła ramionami i poszła do swojej maszyny - No to trudno, Zverisie, lecisz w takim razie z nami. Chyba, że chcesz wypuścić się sam?
Akolita popatrzył na statek, na Mistrzynię, Infiltratora i podjął decyzję:
- Polecę sam, pora się usamodzielniać. - rzekł z pewnym siebie uśmiechem na ustach. Patrząc znów w kierunku statków zauważył sporą maszynę z trzema silnikami: szary, koreliański frachtowiec VCX-350. Od razu przypadł mu do gustu ten konkretny model, podnosząc rękę wskazał na lewą ścianę hangaru: - Tamtym statkiem chciałbym polecieć, mam nadzieję, że to nie problem? - zapytał zerkając w stronę dwójki Sithów.
- Żaden. - Kass patrzyła na Zabraka przez chwilę - Uważaj na siebie. Będziemy w kontakcie.
- Dziękuję. Do usłyszenia - Zveris uśmiechnął się i kiwnął głową w kierunku obojga Sithów, po czym ruszył w kierunku wybranego frachtowca. Odchodząc uśmiechał się, był zadowolony i pozytywnie nastawiony na to całe przedsięwzięcie jak i na lot nową maszyną.

Zabrak idąc w kierunku frachtowca zaczął wspominać swoje pierwsze kontakty z osobami z Bractwa. Najpierw pojawiły mu się obrazy wspomnień z próby kradzieży myśliwców należących do Mercera i Kallisty i o tym, jak o mało co nie zginął. Mijając kolejne statki przypominał sobie pierwsze odczucia po wejściu do akademii, po tym jak zaczął chodzić na zajęcia i przebywać z innymi studentami. Z niektórymi dobrze mu się rozmawiało, ale dotyczyło to tylko przebywania na wykładach. Po zajęciach czas spędzał głównie sam, co wcale mu nie odpowiadało. “Nie należę do osób bardzo ekscentrycznych, ale lubię kontakt z innymi, rozmowy i rozważania. Trochę mi tego brakowało”. Cieszył się więc kiedy wykonał wszystkie zadania, które były potrzebne, aby zostać Akolitą. Wszedł na pokład i zalała go znów fala wspomnień, ale teraz z dzieciństwa. Zapach stali, paliwa, smarów...
- Ach w sumie czuję się jak w domu. – powiedział sam do siebie i zaczął przeglądać, co statek ma do zaoferowania i czy jest coś, czego nie zna, ale dzięki jego wycieczkom z ojcem obyło się bez niepotrzebnych pytań w stronę Mistrzyni.
Zveris idąc do kokpitu układał wszystko w głowie – planety, które ma odwiedzić, cel misji oraz starał się przypomnieć sobie, czy zabrał wszystkie potrzebne rzeczy. Siadając w fotelu pilota stwierdził, że wszystko idzie zgodnie z planem. Włączył systemy, sprawdził czy wszystko w porządku, czy bak jest pełny, jak chodzą działka oraz wykonał resztę rutynowej kontroli. Kiedy wszystkie kontroli pokazywały pozytywny wynik, młody Zabrak nie chciał się ociągać, więc zamknął rampę, uniósł statek w powietrze i poleciał w kierunku wytyczonego przez komputer szlaku, który ma zwiedzić w ciągu najbliższych dni. Zerknął na znikającą za plecami Szkołę, a niebo przed nim stawało się coraz ciemniejsze. Odpalił komunikator, odnalazł częstotliwość Chissanki i przekazał tylko jeden komunikat:
– Z tej strony Zveris, mam nadzieję, że mnie słychać? Życzę udanego lotu – dodał ze słyszalnym przez odbiorców uśmiechem. Nastawił współrzędne na Onderon i po ustaleniu trasy odpalił hipernapęd. Przed oczami obraz przyśpieszył, a młodego Zabraka lekko wgniotło w fotel, bicie serca przyśpieszyło „Ach i to jest życie” - przez emocje jakie narosły w Zabraku, na statku dało się odczuć atmosferę Ciemnej Strony.

[Starstorm II, system Klatooine, godzina 18.20 czasu pokładowego]

Kiedy muurian Mistrzyni Kass wyszedł z hiperprzestrzeni, na wprost iluminatorów ukazała się brązowo-żółta planeta.
- To nie jest Jabiim. - stwierdził Cineus z fotela drugiego pilota, sprawdzając odczyty navikomputera.
- Nie, to Klatooine. - odparła Chissanka - Tu szybciej się czegoś dowiemy. I o wiele ciekawszych rzeczy.
Wprowadziła kurs na stolicę planety, Treemę i wzięła stery w ręce. Po chwili popatrzyła na Miralukanina - Może jednak chciałbyś popilotować?
Ten stężał w fotelu, ale odparł pewnym głosem: - Nie, dziękuję.
Wzruszyła ramionami i wyciągnęła z silników pełną moc. “Starstorm II” skoczył w przód, jak dźgnięty wibroostrzem, sprawnie manewrując między innymi statkami odlatującymi i przylatującymi na planetę. Wklepała w holoprzekaźnik jakiś kod i po dłuższej chwili otrzymała odpowiedź. Uśmiechnęła się do siebie.
- Spotkamy się z moim przyjacielem, Adro Reiffem. Handluje informacjami i to on poznał mnie z Bractwem, więc bądź dla niego miły, Cineusie.
- Zawsze jestem miły. - odparł młodzieniec.

Nad stolicą zapadła już noc, więc migotała z daleka barwnymi światłami. Miasto budowano warstwowo i najwyższe poziomy były w miarę nowe i kolorowo oświetlone, ale współrzędne przesłane im przez Adro prowadziły ich w głąb metropolii. Cineus nie był tym zachwycony i raz po raz badał Mocą odległość statku od mijanych w pędzie ścian.
- Miejscowi latają jak wariaci... - mruknęła Kass, z wyprzedzeniem unosząc dziób muuriana przed wymuszającym pierwszeństwo jakimś idiotą. W końcu dolecieli na wyznaczone miejsce i statek wylądował na solidnej, prywatnej platformie. Kass wyłączyła systemy i rozpięła pasy. - No to jesteśmy na miejscu. Zostaniemy co najmniej do jutra.
- Bardzo dobrze, Mistrzyni. A co będziemy robić?
- A to zależy, co Adro dla nas wymyśli. W każdym razie zbierajmy tyle plotek ile się da.

Gdy rampa opadła, u jej stóp stał średniego wzrostu Człowiek o jasnej skórze i szpakowatych włosach. Z uznaniem oglądał statek i uśmiechnął się szeroko, gdy tylko zobaczył Kass.
- Mae Lyaww! - zawołał, rozkładając szeroko ramiona - Ile to już lat?
- Adro, mój drogi - Chissanka wpadła mu w objęcia - No dwa jak nic.
- Bardzo się cieszę, że cię widzę i to w tak dobrej formie. - wskazał głową muuriana.
- Nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiłeś, dziękuję. A to jest prezent. - wyjaśniła. Po chwili Miralianin stanął obok niej i przedstawiła go - Mój kolega, Cineus, ale możesz do niego mówić Cin.
- Witam was na Klatooine. Bądźcie moimi gośćmi.
- Bardzo chętnie.
- Wybieram się na walki Teräs Käsi i chciałbym, byście mi towarzyszyli.
Na to Kass skrzywiła się: - Walki niewolników na śmierć i życie?
- Ależ skąd! To zawodowcy, żadnych reguł poza czystością sztuki, zgarniają za to naprawdę solidną kasę. - skierował się do wyjścia, a Sithowie podążyli z nim. Przed hangarem czekał na nich żółty speeder z szoferem, niespecjalnie drogi, ale szybki. Kass zauważyła, że miał blasteroodporne szyby. No cóż, niebezpieczny świat.
- Zaskoczyła mnie twoja wiadomość, Mae - powiedział Adro, gdy ruszyli na niższe poziomy miasta - Ale naprawdę cieszę się, że cię widzę. Kolega - wskazał na Cina - też jest z firmy?
- Z firmy? - zapytał Sith.
- Tak, pracujemy razem w jednym departamencie - wyjaśniła ‘Arani - Lecimy sobie na wycieczkę, a tak serio to chcę zobaczyć jakie są nastroje w galaktyce. Dawno nie miałam nowych wieści i ciągnie mnie do tego życia.
- Eee tam, nastroje jak nastroje. Są kredyty, jest dobrze, nie ma, to jest źle i tyle. Tutaj i tak rządzą Huttowie, więc wiecie. Ani Stara Republika, ani Imperium ani tym bardziej ta Nowa nie zapuszczali się i nie zapuszczają w te regiony. Zewnętrzne Rubieże nikogo nie obchodzą. Poza Huttami.
Kass pokręciła głową: - Każdy deklaruje, że wprowadzi pokój i sprawiedliwość. I na deklaracjach się kończy.
Cin uśmiechnął się: - Słyszałem, że jedni wprowadzili prawo i sprawiedliwość i niestety, nie skończyło się na deklaracjach.
- Heh, tak źle i tak niedobrze. - speeder zwolnił i po chwili zatrzymał się - Ale jesteśmy na miejscu. Chodźcie, jak rozumiem oboje lubicie takie rozrywki? Nie będzie się pan nudził, panie Cineusie?
- Nie - odparł Infiltrator Sithów - Wręcz przeciwnie. Lubię walkę.
Reiff popatrzył na niego i na Kass, uśmiechnął się i skinął głową: - No tak, jakby inaczej.

Gdy przepchnęli się przez tłum przed halą widowiskową, korytarzem technicznym przeszli na piętro prywatnych lóż, odseparowanych zbrojonymi szybami od wrzasku blisko tysięcznego tłumu widzów. Widoczność była bardzo dobra, a wielki ekran na jednej ze ścian pokazywał ring.
Adro opadł na sofę obitą czerwoną skórą i wskazał gościom dwie kolejne, stojące wokół niskiego stolika: - Siadajcie, proszę. Napijecie się czegoś? Może macie ochotę na kolację?
- Nie, dzięki, zjedliśmy na statku.
Do loży weszła kelnerka z trzema drinkami, bez słowa postawiła je na stoliku i wyszła.
- No to nie. - Reiff wziął jedną ze szklanek i wyciągnął rękę w ich stronę - Wasze zdrowie.

Tłum na zewnątrz zafalował, a na matę weszło dwóch wojowników. Wymienili ukłony i bez dalszych ceregieli rozpoczęli walkę.
- Pancerne szyby to konieczność? - zapytała Kass.
- Raczej tak. Można przypadkiem oberwać. Od jakichś dwóch miesięcy prztykają się dwa klany. Wielu ich już nie zostało, ale lepiej być ostrożnym.
- Miło.
Adro uśmiechnął się do niej: - Taki urok Klatooine.
Kass rozparła się na kanapie, poprawiając białe, delikatne ponczo z błyszczowełny ze srebrnymi motywami.
- Możemy tu swobodnie rozmawiać? - zapytała, na co Człowiek skinął głową - Kurs frakcji, Adro.
Ten przewrócił oczami: - Słodki Imperatorze! Czy choć raz nie mogą cię interesować pikantne szczegóły życia naszych celebrytów? Nowi kochankowie Mon Mothmy albo jakiego speedera kupił synkowi Han Solo?
Chissanka uśmiechnęła się słysząc to: - Nigdy mnie to nie interesowało, chyba że wiesz coś o Luke’u Skywalkerze.
Reiff w zamyśleniu pokręcił głową: - Z tego co wiem, to szuka wiedzy, lata z miejsca na miejsce, ale mało już jest rzeczy na temat Jedi. Nie angażuje się w żadne rozgrywki, a i na samych Jedi społeczeństwo nie patrzy tak radośnie jak za Starej Republiki. Starzy powoli zapominają, młodzi w ogóle o nich nie słyszeli. Polityka Imperium ciągle działa w tym względzie. Może nie dosłownie, ale…. wiesz.
Kass przytaknęła.
- Ale ciekawa jestem, co mu z tego wyjdzie.
- Heh, nie wątpię. Rebelia zaczyna dławić się swoją wolnością - ciągnął Adro w zamyśleniu patrząc na walczących mistrzów Teras Kasi - W imię tej wolności i równych praw wracają do życia stare waśnie rasowe i planetarne. Nie ma kto ingerować, a jeśli krew nie leje się strumieniami, to poprawność polityczna nakazuje twierdzić, że nic złego się nie dzieje. Rządzą ci, którzy mają po prostu więcej kredytów.
- Wiem, że w senacie jest problem cokolwiek przepchnąć - odparła Chissanka - No ale jeśli senatorem mianuje się każdego, kto przyjedzie do stolicy i chce coś powiedzieć, to nie ma się czemu dziwić. Wiesz, Adro, ja dużo rozumiem, wolność słowa i tak dalej, ale czy oni nie widzą, że to nie jest właściwy kierunek? - pochyliła się ku przyjacielowi - Długo nie potrwa, a ugrzęzną w tym samym bagnie, jakie było przed Imperium!
- Całkiem prawdopodobne. No i?
- No… Raczej nie ma nowego Palpatine’a. I jak zawsze najbardziej ucierpią na tym zwykli ludzie.
- Nie inaczej. Przejmujesz się tym? - spojrzał na nią z ciekawością. Wiedział, że ona jest Sithem, choć nie wiedział, jakiej rangi. Spodziewał się, że Mae będzie zimnym, pozbawionym skrupułów draniem z misją destabilizacji galaktyki, a wygląda na to, że wcale tak nie jest.
- Szczerze to niespecjalnie, ale wolę, by społeczeństwa żyły bezpiecznie. Lubię latać po galaktyce i lubię gdy szlaki są czyste, a porty bezpieczne. Szkoda mi kredytów na korumpowanie urzędników tylko dlatego, żeby nikt mi nie zwinął statku.
- Marzenia. Nigdy tak nie było i nigdy tak nie będzie. Co prawda niektórzy mają ciągoty do powrotu Imperium, ale to się już nie uda.
- No szkoda.
- No szkoda. Podrzucę ci jutro kilka nazwisk. Moim zdaniem warto te osoby obserwować.
- Co za to chcesz?
- Nic. Będę mógł zająć się innymi.
Kass popatrzyła na Adro, a ten mrugnął do niej, uśmiechając się zawadiacko.
- Po walkach zapraszam do siebie. Tutejszych hoteli nie polecam znajomym.
- Z przyjemnością. - zgodziła się Kass - Cin? Zabierzesz się z nami?
Miralukanin odwrócił się ku niej: - Jeśli nie masz nic przeciw temu, pokręciłbym się po mieście.
- A kręć się. - odparła - Wiesz, gdzie parkujemy. Odlot koło południa, wcześniej mi się nie chce. - powiedziała tonem znudzonej arystokratki, przeciągając głoski na sposób coruscański.
Sith wstał ze swojej kanapy: - Obejrzę resztę z bliska. - ukłonił się jej, Reiffowi wymuszenie skinął lekko głową i wyszedł z loży.
- Nareszcie. - mruknęła ‘Arani i przesiadła się obok Adro, wzdychając głęboko. Dopiero teraz wyraźnie się rozluźniła - Myślałam, że nigdy nie pójdzie.
Mężczyzna objął ją ramieniem i przytulił do siebie, na co Kass uśmiechnęła się.
- A co u ciebie? - zapytała.
- Lorrie odeszła.
- Znowu?
- No, ale tym razem na dobre. Mówi, że jest na takie życie za stara. Oczywiście mam ją na oku.
- Oczywiście. - sięgnęła po drinka, powąchała, skrzywiła się i odstawiła szklankę z powrotem na blat: - Wciąż to pijesz?
- Zemsta Xizora to dobry drink. - odparł - A co u ciebie? Masz kogoś czy nadal nic?
- Nic. Nie chcę, by ktoś umarł mi na rękach. W tej materii nic się nie zmieniło.
Przewrócił oczami: - Myślę, że przesadzasz.
- Naprawdę? - odrzekła i telekinezą sięgnęła po wszystkie trzy szklanki naraz. Te uniosły się w powietrze i zaczęły kręcić w kółko. Po chwili postawiła je na miejsce - Nie przesadzam. Inny świat, inne wartości. Tak najłatwiej można kogoś zranić. Nie pozwolę, by ktoś zginął przeze mnie tylko dlatego, że go lubię.
- Szkoda, bo fajna jesteś.
Na to Kass rozpromieniła się i położyła mu głowę na ramieniu:
- Oo, kochany jesteś, Adro. Mam inne pasje, dla kogoś nawet nie miałabym czasu.
- Może kiedyś.
- Nie. Nie chcę być przywiązana do jednego miejsca, do kogoś. Miałby swoje marzenia. A gdyby mi się nie podobały? Nie chciałabym go ranić… Myślę, że…. - westchnęła ciężko - A nie ważne. Mam urlop. Lecę na wycieczkę. Nie myślę. Muszę trochę odpocząć.
- Uhm. I dlatego przyjechałaś do Przestrzeni Huttów?
- Było po drodze. Zresztą duszę się kiedy siedzę długo w jednym miejscu. - zamknęła oczy i westchnęła ciężko - Chociaż przez kilka godzin chcę być zwykłą, anonimową osobą, pójść do zwykłej knajpy na normalnego burgera, wypić zwyczajne piwo i pogadać o pierdołach. Może przy okazji rozejrzeć się w układach.
- Anonimową? - zaśmiał się - Mae, przecież ty nigdy nie umiałaś wtopić się w tłum.
- Nadal nie umiem, ale tu mnie nikt nie zna.
- No to racja - zerknął na sytuację na ringu - Po walkach zabiorę cię na średniego burgera, ale za to na najlepsze frytki na tej planecie. Co ty na to?
- Może być. - też popatrzyła na zawodników, którzy byli już wystarczająco poobijani, by skasować zapłatę, ale zdążyli siebie nawzajem na tyle wkurzyć, by przestać się bawić i pokazać prawdziwą walkę. - No, wreszcie się zacznie. - skwitowała.

***
[Hiperprzestrzeń]

Przez pierwsze minuty Zveris przyglądał się widokowi, jaki miał lecąc w hiperprzestrzeni. Potem jednak poszedł do niewielkiego aneksu kuchennego, aby napić się trochę wody. Sięgając do lodówki spostrzegł jeszcze w niej jakiegoś batona, nie omieszkał także i jego spróbować. Usiadł, wziął łyka wody, a następnie spróbował czekoladowego łakocia. Po rozgryzieniu go poczuł czekoladę oraz lekką domieszkę koreliańskiej brandy „Ach, ale bym się teraz jej napił”. Konsumując wszystko powoli wypił butelkę wody i zawiesił wzrok na ścianie uzmysławiając sobie, że takiego czasu czeka go ładnych parę dni. Niby o tym wiedział, ale dopiero teraz to do niego dotarło. „No cóż… lepszego czasu na medytację nie znajdę.” Zebrał się w sobie, poszedł do kajuty po poduchę medytacyjną, przy okazji ściągając z siebie górną część stroju. Był teraz bez koszulki, skierował się do kokpitu i tam położył poduszkę idealnie na środku, przed iluminatorem. Usiadł, spojrzał się na to, co było przed nim i po chwili zamknął oczy i znów połączył się poprzez medytację z Mocą. Po godzinie transu Zabrak poszedł coś zjeść, a następnie się zdrzemnąć.

[Wewnętrzne Rubieże, Onderon]

Po paru godzinach w końcu usłyszał informację o tym, że zbliża się do celu. „Nareszcie” pomyślał, po czym poszedł wziąć szybki prysznic, przygotował swoje ciuchy łącznie z czapką. Czytał o tej planecie przed wylotem i wiedział, że ludzie nie ufają za bardzo obcym, więc i tak już sam kolor skóry wystarczy do wystraszenia innych, a co dopiero rogi. Gdy był już ubrany, usłyszał pytanie zadane przez komputer:
- Do jakiego portu mamy się udać?
Zveris natychmiast rzucił: – Iziz.
Musiał zatankować frachtowiec, a przy okazji chciał się napić tej wymarzonej sprzed paru godzin brandy koreliańskiej.
Gdy wylądował czym prędzej opuścił statek, wszystko dobrze wcześniej chowając tak, aby nawet potencjalny złodziejaszek nie znalazł żadnej informacji o Bractwie. Wychodząc polecił tylko mechanikom ogólne sprawdzenie statku oraz zatankowanie. Sam udał się do najbliższego baru, bo gdzie jak gdzie, ale to tam najwięcej się dowie.
Wychodząc z hangaru na ulicę zobaczył dość spory ruch, parę osób zerkało dłużej na niego, ale on nie próbował nawet łapać kontaktu wzrokowego, ma być dla nich nikim. Przy okazji też starał się chować swoją obecność w Mocy tak, aby nikt nie wyczuł jego natury. Po drodze musiał się chwilę porozglądać, aby znaleźć bar, w którym będzie największa szansa na znalezienie jakichś nowinek. W końcu znalazł, stary dwupiętrowy budynek z ładnym napisem „Przy dobrym napitku” i nowymi drzwiami, widocznie ktoś je musiał niedawno wymienić. Wchodząc poczuł zapach potu, alkoholu i przypraw kuchennych. Parę osób zerkało na niego, on jednak tak jak na ulicy po prostu starał się nie zwracać uwagi i skierował się prosto do barmana.
- Poproszę koreliańską brandy i jakiś lekki posiłek. – powiedział w basicu.
- Już podaję. – usłyszał w odpowiedzi, przy okazji dostając szklankę z zamówionym alkoholem. Czekając na danie rozejrzał się dokoła, ale nie było tu nic ciekawego, jedyne co zobaczył to bandę ludzi z marginesu. Koncertując się na słuchaniu starał się poznać jakieś ciekawostki z planety, ale nic się ciekawego tak naprawdę nie działo. Dostał jedzenie, więc zaczął jeść, ale cały czas podsłuchiwał ludzi, którzy siedzieli wokół. W końcu zapisał co ważniejsze fakty. Przed wyjściem musiał jeszcze skorzystać z toalety. Po załatwieniu sprawy, umył ręce i wyszedł. Idąc poczuł jak ktoś chce mu zabrać spod szaty jego pieniądze, i Zveris na to pozwolił, ponieważ nie chciał żeby inni go zapamiętali. Wyszedł i zaczekał niedaleko wejścia na złodziejaszka. Jak przewidywał, ten szybko chciał się stamtąd zmyć i wyszedł od razu skręcając w przeciwną stronę do Zabraka. Ruszył za nim bez pośpiechu i kiedy młody rzezimieszek skręcił w jakąś uliczkę, Akolita przyśpieszył i rzucił mu się na plecy. Kiedy ten się przewrócił, Zveris nie chciał dać mu się odwrócić, więc szybko przycisnął mu butem głowę do ziemi i rzucił: – Nigdy nie próbuj zabierać moich pieniędzy. - nachylił się i zabrał woreczek. Zabrał stopę z głowy i dał kopa w żebra tak, aby ofiara nie mogła przez chwilę być świadoma tego co się dzieje na około. Po odzyskaniu pieniędzy Akolita ruszył w kierunku statku, odpalił maszynę i wpisał do komputera nowy kierunek – Commenor. Kiedy trasa była wyliczona bez wahania odpalił hipernapęd i poszedł się zdrzemnąć. Ten lot będzie krótki.

***
[Klatooine, rezydencja Adro Reiffa, południe]

Pokój pogrążony był w mroku. Drzwi zamknięte na szyfrowy zamek z codziennie zmienianym kodem, skanerem tęczówki oka i kilkoma innymi szczegółami, którym Kass nie przyglądała się przez grzeczność. Adro skomplikowaną sekwencją kodów uruchomił komputer, którego holowyświetlacz rozbłysł zielonym światłem nagle i tak jasno, jak supernowa. Człowiek uśmiechnął się, dopisał coś i na pokój rozsypały się setki danych. Holoprojekcja wyglądała jak mapa galaktyki, tylko zamiast planet i gwiazd jarzyły się nazwiska, linie wzajemnych powiązań, daty, kwoty, miejsca….
- To mój największy skarb, Kass - po raz pierwszy nazwał ją jej prawdziwym imieniem, a nie oficjalnym pseudonimem - Lata pracy w jednym miejscu.
Chissanka była pod wrażeniem. Chodziła między danymi podziwiając skrupulatność twórcy.
- Ile to jest warte? - zapytała.
- Zależy dla kogo, ale niezłą fortunę. Wiedza jest ważniejsza niż blastery. Mając to, mogę podejrzewać kto, gdzie, kogo i dlaczego. Te nazwiska podałem ci wczoraj - powiedział, a pięć miejsc podświetliło się na czerwono - Przypatrz się, do czego się odnoszą. Myślę, że może wam się to przydać.
‘Arani postąpiła, jak sugerował. Mogłaby ściągnąć to wszystko dla siebie, ale nie było takiej potrzeby: Adro współpracował z Sithami od lat. I dostarczał im to, czego chcieli oraz co mogłoby ich zainteresować. Oczywiście nie za darmo, ale obie strony zyskiwały na tej współpracy.
Początki bazy danych sięgały głębokiego Imperium, lata wyżej widać było raptowną zmianę we wzroście ilości grup najemniczych i w fali upadku przemysłu, głównie ciężkiego. Kass wskazała na ten okres:
- Traktat rozbrojeniowy? - zapytała.
Adro skinął głową: - Miliony poszły na bruk. Republika do dziś nie wymyśliła, czym zastąpić zbrojeniówkę. Deklaracje dobrze się składa, ale nie każdy ma ogródek by hodować w nim żarcie na całe życie. Pokój i dobrobyt można budować jeśli społeczeństwa mają dochody. Bez pracy zostały miliony, a jedyne co potrafili w miarę dobrze, to strzelać.
- Dobrze, że znam się na masażu, mogłabym otworzyć salon. - powiedziała.
Reiff prychnął tylko lekceważąco: - A czym by ci klienci płacili? Mogliby umyć okna czy podłogę, ale za to nie kupisz jedzenia.
- No tak. - przyznała, zgaszona.
- Dziwię się, że galaktyka nie popadła jeszcze w ruinę i nie cofnęła w rozwoju.
- Kredyty nadal płyną.
- Hm. - mruknął i wpisał kilka komend do komputera. Dane zmieniły konfiguracje, a Adro wstał, podszedł do wyświetlanych informacji i przyglądał im się przez kilka minut - Właśnie. - powiedział w zamyśleniu, po czym naraz otrząsnął się jakby ze snu i zwrócił się do niej z uśmiechem - Dzięki, Kass. Dałaś mi do myślenia. Wygląda na to, że mam roboty na długie miesiące.
Granatowo-czarne brwi uniosły się w górę, by po chwili wrócić na swoje miejsce:
- Ależ proszę. Zanim jednak zaczniesz, odwieziesz mnie do mojego statku?
- Z przyjemnością. - odparł i wyszli z pokoju. - Twój kumpel pewnie już na ciebie czeka. - stwierdził, patrząc na chronometr, który pokazywał dobrze po pierwszej po południu.
- Niech czeka. Mam tylko nadzieję, że nie rozrabiał za bardzo na mieście.

“Starstorm II” stał tam, gdzie Kass zostawiła go poprzedniego wieczora. Obok niego cierpliwie siedział Cineus, jako że tylko ona miała kod dostępu na pokład. Pożegnała się z Reiffem, a gdy odszedł, wyjęła małe metalowe pudełko, nacisnęła kilka przycisków i rampa muuriana łagodnie opadła na ziemię. Sithowie weszli na pokład i Chissanka poprzez Moc zbudziła do życia systemy pokładowe. Dopiero gdy usiedli w kokpicie i zapięli pasy, Cin odezwał się:
- Masz rampę na pilota, Mistrzyni? Sądziłem, że….
- I dobrze sądziłeś. Pamiętaj: jak najmniej pokazuj, na co cię stać. Zwłaszcza na wyjeździe.
- Tak jest. - przytaknął - Gdzie teraz?
- Na Formos. Tam zatankujemy i rozejrzymy się trochę. - odparła i z wprawą uniosła statek w powietrze, obróciła go i pchnęła stery przed siebie. Nie leciała tak prędko, jak wczoraj, jako że ruch był większy.
Kiedy byli już na orbicie zauważyła inny statek, który ustawiał się w tym samym kierunku do skoku w hiper co oni. Cineus jednak nie zwrócił na niego uwagi. Kass uśmiechnęła się do siebie w duchu i gdy komputer zasygnalizował ustawienie kursu i gotowość do skoku, pchnęła dźwignię hipernapędu. Gwiazdy rozmazały się w smugi, a chwilę potem otoczyła ich błękitno-biała mozaika tunelu hiperprzestrzennego. Rozpięła pasy i rozparła się w fotelu, kładąc nogi na kokpicie, obok przyklejonej tam niewielkiej figurki Mandalora Nieposkromionego. Kupiła ją na Mandalorze, dzień po swoim awansie na Mistrza Sithów. Tamten wypad wspominała bardzo miło.
- Jak ci minął pobyt, Cineusie? - zapytała.
- Dobrze, Mistrzyni. Nauczyłem paru miejscowych, że Miralukan lepiej zostawić w spokoju. - odparł zadowolony.
Spojrzała na niego z pewnymi obawami: - Czym ich tego uczyłeś?
- Jakąś metalową rurką. Spokojnie. Użyłem Mocy na tyle, na ile jest to dla nas normalne.
- Aha - mruknęła - Dowiedziałeś się czegoś ciekawego?
Skinął głową: - Po ile są niewolnicy, który Hutt rządzi w jakim rejonie i że Nowa Republika ma Klatooine gdzieś.
- Oj, to przykre.
- Prawda?

***
[Region Kolonii, Commenor, godzina 18.45 czasu miejscowego ]

Podchodząc do lądowania Zveris marzył tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się już z Braćmi i Siostrami z Bractwa. Kiedy wyłączył systemy frachtowca nie tracił czasu i ruszył do najbliższej kantyny. Po drodze musiał o nią zapytać, bo samemu nie był w stanie jej znaleźć. Pytając po kolei przechodniów, wpadł na swoją starą znajomą. Była wysoką, czerwonoskórą Zabrakanką o imieniu Lori i tak jak inni z plemienia miała różne tatuaże na skórze. Razem ze Zverisem wychowywali się na tym samym podwórku. Kiedy tylko ją ujrzał, zalała go fala wspomnień. Od razu zaczął rozmowę:
- Hej, Lori – uśmiechnął się do niej.
Dziewczyna obróciła się ku niemu, chwilę przyglądała, szukając w pamięci jego twarzy aż po chwili szeroko otworzyła ze zdumienia oczy: - Zverisie, to ty? – nie kryła zaskoczenia – Myślałam, że już nigdy się nie zobaczymy, bo tak nagle zniknąłeś...
- Naprawdę myślałaś, że sobie nie poradzę?
- Ależ skąd! Po prostu myślałam, że już nigdy na siebie nie wpadniemy... – w głosie dało się wyczuć szczerość – A tu proszę, taka niespodzianka! - uśmiechnęła się - Co tu robisz? – w jej oczach błyszczała ciekawość, której trudno było nie zauważyć.
- Wpadłem tylko na chwilę, aby coś zjeść, a potem lecę dalej do pracy. - uprzedzając pytanie szybko dodał – Zajmuję się przewożeniem ładunków pomiędzy planetami.
- O, to musiałeś już trochę pozwiedzać?
Słysząc to pytanie, zastanowił się „Ech ta rozmowa do niczego nie prowadzi, może uda mi się coś od niej wyciągnąć”.
- Dokładnie, byłem już w paru ciekawych i mniej ciekawych miejscach. – puścił do niej oczko. Co było dziwne, Lori lekko się zarumieniła na ten gest – Może pójdziemy gdzieś, gdzie można coś smacznego zjeść? – zapytał i starał się wyczuć Mocą, czy jej się podoba, bo za dużo było nietypowych reakcji na niego.
- O-oczywiście. Nie polecam jednak barów, bo mają obrzydliwe jedzenie. – chwilę się zamyśliła, a Zveris wyczuł, że ona po prostu na niego leci. – Możesz wpaść do mnie, akurat kończyłam gotować obiad, a mieszkam tuż za rogiem. – powiedziała z nadzieją w głosie, którą wyczuć mógł ktoś wyczulony na Moc.
- Oh, to miłe z twojej strony. Od razu uprzedzam, że nie mam za dużo czasu, niestety, ale z chęcią skorzystam z oferty. – uśmiechnął się do Zabrakanki i ruszyli do jej mieszkania, wspominając stare czasy.
Po zjedzeniu posiłku, Akolita przeszedł do rzeczy, bo miał coraz mniej czasu, jaki chciał poświęcić na tę planetę.
- Jak w ogóle żyje się na Commenorze? – zadał pytanie z Mocą tak, aby Lori czuła się swobodnie i chciała bez ogródek odpowiedzieć na wszystkie następne pytania.
- Ach – lekkie zawahanie w głosie kobiety, ale po chwili podjęła – jest dobrze. Problem jest tylko czasem z gangami – i otworzyła się na Zabraka, wyjawiając mu wszystkie ciekawostki, o których wiedziała. Okazało się, że pracuje w dwóch miejscach: w restauracji oraz w barze. A tam można dowiedzieć się naprawdę istotnych rzeczy. Zveris pozyskał kilka cennych informacji.
- Dziękuję Ci za tą przyjemną rozmowę, naprawdę cieszę się, że na Ciebie wpadłem. – wstał i ruszył ku wyjściu, biorąc swoją kurtkę pod pachę. Kiedy znaleźli się na korytarzu, Zveris poczuł napięcie, które rosło w Zabrakance. „A co mi tam, mam jeszcze chwilę na zabawę”. Popatrzył na Lori i wyczuł rosnące pożądanie, więc schylił się i ucałował ją w usta.
- Pamiętaj, ja nie zostanę tutaj. Moje miejsce jest gdzie indziej. – szepnął w jej ucho, ponieważ chciał, aby wszystko było jasne.
- Oczywiście, ja niczego więcej nie chcę – odpowiedziała z pewnością i pchnęła Zverisa na łóżko, co zapoczątkowało ponad godzinną zabawę.
Kiedy było po wszystkim, a Lori zasnęła, Zveris po prostu wstał i się ubrał. Przed wyjściem z pokoju spojrzał na przyjaciółkę sprzed lat i przesłał jej ciepłe uczucia poprzez Moc. Następnie w przedpokoju ubrał buty, kurtkę i wyszedł. Znajdując się na ulicy szybko ruszył ku hangarowi, gdzie zapłacił za sprawdzenie maszyny, po czym szybko wpisał nowe dane do komputera, aby już zaczął ustalać trasę na Denon i odleciał z planety. Kiedy wszystko było gotowe, włączył hipernapęd i z zadowoleniem powitał rozmazany obraz gwiazd. „Teraz kilka godzin lotu…” pomyślał, i wrócił do wspomnień sprzed parudziesięciu minut.

[Ruusan, dwa dni po wizycie na Kashyyyku]

Podróż przebiegała pomyślnie. Kadren napotkał kilku piratów, którzy zaatakowali jego statek, jednak się przeliczyli. Szczątki ich maszyn dryfowały w kosmosie. Przed jego oczami pojawił się Ruusan. Wiedział, że może spóźnić się na spotkanie, jednak nie mógł powstrzymać się przed zejściem na planetę i obejrzeniem miejsca sławnej bitwy. Głosy również usilnie go do tego namawiały. Tak więc zszedł i przyglądał się przez długi czas miejscu potyczki. Co ciekawe, duchy również milczały, jakby i im udzielił się nastrój. Zerknął również na pomnik upamiętniający poległych Jedi. Po kilkunastu minutach wrócił zamyślony na "Króla Devaronu".

***
Na Bothawui i Llanic nie udało mu się niczego więcej dowiedzieć. Ale spotkanie na Kashyyyku powinno rozjaśnić sytuację, kiedy przekaże wieści pozostałym członkom wyprawy. Skierował się więc na Draay, mając zamiar wylądować przy świątyni i oczekiwać na pozostałych.

***
[Dzika Przestrzeń, sektor Pelgrin, system Draay, księżyc Draay 2]

Wylądował około południa w pobliżu ruin, których koordynaty znalazł na dysku Rrawa. Rozejrzał się. Z eksplorowaniem ich chciał poczekać na resztę ekipy. Wytaszczył ze swojego statku namiot, rozbił go, po czym zaczął szukać gałęzi, z których mógłby rozpalić ognisko. Przedtem jednak wykarczował teren mieczem świetlnym, aby zrobić trochę miejsca pozostałym.
Ustawił reflektory sygnałowe i wypróbował je. Działały. Ruszył do dżungli. Wiedział, że Moc ostrzeże go, gdyby ktoś lub coś chciało dobrać się do obozowiska.
Spędził w niej cały dzień. Widział kilka większych zwierząt, które jednak unikały go, jakby wiedziały, z kim mają do czynienia. Wrócił do obozu i sięgnął po komunikator.
- Mistrzyni Kass? Jestem już na miejscu.
- Witaj, Mistrzu. My jeszcze zwiedzamy galaktykę - usłyszał jej śmiech. Widać dobrze się bawili. Kadren nie przepadał za rozrywkami.
- W porządku, wszystko przygotowałem. Dajcie znać, kiedy będziecie dolatywać, prześlę koordynaty świątyni. Wygląda na to, że teren jest czysty.
- Dziękuję. Myślę, że niedługo się zobaczymy. Na pewno ktoś z nas się odezwie. Niech Moc dobrze ci służy. - rozłączyła się.
Usiadł przy wejściu do namiotu i pogrążył się w medytacji.
Ostatnio zmieniony 01 sty 2017, 23:45 przez Kas'sil'arani, łącznie zmieniany 1 raz.
Kas'sil'arani, Lady of Darkness

Awatar użytkownika
Kas'sil'arani
Lady Honorowa
Posty: 1861
Rejestracja: 03 paź 2015, 20:16
Lokalizacja: Copero, Chiss Space

Re: Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

#3

Post autor: Kas'sil'arani » 01 sty 2017, 23:44

***
[Zewnętrzne Rubieże, system Formos, koło południa czasu lokalnego]

Formos było dziurą. Zupełnym, zapyziałym zadupiem na krańcu galaktyki. Skanery pokazywały ledwie kilka większych miast czy raczej osad i tylko jeden port kosmiczny, do którego Kass nie bała się polecieć. Reszcie nie powierzyłaby swojego statku za nic w świecie.
Kiedy wylądowali, zwracając powszechną uwagę, Chissanka kazała obsłudze zatankować do pełna i zapytała o dobrą knajpę. Polecono jej lokal o niewymawialnej nazwie kilkaset metrów od lądowiska. Z góry zapłaciła połowę za paliwo i wraz z Cineusem poszli na wycieczkę. Wyszli na ulice zalane słońcem, gwarem i mieszaniną różnych zapachów bijącą z małych kramików: od aromatycznych steków z nerfa do czegoś nieludzko śmierdzącego, co było czuć z daleka, a okazało się lokalną odmianą owoców. Podobno bardzo smacznych. Istoty mijane po drodze były w większości uzbrojone, nierzadko po zęby, więc Kass cieszyła się, że jednak zabrała ze sobą swoje tonfy świetlne, które ukrywały długie poły jej poncza. Oczywiście nie miała zamiaru odpalać ostrzy. Nie musiała: żelastwo było i tak wystarczająco ciężkie, żeby zabić mocnym uderzeniem, a na pewno łamało kości, jeśli wiedziało się jak uderzać. A Kass wiedziała. Cineus natomiast nie pogardził niewielkim blasterem, który znalazł w zbrojowni muuriana. W przeciwieństwie do Chissanki założył broń tak, by każdy ją widział.
W polecanej knajpie było prawie pusto, natomiast lokal po drugiej stronie ulicy tętnił życiem. Sithowie wybrali więc ten drugi… i pożałowali już od progu.
Przecisnęli się do baru pośród taksujących spojrzeń, gwizdów, chrumkań i zaczepek, a od unoszącego się w gęstym powietrzu zapachu przyprawy kręciło się w głowie. Oboje z miejsca neutralizowali Mocą działanie narkotyku. Zamówili dwa piwa i rozejrzeli się za wolnym stolikiem. Jako że takowego nie było, Cin po prostu podszedł do tego, który najbardziej mu się podobał i kazał zjeżdżać trójce Ludzi, którzy przy nim siedzieli. Ci niechętnie, ale opuścili miejsce, mamrocząc coś pod nosem.
- Wbrew pozorom to chyba dobry lokal. - powiedział Sith, rozglądając się poprzez Moc.
- Taa, jeśli czegoś szukasz albo chcesz sprzedać. - rozejrzała się za menu, ale gdy tylko skosztowała piwa dała sobie spokój - Jednak nie jestem głodna.
- Możemy iść do tamtej - Cin kiwnął głową w stronę wyjścia, na co Kass machnęła ręką.
- Nie, zostańmy. Rozejrzyjmy się, ale ostrożnie.
Miralukanin zgodził się z nią i oboje rozpuścili na salę wici Mocy, ukrywając je wpierw przed ewentualnymi ciekawskimi, wrażliwymi na Moc osobnikami.
Zgromadzone na sali emocje mieniły się barwą i natężeniem, ale nie były w tej chwili niebezpieczne: tu jakiś szmugiel, tutaj zlecenie, tam propozycja nie do odrzucenia - samo życie. Kilka omawianych szeptem interesów było nawet wartych ich uwagi, ale raz, że Sithowie mieli inny cel podróży, a dwa nie dysponowali wystarczającą siłą ognia. Uśmiechnęli się tylko do siebie.
- Ze dwieście tysięcy można by z tego wyciągnąć - Cin potarł szczękę, rozważając usłyszaną ofertę.
- W sumie taak - przyznała - Ale mamy nie zwracać na siebie uwagi.
- Nowe kontakty? - zaproponował.
Pokręciła przecząco głową: - Zbyt niepewni. Odpuść.
- Dobra.
Im dłużej siedzieli wsłuchani w myśli i uczucia bywalców knajpy tym lepiej wiedzieli, jak Nowa Republika radzi sobie z problemem przemytu przyprawy. Po kilku godzinach mogliby mniej więcej znać trasy przerzutowe, na których na pewno nie natrafi się na republikański patrol. Informacja, która mogła być przydatna, jednak nie mieli kilku godzin. Porozmawiali tylko o niczym, Cin wypił swoje piwo i wrócili na statek. Po zapłaceniu za paliwo i horrendalnej kwoty za lądowanie, wyruszyli w dalszą drogę. Tym razem jednak Kass była przekonana, że nim dolecą do Tatooine trafią się kłopoty.
- Nauczę cię obsługi działek, Cineusie - powiedziała, kiedy lecieli bezpiecznie w hiperprzestrzeni.
- Myślisz, że może się przydać? - zapytał, idąc za nią.
- Nie. Jestem tego pewna. - odparła, pocierając kark.

W systemie Gamorr tak szybko wskoczyli na nowy, dalszy kurs, że nikt nie zdążył zareagować na ich pojawienie się. Natomiast nad Tatooine nie mieli tyle szczęścia.
- Czego oni tak właściwie od nas chcą? - zapytał Cin, ładując się do wieżyczki górnego działka i podpinając automatyczne namierzanie na dolnym.
- Statku. - odparła przez interkom - Muurian to dobra bryka, do tego droga, szybka i dość rzadko spotykana.
- Może zdążymy skoczyć dalej?
- Nie. Łajzy zastawili nam czyste wyjście, musimy się ich pozbyć.
- Mechu-deru? - był ciekaw działania tej techniki w praktyce.
- Nie potrzebuję Mocy żeby się z nimi rozprawić. Nie bój się, jestem dobrym pilotem. - odparła, zapinając pasy. Wysłała pojedynczy, zakodowany sygnał do niczym nie wyróżniającego się statku lecącego za nimi od samej Przestrzeni Sithów, a potem włączyła system wyboru celów, postawiła osłony kosztem mocy i prędkości silników i aktywowała przednie działka. - Brałeś kiedyś udział w gwiezdnej bitwie? - zapytała.
- Nie i nigdy nie miałem takich planów. - odparł młodzieniec, przekonując siebie, że działko to działko, a od próżni wcale nie dzieli go cienka warstwa zbrojonej transparistali, tylko kilka kilometrów normalnej atmosfery.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - stwierdziła - Wolałabym, żebyśmy wystrzelali wszystkich, więc postaraj się trochę.
- Zrobię co w mojej mocy, Mistrzyni. - powiedział, namierzając przeciwników.

Nad wielką, brązowo-żółtą planetą z dwoma słońcami czwórka drapieżników ostrzyła sobie zęby na tłusty kąsek. Piraci Riggera lecieli za tym transportowcem od Przestrzeni Huttów i dalsza pogoń już im się znudziła. Znali parametry muuriana, ale chissańska pilotka i ślepy facet nie wydawali się żadnym przeciwnikiem.
Horge Rigger chciał ten statek dla siebie, wystarczyło więc przeciążyć osłony i uszkodzić silnik, aby ich zatrzymać. Bułka z masłem. Rozstawił swoich ludzi tak, by dwie maszyny odcinały drogę w hiperprzestrzeń, ale w razie czego miały czystą pozycję do strzału, a dwie pozostałe miały dobrać się do silników. Sam był na pokładzie jednej z tych pierwszych, blokując skok na Ryloth.
Oczyma wyobraźni widział już siebie na nowym pokładzie, dlatego z uśmiechem pochylił się do komunikatora: - Do ataku! - rzucił krótko.

Dwie maszyny siedzące na ogonie Sithom nagle przyspieszyły i błyskawicznie wchodziły w zasięg działek pokładowych.
- Strzelaj dopiero jak będą w zasięgu - przypomniała Kass po raz ostatni i skupiła się na pilotażu.
Zauważyła, że ktoś ją wywoływał. Otworzyła połączenie i z głośnika komunikatora popłynął głos jednego z piratów, który obiecywał jej wolność i odstawienie na Tatooine jeśli wyłączy silniki i odda dobrowolnie statek. Niecierpliwie machnęła ręką, wyłączając komlink. Więcej się nim nie zajmowała.
Pierwsze salwy przeszyły przestrzeń dosyć daleko od statku, ale Kass udawała wystraszoną panienkę i zakołysała muurianem. Następne strzały minęły kokpit bliżej, a trzecie rozprysnęły się na osłonach.
- Dostaliśmy! - wrzasnął Cin i posłał zielone bolty na oślep w próżnię o tyle efektownie co bezużytecznie.
- Nie, to osłony. Trzymaj się. - uspokoiła go i pchnęła ster w bok próbując zgubić piratów. Oczywiście się nie udało i tarcze znów rozbłysły. Tym razem jednak Cin zdołał osmalić lakier jednego z napastników. W efekcie obie maszyny zrobiły nawrót i ponowiły atak.
- Dość zabawy. - mruknęła do siebie Kass i posłała statek w stronę planety. Przyciąganie nada im trochę większą prędkość, jako że nie chciała zmniejszać mocy osłon - Będzie trzęsło - uprzedziła Cineusa. Całe szczęście, że ten chłopak dobrze znosił latanie, nie zabrudzi jej pokładu - pomyślała i wpuściła muuriana w korkociąg. Aby jeszcze trudniej było ich trafić, co jakiś czas szarpała sterem w dowolną stronę. “Starstorm II” był co prawda posłuszny jej woli, ale nie był myśliwcem, więc ten przelot można by porównać do jazdy na pijanej, kulawej banthcie. Manewr spełnił jednak swoje zadanie: tarcze znów miały pełne sto procent mocy, a obaj piraci pikowali za Sithami. - Skup się na jednym - poleciła Cineusowi, a kiedy system wyboru celu potwierdził namierzenie, gwałtownie pociągnęła drążek do siebie, dając jednocześnie całą moc repulsorom. Muurian podskoczył w górę jak piłka na fali odbijając się od pola grawitacyjnego planety, Kass wykonała wzorcową pętlę, umiejętnie przerzucając moc z osłon do silników i weszła piratom na ogon.
- Walcie się. - warknęła, otwierając ogień. Dolne oraz górne działko turbolaserowe strzeliło w jednego z napastników, a potrójne, sprzężone działko dziobowe rozpyliło na atomy drugiego. Nie zajmując się nimi więcej skierowała się wprost na pozostałych piratów. Ci już wiedzieli, że nie mają do czynienia z żółtodziobem, tylko doświadczonym pilotem i chyba jeden chciał stąd zwiać.
- Cin? Ten mniejszy dla ciebie, drugi jest mój.
Kiedy potwierdził, ustawiła celownik na ciężej uzbrojony statek, przerzuciła pełną moc osłon na przód i pchnęła gaz do oporu. Młodszy Sith skupił na słabszej maszynie oba działka, które miał pod kontrolą.

Wściekły Horge Rigger już wiedział, że zadarł z niewłaściwą osobą. Nie znał baby, ale musiała być pilotem myśliwskim i bardzo dobrze znać swój statek. Może by i odpuścił i zaproponował jej dołączenie do swojej bandy, gdyby nie zestrzeliła jego kumpli. To były dobre chłopaki. Dlatego niebieska wywłoka zapłaci za ich śmierć. Wyrzucił z fotela swojego pilota sam zajmując jego miejsce i chwycił wolant w potężne łapska. Miał dla niej niespodziankę.
- Stig, przed nią odbijesz w prawo. - rozkazał drugiemu piratowi przez komlink, a potem poszedł prosto na muuriana.

- Chyba już nie chce zdobyć statku. - stwierdziła Chissanka, gdy obaj przeciwnicy rzucili się w jej stronę, a systemy informujące o namierzeniu zapipkały ostrzegawczo.
- On chyba nie leci na czołowe? - zapytał Miralukanin nieco zdenerwowany.
- Leci - potwierdziła i zaraz dodała: - Bierz tego z lewej.

Gdyby Kass leciała myśliwcem, gdyby była sama, gdyby nie znała magii Sithów, gdyby była dawną Kas’sil’arani - jednym słowem: w innych okolicznościach już dawno otworzyłaby ogień albo wymanewrowała pirata i wykonała mikroskok na obrzeża systemu. Może by wróciła i odstrzeliła im maszyny spod tyłków, a może śmignęłaby dalej. Nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że w tej chwili odpowiada nie tylko za siebie i niewybaczalne byłoby nie skorzystać z własnego potencjału.
Skoncentrowała się na przeciwniku, który leciał na wprost niej, ale nie strzelał, mimo iż była w zasięgu. Skupiła się i sięgnęła Mocą do niego i jego maszyny i już wiedziała, dlaczego.
Wszystko wokół zdawało się zwalniać. Czas niemal stanął w miejscu. Poprzez Moc dotknęła torpedy protonowej w wyrzutni Riggera.
- Otwórz się, ożyj! - szepnęła do siebie, oczyma duszy widząc jak ładunek skumulowany w głowicy wzrasta w ognisty pióropusz eksplozji.
Ułamek sekundy później wizja stała się rzeczywistością. Na wprost muuriana nagle rozbłysła kula ognia i szczątków, prędkość i czas wróciły do właściwych wymiarów, a iluminatory kokpitu Chissanki zaciemniły się maksymalnie. Pociągnęła stery na siebie, przelatując nad gorącymi odłamkami i natychmiast przechyliła statek w lewo, w pogoni za ostatnim bandytą.
Cineus wyczuł jej działanie, a że Moc uważał za tak naturalny składnik życia jak oddychanie, nie mógł czasem zrozumieć, dlaczego nie używać jej na co dzień. Teraz tylko uśmiechnął się do siebie i strzelał nieprzerwanie do ocalałego jeszcze pirata. Po chwili tamtemu padły tarcze, potężny wybuch rozerwał silniki jonowe, a fala ognia pomknęła w stronę dziobu, rozrywając płaty poszycia i w spektakularny sposób kończąc jego marną egzystencję.

- Cin? - zapytała Kass przez interkom - Jesteś cały?
- Cały - odparł. Chciał o coś zapytać, ale jej głos miał taką barwę… że dał sobie spokój - Cały, Mistrzyni. - powtórzył tylko i wyłączył działka.
‘Arani obrała kurs na Ryloth i włączyła hipernapęd. Wiedziała, że żaden z piratów nie przeżył i była trochę zła na siebie, że tak długo się z nimi bawiła. Dość - postanowiła. Musi przestać się popisywać. Koniec z niepotrzebnym ryzykiem.
Wpatrując się w migoczącą mozaikę hiperprzestrzeni, zatopiona w myślach rozparła się w swoim fotelu, opierając dłonie na brzuchu: - Dość głupot. - szepnęła do siebie cichutko.

[Wewnętrzne Rubieże, Denon, godzina 18.12 czasu lokalnego]

Widząc planetę zabudowaną miastem tak jak Coruscant Zabrakowi lekko zaparło dech w piersiach. Denon leżał na przecięciu dwóch szlaków hiperprzestrzennych: Drogi Hydiańskiej i Szlaku Koreliańskiego. To będzie ciekawe. Przeszukał informacje w holonecie na temat planety i znalazł bar, który go zainteresował, bo był opisany w kilku folderach turystycznych jako “niezapomniany”. Poleciał w kierunku najbliższego lądowiska od wyznaczonego celu. Wylądował i polecił uzupełnić paliwo. Sam ruszył szybko w miasto. To, co widział naprawdę mu się podobało, chociaż było tłoczno to wszędzie czuł życie, a on to uwielbiał. Przyglądał się wszystkim budynkom, sklepom i sklepikom. Na kilku rogach widział jakieś bary, domy publiczne, ale on szukał tego jednego, w którym wiedział, że dowie się najwięcej. Kiedy w końcu znalazł bar, pomyślał, że po takiej planecie może się spodziewać czegoś z wykopem i się nie zawiódł, może to nie był jeszcze bar najwyższych lotów, ale podobał mu się. Po napatrzeniu się, wszedł do środka.
- Proszę koreliańską brandy oraz jakiś wasz specjał do jedzenia. – rzucił do barmana, poczekał chwilę na szklaneczkę, po czym zapłacił i usiadł przy stoliku, który znajdował się przy schodach. Dzięki wyostrzeniu zmysłu słuchu mógł w tym miejscu w większą łatwością podsłuchać, co się dzieje na górze i na dole. Kiedy dostał posiłek zaczął jeść, jednak nie poświęcał jedzeniu za dużo uwagi, starał się raczej skupić na wszelkich rozmowach dookoła niego. Jak mógł się spodziewać większość to obgadywanie innych, polityków, narzekania i sprośne opowieści o seksie. Jeden temat go jednak trochę bardziej zaciekawił, otóż pewien mężczyzna potrzebował pilnie pozbyć się swojej sieci barów. To, co wzbudziło zainteresowanie Zverisa to pośpiech tego mężczyzny oraz niska cena, co ułatwiało mu zadanie. „Dopiero po misji planowałem zdobyć w końcu jakiś dochodowy interes, ale jeśli los podsuwa mi taką szansę to cóż, muszę przejąć ten biznes” - pomyślał i znów zaczął podsłuchiwać rozmowy innych, cały czas jednak zerkając, czy tamten mężczyzna jest już sam. Jedyne wnioski, jakie ma z tej planety są takie, że nic tu się nie dzieje. Wciąż handluje się tu przyprawą, ale tym Akolita się brzydził. Dziwki wciąż w modzie i cenie, zresztą nic dziwnego - piękne kobiety tu mają, pomyślał, kiedy kilka z nich przeszło się góry na dół w poszukiwaniu klientów. Zerknął na mężczyznę, który chciał się pozbyć swojego interesu jednak ten wciąż był okrążony chętnymi kupcami.
„Czas minął, pora na dalszą podróż. Idę spróbować to załatwić, ale kompletnie nie potrzebuję tu gapiów” pomyślał i wstał. Idąc w kierunku grupki osób zanalizował najpierw, czy nie ma tu istot wrażliwych na Moc i kiedy nie wyczuł nikogo takiego wypuścił trochę wici Ciemnej Strony w kierunku bandy niepotrzebnych ludzi i zaszczepił w ich umysłach lekki strach przed nim. Był już blisko nich i wyczuł, że niektórzy się zlękli i zaczęli odchodzić, inni natomiast poczuli po prostu większy stres. Zveris postarał się nasilić w nich to poczucie, tak, aby każdy z nich chciał odejść, kiedy tylko go zauważy. Nie było trudno, bo byli to prości, wstawieni ludzie. Usiadł naprzeciwko właściciela biznesu i bez ogródek zaczął rozmowę.
- Witam, nazywam się Ar’asil i z tego, co słyszałem to chcesz sprzedać swój biznes, tak? – zapytał pewnie patrząc w oczy ofierze.
– T-tak, ja się nazywam Kronel. I mam na sprzedaż moją niewielką sieć barów. – odpowiedział, patrząc na Zabraka z zaciekawieniem. Zveris wyczuł lekkie zmieszanie i stres w ofierze, skupił się przez chwilę i wysłał w jej kierunku jasne poczucie o tym, że jest on odpowiednią osobą do przejęcia tego biznesu. Wyglądało to dziwnie, bo przez chwilę nic nie mówił, ale kiedy tylko odczuł, że informacja doszła do Kronela, od razu podjął.
– Fantastycznie, czy do tej sieci należy również ten bar? – uśmiechnął się, aby ten zyskał do niego zaufanie. Szybko również zadał drugie pytanie – Możesz mi powiedzieć, dlaczego się chcesz pozbyć tego interesu?
– Oczywiście. Ten bar również jest mój, a pieniędzy potrzebuję na inne rzeczy – odpowiedział z wyczuwalnym kłamstwem. Zveris zaczął przyglądać się jego zachowaniu, skórze i spostrzegł jedną rzecz…gość był uzależniony od przyprawy. „Ech następny ze słabą wolą, w sumie nawet mi ciebie nie szkoda. Może nawet na tym zyskasz”
– No dobrze, zatem ile sobie życzysz za to? – zadał pytanie i znów skupił się na emocjach ofiary, analizował je i odczuł, że waha się nad odpowiedzią. - Może zastanów się a ja pójdę do łazienki na chwilę – rzucił i szybko ruszył w kierunku ubikacji. Tam tak naprawdę usiadł i zaczął się koncentrować, chciał zmieszać mu myśli, wydać rozkaz tak jak go uczono. Całą wolą przywołał do siebie Moc i jej Ciemną Stronę. Wizualizował to sobie jak dłonie, które ugniatały coś na wzór plasteliny, próbując ugnieść coś idealnego. Kiedy tylko poczuł, że już czas posłał jedną myśl, rozkaz do Kronela „W tym momencie przepisz cały biznes na cudzoziemca Ar’asila”. Kiedy wrócił do siebie, oblał twarz zimną wodą i szybko wyszedł w kierunku omamionego biznesmena. Usiadł i zobaczył, że próba wyszła.
– Proszę oto dokumenty, dzięki którym staniesz się właścicielem mojej sieci barów. – błogi uśmiech na twarzy otumanionej ofiary ucieszył Zverisa.
– Stanę się właścicielem, ale potrzebuję kogoś do pomocy, także zostajesz kierownikiem. – „Będę potrzebował kogoś tutaj, kto się zajmie tymi miejscami. Tylko on musi być trzeźwy. Hm…” zamyślił się. Po chwili złożył podpis na dokumentach i stał się oficjalnie właścicielem biznesu. - Słuchaj będziesz dostawał konkretną działkę. Wymagam jednego, masz być czysty. Opłacimy ci teraz odwyk. Ale jeśli raz usłyszę, że jesteś naćpany – zniżył głos, nachylił się w kierunku ucha człowieka i z Mocą dokończył – zabiję cię.
Odchylił się i z szerokim uśmiechem na ustach spojrzał się w jego przestraszone oczy:
– Teraz wstawaj idziemy do jakiejś placówki odwykowej.
Wyczuł, że jego partner biznesowy jest w stresie po ostatnich słowach, więc wysłał mu poprzez Moc spokój. Zostawili garść monet i wyszli z baru. Zveris sięgnął po tablet i wyszukał jakąś odpowiednią placówkę. Po chwili wybrał jedną, która znajdowała się niedaleko i ruszył.
– No to tak - zaczął - na razie będę chciał niewiele z tego, co tu się dzieje, bo tylko 5% z całości. Resztą ty masz zarządzać, jak będziesz potrzebował czegokolwiek to masz do mnie dzwonić. Na razie chcę żebyś zrobił wszystko – zatrzymał się, aby podkreślić te słowo – dosłownie wszystko, żeby przejąć wszystkie bary, jakie są w mieście. – w odpowiedzi zobaczył tylko skinienie głowy. Zamyślił się „Ech on się za bardzo boi, będę musiał go trochę postawić do pionu” – Słuchaj – zwrócił się stanowczo w kierunku Kronela – nie bój się, ja ci teraz nic nie zrobię. Chcę zysku dla nas, pragnę abyśmy obaj na tym zyskali – wskazał kierunkiem w lepsze budynki na około – widzisz to? Chcę żebyś kiedyś w takim mieszkał – słowa wypowiadał z dodatkiem Mocy tak, aby w człowieku zrodziło się pragnienie zdobycia tego wszystkiego. Doszli już do placówki - A teraz wchodź tam, ja się wszystkim zajmę.
Nowoczesny budynek był sterylnie elegancki, z niewielkim zespołem: kilku Ludzi, Twi’leków i droidy medyczne. Przy drzwiach był nawet ochroniarz, który miał tylko pałkę i mały blaster ustawiony na ogłuszanie. Zveris wraz z Kronelem podeszli do recpecji i Zabrak zwrócił się do Twi’lekanki:
- Dzień dobry - uśmiechnął się do niej czarująco - Chciałbym żebyście zajęli się moim kolegą. Niestety wpadł i nie udało mu się kontrolować nałogu – nadał głosowi smutny ton – zależy mi na jego szybkim powrocie do zdrowia.
Poprzez Moc wyczuł, że zagrał na jej emocjach.
- Dobrze. Przez miesiąc będzie musiał być zamknięty w naszym ośrodku, potem jest wolny. Ach tak - jak Zveris myślał, aż miesiąc. Nie ma tyle czasu. W ogóle już musi lecieć z tej planety. Nie mając już ochoty na dalsze próby perswazji, spojrzał jej w oczy i w swoją wypowiedź tchnął Moc jak najbardziej umiał:
- Proszę żeby był tutaj tydzień, a pani codziennie będzie mi wysyłać informacje jak idzie mu odwyk. Proszę załatwiać mu wszelkie dogodności, jakich potrzebuje, oczywiście oprócz narkotyków. - kiedy kończył zdanie poczuł, że poziom adrenaliny mu się podniósł „Ach uwielbiam Moc”. W oczach Twi’lekanki widać było zmieszanie, po chwili się ocknęła i odpowiedziała krótko:
- Dobrze, zrobię jak pan sobie życzy.
- Dziękuję. Do usłyszenia dziś wieczorem. – zerknął teraz w kierunku Kronela – Pamiętaj, jesteś w stanie to pokonać. A już za tydzień zaczniemy podbijanie rynku na Denonie. – odwrócił się poszedł w kierunku wyjścia. Kiedy znalazł się na zewnątrz nie tracił już czasu na nic, szybszym krokiem ruszył w kierunku hangarów gdzie znajduje się jego statek. Kiedy tylko do niego dotarł, zapłacił za paliwo i wszedł na pokład. Tam odpalił maszynę, sprawdził wszystko i wpisał nowy kurs, teraz na Naboo. To już ostatni przystanek przed celem całej misji. Podniósł maszynę, wzniósł się i poleciał w wyznaczonym kierunku. Kiedy znalazł się już poza orbitą planety i wszystko było gotowe, włączył hipernapęd. Zveris znów pomedytował chwilę i poszedł się zdrzemnąć, bo ten lot był trochę dłuższy od poprzednich.

[Dzika Przestrzeń, sektor Pelgrin, wysoka orbita księżyca Draay 2]

“Starstorm II” wyskoczył na obrzeżach galaktyki. Światy Jądra wyglądały stąd jak odległe, maluteńkie mgławice, zlane w kilka jaśniejszych kropek. Natomiast księżyc zasłaniający połowę iluminatorów był bladozielony, skąpany w pomarańczowo-różowym świetle swojej planety. W Mocy emanowała z niego aura ciszy i spokoju. Tak mogła wyglądać legendarna Jedha za czasów swojej świetności, tak mógł wyglądać Tython albo Ilum.
Czujesz Moc, Cineusie? - zapytała młodszego Sitha, który właśnie wszedł do kokpitu.
Cały czas, Mistrzyni. - odparł.
Jeszcze chwilę patrzyła na wiszący przed nimi glob, po czym z uśmiechem odwróciła się do chłopaka:
Masz pierwsze dwa potwierdzone trafienia. Nie gratulowałam ci jeszcze.
Dziękuję, ale albo my ich, albo oni nas. - odparł, nie bez dumy w głosie.
Nie bagatelizuj tego. To była dobra walka.
Zatem jeszcze raz dziękuję. - wskazał na księżyc - Wszyscy już są?
Nie. - Kass spojrzała na skanery - Wygląda na to, że przyjdzie nam jeszcze czekać na Zverisa.
Wprowadziła współrzędne, jakie przesłał jej Kadren i z wyczuciem pchnęła stery ku powierzchni.
Wiesz? Ciekawa jestem, czy ona tam rzeczywiście jest.
Cineus wzruszył ramionami i zapiął pasy: - Przekonajmy się, Mistrzyni.

[Środkowe Rubieże, Naboo]
Po paru godzinach przed oczami Zverisa ukazała się historyczna planeta. To na niej narodził się Darth Sidious, tutaj Darth Maul, jako pierwszy po blisko tysiącu lat ujawnił istnienie Sithów. Ta planeta miała znaczenie w aktualnej historii. Zbliżając się do lądowiska w Theed City można było zobaczyć bogactwo i potęgę, jaka biła od stolicy. Mimo to nie zabawił tu długo i wkrótce leciał dalej.

[Dzika Przestrzeń, sektor Pelgrin, orbita księżyca Draay 2]

- Znajdujemy się u celu. - padło ogłoszenie komputera, które wybudziło Zabraka ze snu. Wstając rozejrzał się dookoła, przeciągnął, po czym ubrał. Ruszył do kuchni, marząc o kawie. Kiedy przygotował sobie napój, ruszył do kokpitu i usiadł w fotelu pilota. Spojrzał na cel, planetę do której zmierzał. Pora się skontaktować z innymi, uruchomił komunikator i nastawił odpowiednią częstotliwość
- Witajcie, czy wszyscy są już tutaj obecni? - zapytał ogólnie, tak aby nikt niepożądany nie wiedział o co może chodzić.
- O, dzień dobry, Zverisie. Tak, wysyłam Ci nasze współrzędne. - usłyszał w odpowiedzi głos Mistrzyni Kas'sil'arani. W tym samym momencie dostał dane, które natychmiast wprowadził do komputera.
- Dziękuję, już zaraz będę - uśmiechał się, bo w końcu nadeszła jego pierwsza, prawdziwa misja - Do zobaczenia. - rzucił na koniec, przejął stery i sam sprowadził statek do celu, który wyznaczył mu komputer.
Kas'sil'arani, Lady of Darkness

Awatar użytkownika
Kas'sil'arani
Lady Honorowa
Posty: 1861
Rejestracja: 03 paź 2015, 20:16
Lokalizacja: Copero, Chiss Space

Re: Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

#4

Post autor: Kas'sil'arani » 21 sty 2017, 14:58

[Dzika Przestrzeń, sektor Pelgrin, księżyc Draay 2, godzina 10.52 czasu miejscowego]

Bladozielony muurian wylądował na niewielkiej polance tuż obok statku Kadrena. Kass zeszła z rampy i odetchnęła głęboko czystym, nieskażonym powietrzem księżyca. Miała wielką ochotę pójść na spacer i wsłuchać się w tutejszy głos Mocy, ale dała sobie spokój przy innych Sithach. Może przyleci tu kiedyś na wakacje i wtedy w pełni posłucha pradawnych opowieści. Teraz mieli coś do zrobienia.
- Mistrzu Sal! - zawołała, gdy tylko zobaczyła Devaronianina - Miło cię widzieć. Nie umarłeś z nudów?
- Jak widzisz, nie. - odparł i przywitał się - I nie, nie szukałem jej jeszcze. - dodał, zanim zdążyła zapytać.
- Ach. No dobrze. Cineusie - zwróciła się do drugiego Sitha, który też zszedł z pokładu - wyciągnij sprzęt. Myślę, że możemy zacząć szukać. Zveris za chwilę wyląduje.
Miralukanin skinął głową i poszedł do ładowni. Po kilku minutach jeden po drugim z transportowca zaczęły wychodzić droidy górnicze.
- A gdzie jest Massny? - zapytał Kadren, kiedy wzorowana na antycznej jednostce “Elassa Huros” ciągle nie przecinała nieboskłonu.
Miał kłopoty z silnikiem. A ponieważ kłopoty z silnikiem to bardzo poważne kłopoty, kazałam mu się ich pozbyć.
- Silników?
- Kłopotów. Słyszałeś legendę o Flocie Katańskiej? - zapytała, przywołując na wpół mitologiczne wydarzenie jako potwierdzenie swoich słów.
Devaronianin zmarszczył brwi, a po chwili potarł jeden z rogów: - Ale tam nie chodziło o silniki, tylko o wirusa.
Kas’sila strzeliła oczami w bok, co w sumie wyglądało, jakby patrzyła w jedno i to samo miejsce: - No tak, ale mieli układ podporządkowania… Bez silników nie zadziała. Ale to techniczne szczegóły. Na silniki trzeba uważać.

Oboje mistrzowie podeszli do skraju wysokiego urwiska, dnem którego płynęła rzeka.
- Mówisz, że to tu? - zapytała Chissanka, patrząc w dół na przewalający się, spieniony, górski potok.
- Według współrzędnych mojego informatora, właśnie tam. - Sal wskazał na sporą kupkę kamieni omywanych wodą.
- Świetnie. - stwierdziła. Nie uśmiechało jej się schodzenie dobre kilkadziesiąt metrów po prawie pionowej skale, bo nie znała się wcale na wspinaczce, a skoku z lądowaniem przy użyciu Mocy wolała nie próbować. Z lewitacją też było u niej średnio, a na tyle znów nie ufała Kadrenowi, żeby poprosić go o opuszczenie jej na dół dzięki telekinezie. Spojrzała na stojące niedaleko statki, ale żaden nie zmieściłby się na dole, żaden też nie miał promienia ściągającego - No cóż. - mruknęła i podparła się pod boki - Nie wiem, jak ty, Kadrenie, ale ja dam się wykazać młodym. Oczywiście będę pilnować, żeby nic złego się nie stało, ale tam - kiwnęła głową w dół - nie pójdę. Niech pokażą na co ich stać.
Cineus podszedł ku nim i też oglądał teren “wykopalisk”.
- Rzeka sporo wezbrała, ciężko będzie w tym kopać. - zauważył.
- Fakt. - przyznała i przebiegła wzrokiem w górę kanionu. Wysokie brzegi były świetnym materiałem na tamę - Ale to nic. Zawalimy kanion za tym zakrętem - wskazała ręką niknącą za załomem szczelinę - i zrobi się zapora. Kiedy wyciągniesz cały sprzęt zrobię skan i wybiorę najlepsze miejsce. Potem opuścimy na dół telekinezą droidy i ciebie ze Zverisem.

Ostatnie słowa zagłuszył ryk silników szarego transportowca, z wątpliwą gracją próbującego zmieścić się na polanie. “Cholera stanęli tak, że nie ma miejsca dla mnie. - burknął do siebie Zveris - No cóż… trzeba je sobie zrobić” rozejrzał się i zobaczył idealne miejsce, tylko zarośnięte. Ustawił działka i wypalił całą serię w drzewa, siekąc je na miazgę tak, aby jego maszyna mogła spokojnie wylądować. Kiedy w końcu posadził statek, wyłączył systemy i opuścił rampę, ruszył do kajuty po swoje rzeczy i wyszedł.
Na zewnątrz zachłysnął się powietrzem, starał się wyczuć to miejsce Mocą. Po chwili jednak otworzył oczy i poszukał swoich towarzyszy. Spostrzegł ich na jakimś pagórku, więc podszedł ku nim.
- Dzień dobry, Mistrzyni Kas'sil'arani i Mistrzu Kadrenie - ukłonił się lekko w kierunku obydwojga, po czym zerknął w kierunku Cineusa - Infiltratorze, ciebie również dobrze widzieć - uśmiechnął się od ucha do ucha - W końcu wśród swoich - dodał, po czym sięgnął do plecaka i wyciągnął datakartę, którą wręczył Chissance - Tutaj wszystkie dane, jakie udało mi się zdobyć z planet, które miałem odwiedzić. Generalnie dowiedziałem się jakie gangi sprawują władzę na poszczególnych planetach, mamy parę haków na niektórych senatorów. Mam nadzieję, że informacje wspomogą Bractwo - ukłonił się w kierunku Mistrzyni.
- O, na pewno Wywiad coś z tego wyciągnie. - odparła, biorąc do ręki datakartę. Obejrzała ją i schowała do kieszonki - A teraz do roboty. - uśmiechnęła się - Sprawa wygląda tak, Zverisie, że zejdziecie na dół z Cinem…

***
Kadren z Kass patrzyli jak młodzi Sithowie schodzą na dół. Dzięki zapasowi liny obaj opuścili się na dno wąwozu bez przeszkód, droidy wcześniej przeniesiono tam telekinezą. Devaronianin uśmiechnął się do siebie. Jego badania były zbyt cenne, żeby ryzykował niepotrzebnie swoje życie. Jeśli któremuś coś się stanie... cóż, takie życie. Zveris i Cineus zeszli jednak gładko i ze znaczną wprawą. Na twarzy Chissanki Sal zauważył grymas, który mógłby od biedy ujść za uśmiech.
- No, jak na razie nieźle - odezwał się.
Mistrzyni skinęła głową.
- Mam nadzieję, że nie wrócimy z niczym.
- W każdym razie zwiedziliśmy całkiem niezły kawałek galaktyki i oderwaliśmy się od codziennych obowiązków. Nie to, żeby były nudne, ale darmowa wycieczka to darmowa wycieczka. - wyszczerzył się.
Kass zamrugała, ale nie skomentowała. Skoncentrowana była na obserwowaniu dwójki mężczyzn. Sal podążył za jej wzrokiem. Dawali sobie radę. Znajdowali się już nieco dalej i ustawiali teraz droidy na śliskim dnie. No i dobrze. Mimo, iż faktycznie uznał, że odrobina wypoczynku się przyda, Devaronianin nie mógł doczekać się powrotu na Felucję. Miał przecież tyle do zrobienia… Póki co, nie słyszał głosów. Widać nie miały nic ciekawego do dodania i też cieszyły się wakacjami. Roześmiał się z tej myśli.
- Co cię tak śmieszy, Mistrzu? - spytała Kass.
- Nie, nic. Wiesz przecież, że jestem szaleńcem, a oni nie potrzebują powodów. - w sumie nic sobie nie robił z tego, że tak go postrzegano. Miał swoje w miarę poukładane życie w Bractwie i tego się trzymał - Chyba powinniśmy użyć tego - powiedział i wyciągnął z kieszeni makrolornetkę - Moc Mocą, ale szkoda nadwyrężać wzroku. - podał jej urządzenie.
- O, dziękuję - Chissanka przyłożyła je do oczu i zerknęła ponownie. Nie żeby coś się zmieniło. Obaj młodzi Sithowie nadal prowadzili swoje rozpoznanie.

Kiedy Kass przeskanowała wąwóz, komputer podał najbardziej optymalne miejsce do zawalenia skał, by utworzyć prowizoryczną zaporę. Potem dwoma dobrze wymierzonymi pociskami nienawiści uderzyła w ściany kanionu, a te poskładały się pod naporem Mocy jak domki z kart. Woda przestała płynąć, jednak wkrótce znajdzie przejście między kamieniami. Do tego czasu Sithów już tu nie będzie. Pył, jaki wypełnił kanion do teraz unosił się ponad wysychającym zwolna korytem, osiadając na metalowych powłokach droidów i samych Sithach. Niedługo nastanie wieczór, a nie dokopali się jeszcze do niczego, co by mogło przypominać starożytny artefakt.
Cineus, uzbrojony w detektor metali, jednego droida i Moc przeczesywał metr po metrze dno rzeki, w jedną i drugą stronę od miejsca, gdzie zwaliła się świątynia. Zveris nadzorował prace robotów na największym gruzowisku.
- Nie wiem, czy jest sens szukać w nocy. - odezwała się do Kadrena znad swojego datapada, na którym oglądała ciekawostki przekazane jej przez Zverisa.
- Dlaczego? Bierz przykład z Cineusa: jemu jest obojętne, jaka jest pora dnia, czyż nie?
Podniosła głowę znad ekranu: - W sumie…. - przyznała.

Jednak noc na tym odległym od jądra galaktyki księżycu okazała się przejmująco zimna. ‘Arani zarządziła przerwę do rana i zaprosiła wszystkich na pokład muuriana na kolację.
Niewielka, ale elegancka świetlica statku miała ściany wyłożone zielonym, niepalnym pluszem, a dookoła stołu z prawdziwego drewna przyśrubowano do podłogi i ścian wygodne siedziska. Teraz cała czwórka siedziała nad parującym, aromatycznym kafem, ale jeśli ktokolwiek łudził się, że Chissanka ma w kuchni coś innego niż wojskowe racje żywnościowe, srodze się rozczarował.
- Mistrzyni, jeśli tym karmią pilotów, to mam kolejny dobry powód, żeby iść do armii. - stwierdził młody Zabrak, ale że normalne jedzenie biegało na zewnątrz po lesie i należało je pierw upolować, wypatroszyć i upiec, przeżuwał swoją porcję bez marudzenia.
- To nie jest dla pilotów - odruchowo sprostowała - oni mają bardziej energetyczne. To jest dla zwyczajnej załogi. A armia ma jeszcze gorsze, wierz mi.
Cin uśmiechnął się - przez te kilka dni zdążył się przyzwyczaić. Kiwnął teraz głową w stronę lodówki, a gdy Kass przytaknęła, wyjął z niej koreliańską brandy i lód. Rozlał do szklanek i postawił przed każdym z Sithów.
- No to - Miralukanin uniósł swoją szklaneczkę - za nasz skarb, żebyśmy go znaleźli.
Reszta powtórzyła jego gest i skosztowała alkoholu, ale Kass umoczyła tylko usta i szepnęła cicho: yesss, my pescioussss…

Spojrzenie czerwonych oczu prześlizgiwało się po znajomych twarzach. Znali się od dawna, ale tak naprawdę byli dla siebie obcymi istotami. Po raz pierwszy spędzali czas w tym gronie i to na takiej małej przestrzeni. Dobrze, że w miarę znosili swoje towarzystwo.
Cineus i Zveris byli wyraźnie zmęczeni, chociaż nie dawali tego po sobie poznać, Kadren odpłynął w marzenia albo toczył w swoim umyśle ciche rozmowy ze swoimi duchami, a ona… Ona dziwiła się, że to dopiero ich pierwsza wspólna misja. Czytając kroniki Bractwa często natrafiała na opisy wypraw takiej czy innej Szkoły. Owszem, przed rokiem sama brała udział w ekspedycji, wraz z Lady Mirash i dwoma Sithami, których już nie było wśród żywych, ale wydawało jej się, że to za mało.
Do tego dowiedzieli się ciekawych rzeczy na temat sytuacji społeczno-politycznej, chociaż…
- Kadrenie? - zapytała Devaronianina - Leciałeś przez Kashyyyk i przestrzeń Bothan. Czego się dowiedziałeś? Przyznam, że interesują mnie zwłaszcza ci drudzy.
- Bothanie to istoty dwunożne, pokryte futrem... - zaczął z wesołym błyskiem w oku.
Cineus cicho się roześmiał.
- Wiesz, że nie o tym mówię - powiedziała Chissanka.
- No dobrze. Siatkę szpiegowską mają dobrą. Wiedzieli, że "Król Devaronu" przybędzie na ich planetę. Czego nie wiedzieli to to, kim jestem naprawdę. Myśleli, że zwykłym lekarzem, a ja nie wyprowadzałem ich z błędu. Powiedziałem im też, że interesuję się historią i archeologią. Pokazali mi parę starych budowli, przyznam, że interesujących. Opowiedzieli też o słynnej bitwie z czasów Starej Republiki, kiedy to na Bothawui mistrz Jedi, imieniem Belth Allusis oraz kilkunastu jego pobratymców z Zakonu oraz 4.000 żołnierzy Republiki broniło, w sumie odważnie, chociaż z marnym skutkiem, generatorów tarczy. - przybrał ton opowiadacza - W Armii Imperium Sithów było 50.000 dusz. Dowódcą floty, która zaatakowała planetę był Wielki Moff Zellos. - zauważył błysk zainteresowania w oczach Kass. Pewnie niedługo zacznie przeszukiwać archiwa, szukając o nim wzmianki - W każdym razie Sithowie musieli wstrzymać atak na Środkowe Rubieże, a nasi koledzy z Zakonu Jedi zostali nazwani "Bohaterami z Bothawui" i stali się legendą, inspiracją itp. itd. dla Republiki. Imperialnych było za mało, żeby przejąć tarcze oraz okupować planetę. Wycofali się, a bitwę uznano za remis.
- Kiedy to było? - spytał podekscytowany Cineus - Chyba nie za czasów Palpatine'a ani Wojen Klonów?
- No nie - odparł Devaronianin - W roku 3671 przed bitwą o Yavin. W sumie tyle. Nasłuchiwałem, starałem się nakłonić do współpracy paru nieciekawych typów ale nie wiedzieli nic o naszym celu, więc dałem sobie spokój. Nie chciałem, żeby coś zwęszono i nas uprzedzono.
- No tak, w porządku. Nie spodziewałabym się, że na Bothawui wiedzą coś o tym księżycu, ale pytałam, czy czegoś się dowiedziałeś o obecnych stosunkach Bothan do Republiki i innych frakcji. Historia jest całkiem ciekawa, ale musiałabym zostać Lorekeeperem, by mnie to bardziej zajęło, a na to się nie zanosi. Więc? - spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
- Cóż, z tego co wiem, nadal popierają Republikę. Domyślam się, że byłoby im w smak dowiedzieć się, że gdzieś istnieje Bractwo Sithów, którzy nie całkiem wyginęli. Podejrzewam, że zwołaliby siły z innych planet, żeby nas wykurzyć. A chyba nikt nie ma zamiaru wynosić się ze swojej siedziby? - spytał pozostałych.
- No, raczej nie. - odparł Zveris za wszystkich.
- Tak więc są za Republiką, widziałem też kilku Mandalorian. Co do reszty, każdy musi z czegoś żyć, więc pokazano mi przy okazji apartamenty przedstawicieli Huttów, nawet mignął mi imperialny mundur, ale podejrzewam, że ktoś nosił go z tęsknoty za dawnymi czasami. Ogólnie rzecz biorąc żyją ze wszystkimi w jakiej takiej zgodzie. I niech tak zostanie. Może kiedyś ktoś od nas zaproponuje im współpracę. Wyobrażacie sobie niezawodnych bothańskich szpiegów u nas? Wiem, pracowaliby pewnie na dwie strony, ale może znalazłby się jakiś uczciwy - roześmiał się - Nie, żebym miał coś do naszego wywiadu, ale wzmocnienie również by się przydało. Ale chyba za daleko wybiegam w przyszłość, pewnie przez ten wyjątkowo smaczny alkohol. - skinął kubkiem w stronę Kass.
- A dzięki. - odparła - Nie ufam Bothanom. Co prawda Noghrim też nie ufam, ale co poradzę, jak Ariakan się na nich uparł?
- Każdy orze jak może - stwierdził sentencjonalnie Devaronianin - No, ale najpierw znajdźmy artefakt, a o resztę będziemy martwić się później.
- Słusznie - powiedziała Kass i wstała - Nie żebym was wyrzucała, ale to mój statek, a wybieram się już spać. Jutro czeka nas praca.
- W sumie masz rację, Mistrzyni - odparł Kadren - Dobranoc.
Kiedy Kadren i Zveris opuścili pokład, a Cineus poszedł do swojej kajuty Kass wyrzuciła pustą butelkę po brandy do kosza, a swoją nietkniętą porcję wylała do zlewu.
Potem sprawdziła, czy ich “ogon” z Wywiadu dalej wisi na orbicie. Wisiał i nie miał zamiaru lądować. No to niech sobie wisi.

***
Następnego dnia Sithowie doszli do wniosku, że tradycyjne metody poszukiwania są bezwartościowe. Mistrzowie znów zostali na górze, a młodsi adepci nauk Ciemnej Strony zeszli do wąwozu.
Jednak tym razem Kass miała na sobie swój niebieski płaszcz ze złotymi haftami, a na szyi zawiesiła jasny kryształ oprawiony w grawerowaną ramkę. Sal nigdy go nie widział, ale wyczuł promieniującą od niego Moc.
- Co to jest? - zapytał, wskazując na wisior.
- Wspomaganie. - odparła lakonicznie. Potem usiadła twarzą do wąwozu, w bezpiecznej odległości, ale jak najbliżej krawędzi i wskazała Kadrenowi miejsce koło siebie - To miejsce przesiąknięte jest jasną stroną, szukajmy więc aberracji, czegoś, co nie pasuje, promieniowania mroku i tak dalej.
Mężczyzna skinął głową i spoczął obok niej. Po chwili oboje pogrążyli się w głębokiej medytacji. Złączyli swoje prądy Mocy, co okazało się nieco karkołomne ze względu na duchy w umyśle Sala, gdyż też chciały dorzucić swoje trzy kredyty. Koniec końców udało się je odseparować od tego zadania potężną barierą Mocy.
Jasny świat rozpościerający się wokół dwójki skupionych Sithów powoli zmieniał swoje oblicze. Ich obecności, jak również odległe aury Cineusa i Zverisa odcinały się coraz wyraźniej od jaśniejącego krajobrazu Draay 2. Zburzone wczoraj ściany wąwozu wciąż broczyły krwią ze świeżej rany, jakby nieustannie skarżyły się na gwałt zadany im przez Sitha.
Kryształ na szyi Kass pojaśniał, skupiając w sobie strumień ich jaźni i wzmacniając przekaz wyszukania własności dziedziców Rhelg. Tkanka Mocy zadrżała wyczekiwaniem. Kilkadziesiąt metrów niżej Cin i Zveris unieśli głowy, wyczuwając wokół siebie prawie namacalne macki woli Mistrzów.

Moc istnieje jednocześnie w przeszłości i przyszłości, w każdym miejscu. Teraźniejszość to pojęcie tylko dla żywych istot. Jako że Chissanka dopiero zaczynała się uczyć podróżować po nurtach Mocy, skupiła się na znajdywaniu emanacji Ciemnej Strony, natomiast Kadren udał się w podróż do przeszłości. Poprzez połączenie umysłów po chwili i Kass zaczęła słyszeć głosy obecnych tutaj niemal czterdzieści lat temu Jedi i klonów, obrazy stoczonej walki jawiły się mgliście przed jej oczyma, zawalenie świątyni Draayów, nowy świt i…. Aż jęknęła: talizman nie został przywalony gruzem! Ktoś go odrzucił w głębinę rzeki!
- Tam! - zawołała, wskazując ręką na dalszy bieg strumienia. A że zrobiła to będąc jednocześnie w pełnym połączeniu z Mocą, osad z dna osuszonego koryta podniósł się na przestrzeni kilkunastu metrów od zaskoczonych Zabraka i Miralukanina, jakby ktoś przesunął niewidzialnym palcem po sypkim, suchym pyle.
Obaj młodzieńcy podbiegli do wskazanego miejsca. Wspólnie sięgnęli Mocą w szlam, teraz wyraźnie czując przyzywającą ich Ciemną Stronę. Chwilę później w wyciągniętą dłoń Cineusa wskoczył złoty talizman. Jego pragnienie posiadania było silniejsze niż wola stojącego tuż obok Akolity, ale potęgę bijącą od skarbu czuli po równo obaj.
Kas’sila otworzyła oczy, natychmiast zrywając połączenie z Mocą. Teraz nie było już potrzebne. Wstała i spojrzała w dół: oto u jej stóp, na terenie niegdyś będącym własnością świetlistych istot zwanych Jedi, jeden z artefaktów Sithów powrócił do prawowitych właścicieli.
Ma ją! Odnalazła Rękawicę Kressha! Teraz ją zbada i będzie mogła zrobić taką samą dla kogoś…. kogoś wyjątkowego. Jasne, że nie aż tak potężną, ale z czasem….
A właśnie. Ciekawe, czy działa.
- Cineusie! - zawołała, chociaż z powodzeniem mogła użyć komlinku - Załóż ją. Zverisie, odsuń się od niego!
- Co? - odparł zaskoczony i wyrwany jakby ze snu Miralukanin, ale kiedy usłyszeli dźwięk potężnych silników muuriana, a po chwili zobaczyli wyłaniającą się zza krawędzi sylwetkę transportowca, Zabrak zdrowo pociągnął z Mocy, by jak najprędzej uciec daleko od kolegi, bo wiedział, co teraz nastąpi. Pozostawiony na pastwę dawnych legend Cineus zacisnął zęby i założył amulet na rękę, zwijając palce w pięść. - Nikt mnie nie dotknie! - wysyczał, ufając jednakowoż potędze artefaktu.
“Starstorm II” wypalił z działek pokładowych prosto w stojącego Sitha. Ten uniósł przed twarz rękę obleczoną w złoty talizman, a zielone smugi śmiercionośnej energii odbiły się od niego i poszybowały rykoszetem w dal.
Jedna salwa. A potem nastała cisza.
Kass stała z ręką wyciągniętą ku statkowi i otwartą buzią, Kadren trzymał się za czoło, jakby nie wierzył, że faktycznie mogła przeprowadzić próbę ogniową, Zveris w ogóle nie wierzył w to, co widział, a Cineus…. Cineus był tak wściekły, jak jeszcze nigdy w swoim życiu.
Dałby sobie głowę uciąć, że gdyby w tej chwili Chissanka była bliżej niego, zabiłby ją gołymi rękami, co tym bardziej mogłoby się udać, że nikt i - jak widać - nic nie mogło go dotknąć bez jego zgody. Czuł w sobie moc, jakiej nigdy jeszcze nie doświadczył…
Dopiero po chwili oprzytomniał i zrozumiał, że to działanie starożytnej magii. Rozluźnił palce i obejrzał amulet z każdej strony. Był piękny. A po tylu wiekach zapomnienia to właśnie on przywrócił go Sithom. Nie Mistrzowie, którzy bali się zejść na dno kanionu. Nie Zveris, wyrastający na pupilka Mistrzyni, ale właśnie on - Cineus z Bespina, Miraluka, skrytobójca i adept iluzji.
Uśmiechnął się do siebie, uniósł rękę nad głowę, by wszyscy ją widzieli i zawołał: - Mam ją! Ja, Cineus, odnalazłem talizman Kresshów!
- Hm - mruknął do siebie Sal - oby tylko dotarł w całości na miejsce przeznaczenia. Mam nadzieję, że Cineus nie bardzo przywiąże się do swojej nowej zabawki.
Usłyszał w głowie głosy. “On? Kim on jest? Przecież ty jesteś Mistrzem! Zabierz mu to! Zabierz!”
- Cicho - odezwał się - Niech się chłop nacieszy. Może kiedyś… jak nikt nie będzie patrzył…. - wyszczerzył ostre zęby. Po chwili z poważną miną odwrócił się do Kass. - Najwyraźniej mamy po co przylecieliśmy. Nie sądzisz, że czas się stąd zabierać?
- Eee co? - zapytała nieprzytomnie, zaraz jednak kiwnęła głową i przez mechu-deru odstawiła statek na miejsce - A tak, masz rację. Odlatujemy. Powiedz chłopakom, żeby wracali. - potem wychyliła się jeszcze znad krawędzi i wzięła komlink - Cin, Zver, dobra robota, moje gratulacje.

c.d.n.

Autorzy: Kass, Kadren, Zveris
Kas'sil'arani, Lady of Darkness

Awatar użytkownika
Kas'sil'arani
Lady Honorowa
Posty: 1861
Rejestracja: 03 paź 2015, 20:16
Lokalizacja: Copero, Chiss Space

Re: Wyprawa po złote runo - fanfik SoC

#5

Post autor: Kas'sil'arani » 11 mar 2017, 00:25

[“Elassa Huros”, przestrzeń w pobliżu Ch’hodos. Jeden dzień przed terminem wyprawy SoC, godzina 08.12 czasu pokładowego]

- No pięknie, oberwiemy po tyłkach za ten numer - powiedział Massny Keene nie kierując słów do nikogo w szczególności - Mimo, że to nie nasza wina. Choć jak pomyśleć, to jednak nasza. Za mało czasu załoga poświęca czasu na konserwację krypy!
Ostatnie słowa prawie wykrzyczał. Zerwał się z centralnego fotela sterówki, wskazał palcem na Shirę:
- Ty zajmij się przywróceniem normalnego zasilania, na awaryjnym długo nie pociągniemy.
Odwrócił się w stronę Ann:
- Twoje zadanie to przywrócenie łączności, nawet na zasilaniu cząstkowym. Musimy powiadomić Mistrzynię ‘Arani, że mamy awarię. Niech nie pomyśli nawet, że dokonaliśmy dezercji.
- Najpierw zajmę się nawigacyjnym, bo bez niego jesteśmy w czarnej… dziurze - skwitowała Ann.
- Tak, masz rację. Ale potem nadajnik - odpowiedział Keene.
Opadł bezsilnie na fotel, przetarł dłonią twarz. Nie spodziewał się, że zwykły lot testowy na orbitę Rhelg skończy się tak nieoczekiwanie.
Wieczorem, dzień przed odlotem na wyprawę, Massny postanowił dla pewności sprawdzić systemy pokładowe “Elassy”. W tym celu zarządził wylot na orbitę. Gdy już tam się znaleźli, wszystko poszło nie tak. Zlecił Ann wykonać symulacyjny skok nadprzestrzenny. Gdy Twi’lekanka wpisała koordynaty, z konsoli komputera nawigacyjnego buchnął dym. Widok za oknami kanonierki rozmył się. Wykonali jak najbardziej realny skok nadprzestrzenny. Tylko na zasilaniu awaryjnym, bo główne szlag trafił. Mieli szczęście, kupę szczęścia, że przeżyli. Ślepy skok na szczęście nie był długi, trwał około godziny. Jak dla Massnego, to była najdłuższa godzina w jego życiu. Dla wszystkich. Nawet, co niewiarygodne, Ann była blada całą drogę.
- A ja co mam robić? - zapytała Colle Stone.
Keene wyrwał się z zamyślenia, spojrzał na kobietę i zmusił się do uśmiechu:
- Wciąż zapominam, że jest nas więcej niż troje… pomóż Shirze. Ja zostanę z Ann przy nadajniku.
Stone pobiegła do maszynowni, Massny podszedł do klnącej szpetnie Twi’lekanki. Spojrzał do pozbawionego już panelu osłony radia i też miał ochotę rzucać mięsem. Gołym okiem było widać, że o łączności można zapomnieć. Płytki układów tak się stopiły, że tworzyły jedną zwartą masę.
- Ann, powiedz, że wzięłaś zapasową elektronikę… - wydusił cicho.
Twi’lekanka spojrzała na niego ze łzami w oczach:
- To miał być krótki spacerek na orbitę… - załkała.

Reszta historii załogi “Elassy” miała być dostępna w nowym fanfiku Brata Massnego, ale nie będzie

***
[Dzika Przestrzeń, sektor Pelgrin, księżyc Draay 2, godzina 20.26 czasu miejscowego]

Po ukończeniu misji, przyszła pora na prywatny cel Zverisa, czyli zbadanie tego, co odkrył podczas medytacji. Kiedy opowiedział o tym pomyśle innym, wszyscy jednogłośnie zgodzili się mu pomóc w tym przedsięwzięciu.
- Zverisie, lecisz razem z Cineusem. – zarządziła Kas’sil’arani – Ja i Kadren lecimy swoimi statkami, oddzielnie.
- Dobrze, Mistrzyni. – rozejrzał się po wszystkich i podjął – Kiedy znajdziemy się bliżej dawnych pól bitewnych zacznę medytować i zobaczymy czy dam radę odnaleźć to miejsce, dobrze? – zapytał, patrząc głównie w kierunku Mistrza Kadrena i Kas'sil'arani - Kiedy wszyscy pokiwali głową na znak aprobaty, Zabrak dodał: - A jeśli mi się nie uda, to mam nadzieję, że mi w tym pomożecie. - uśmiechnął się.
Po sprzątnięciu wszelkich śladów po sobie (za wyjątkiem zawalonych ścian wąwozu), wszyscy ruszyli ku maszynom i nastawiając navikomputery na odpowiedni system, odlecieli z planety.

***

[Ruusan]

Po kilkugodzinnej podróży wszyscy znaleźli się już na orbicie planety. Misja ta miała być dość szybka: chodziło o odnalezienie czegoś, co Zveris wyczuwał z tego świata. Jako, że nie chcieli się za bardzo rzucać w oczy, postanowiono czym prędzej znaleźć miejsce do lądowania poza jakimkolwiek miastem.
Zabrak już pogrążony w medytacji szukał miejsca, w kierunku którego mieli lecieć. Energia, która go tu przywiodła była wprost oszałamiająca. Po chwili już wiedział, gdzie wszyscy mają dążyć. Szybko wyszedł z transu i nastawił lot w odpowiednią stronę, w międzyczasie wysyłając do towarzyszy koordynaty. Po przylocie okazało się, że znaleźli się nad gęstym lasem, niedaleko jakiejś góry.
- No to pięknie, będzie się trzeba przejść i poszukać. – powiedział Akolita do Cineusa, po czym włączył komlink - Dobra, znajdźmy jakieś miejsca do lądowania, a ja się przejdę i poszukam tego. W końcu nie powinno to być trudne, nie? - rzucił towarzyszom. W odpowiedzi usłyszał trzask w słuchawkach, a po chwili zaskoczony głos Kass:
- Jak to? Weźmiesz, wyjdziesz i pójdziesz tak o przed siebie? - zapytała.
- Noo nie, będę się posiłkował Mocą, Mistrzyni.
Chissom czasami trzeba było tłumaczyć oczywistości. No co poradzić: taka rasa. Nic na to nie odpowiedziała, więc Zveris kazał komputerowi znaleźć odpowiednie miejsce do postawienia maszyny. Kiedy wszyscy się z tym uporali, młody Sith ruszył w głąb lasu. Idąc starał się skupić na ‘wołaniu’, które było silne w tym miejscu, ale nie wskazywało jednego konkretnego kierunku. Czasem czuł, że ma iść w prawo, a zaraz jednak, że ma się cofnąć, a potem jednak iść prosto. Doszedł do wniosku, że pora się zrelaksować i po prostu pomedytować w jednym miejscu, a nie tak chodzić i szukać.
Już po chwili skupienia zaczynał odczuwać emanacje Ciemnej Strony gdzieś na południowy-wschód od jego aktualnej pozycji i kiedy próbował to miejsce dojrzeć umysłem, znów poczuł osłabienie, ale tym razem nie wyszedł z transu, a jedynie się cofnął i po prostu zaczął wracać do siebie. Wziął komlink:
- Znalazłem to miejsce. Idę tam, jest tylko jedna sprawa...
- Słucham, Akolito? - usłyszał głos Kas’sil’arani
- Ciągle jak próbuję to coś jakoś bardziej poczuć, zbliżyć się do tego podczas medytacji to nagle czuję utratę sił. Czy wiecie może, co to może być? - zapytał, mając nadzieję, że usłyszy odpowiedź, która mu pomoże.
- Tak. To się nazywa przeszkoda. Po prostu pobierz więcej energii z otoczenia, tylko nie prze…. - urwała na chwilę, a w komlinku dało się słyszeć jakieś trzaski - Czekaj, zaraz tam będę. Nie chcę, żebyś przesadził.
- Dobrze, czekam na Ciebie, Mistrzyni. – powiedział przez zęby, próbując wstać po upadku, jaki zaliczył. „Czemu nie mogłem sam sobie z tym poradzić… Przecież to nie może być takie trudne, czy tylko ja mam takie problemy?” W międzyczasie zjawiła się Kass.
- No to Zverisie, z czym masz problemy? – zapytała, trzymając ręce skrzyżowane na piersiach. W jej głosie zdawało mu się usłyszeć złość z powodu nieudanej próby. Od razu podjął temat.
- Ciężko mi się przebić przez barierę czy cokolwiek, czym ten przedmiot emanuje, przez co nie mogę zlokalizować jego położenia. Bez tego spędzę tutaj kilka dni na przeszukiwaniu terenu zanim coś znajdę. – rozejrzał się dookoła – I właśnie tak jak wspominałem, zawsze zabiera mi siłę. Jak byłem dalej, to łatwiej było mi się opierać jego sile, ale teraz to trudniejsze. Może nie jest to bardzo trudne, Mistrzyni, ale zjawia się nagle i po prostu przez to tracę koncentrację. - spojrzał na Chissankę w oczekiwaniu na radę czy cokolwiek z jej ust.
Kas’sil’arani chwilę milczała, po czym skinęła głową.
- Dobrze, rozumiem. Tym razem chcę, żebyś sam się uporał z problemem. Będę obserwować twoje zmagania i wejdę tylko jeśli uznam, że coś przekracza twoje możliwości. – uśmiechnęła się złowieszczo – Musisz się skupić, ale na spokojnie nie myśleć o tym, co się stanie zaraz, a na tym, co jest tu i teraz. Kiedy będziesz skoncentrowany, musisz zacząć pobierać energię z otoczenia. Tylko najważniejsze, rób to powoli, a nie od razu wszystko naraz. Jesteś jeszcze nieprzyzwyczajony do tego, ale kiedy już się oswoisz, to będziesz umiał robić takie rzeczy prawie podświadomie. Zrozumiano? – Zveris przytaknął – To do roboty.
Odsunęła się na bok i patrzyła na zmagania Zabraka.
Zveris tym razem usiadł, położył dłonie na kolanach i spokojnie zaczął medytację. Po kilku oddechach zaczął korzystać z Mocy, aby wyczuć teren wokół siebie. Kiedy poczuł jedność z otaczającym go środowiskiem, zaczął czerpać energię i zatrzymywać ją w sobie. Skupił się na szukaniu miejsca, z którego biła Ciemna Strona, co nie zajęło długo, bo od razu poczuł jej wołanie. Czując się pewniej wykorzystał energię, którą zebrał aby utrzymać stan skupienia. Rozpoznał, że ten przedmiot znajduje się w niewielkiej odległości od niego. Używając swojego ‘trzeciego oka’ zaczął się rozglądać. Na początku nic nie wskazywało na to, że ten obiekt znajduje się w tym miejscu, ale wciąż była wyczuwalna siła Ciemnej Strony. Najgorsze było to, że emanacja ta biła ze strony Chissanki.
- Mistrzyni, czy mogłabyś ukryć swoją naturę w Mocy?
- Dobrze. - uśmiechnęła się z grymasem.
Kiedy tylko to zrobiła, od razu zrozumiał czemu wyczuwał tylko od niej Ciemną Stronę… ten przedmiot był pod Kas’sil’arani. „Nie mogę w to uwierzyć, był tak blisko… może, dlatego mnie tak zmiotło, kiedy próbowałem to zrobić wcześniej…”. Ale zanim wyszedł z transu, aby znaleźć ten przedmiot, starał się zidentyfikować jego naturę. Zafascynowało go to, że nie tylko na poziomie Mocy oddziałuje na innych, ale i fizycznie. „Co Ty w sobie kryjesz… zabierasz mi energię. Czym to jest do cholery?” Zaklął w duchu, po czym delikatnie zaczął wychodzić z transu. Otworzył oczy i zerknął w stronę gdzie stała Chissanka, a właściwie gdzie powinna stać. Okazało się, że jej tam nie ma i sama podjęła temat:
- Wyczułam to coś, chwilę po tym jak wszedłeś w trans. – i już wiedział, że ona wszystko obserwowała gdzieś z oddali. Jej poziom w Mocy był dla Akolity oszałamiający. – Teraz zapraszam, znajdź, co twoje. – widać było, że sama jest ciekawa.
- Tak jest, już zabieram się do pracy.
Wyciągnął z plecaka małą łopatkę, która wcześniej została przygotowana dla wykopalisk. Zaczął kopać i na nieszczęście przedmiot był dość głęboko, więc chwilę to wszystko trwało. Kiedy w końcu się dokopał, okazało się, że jest to kryształ. Kas’sil’arani podeszła i obejrzała przedmiot, po czym pozwoliła Zabrakowi go podnieść. W chwili dotknięcia palcami tego małego kryształu, poczuł jeszcze silniejsze oddziaływanie na jego siły witalne niż to, co czuł będąc w jego otoczeniu...

[Ruusan, 1018 lat przed bieżącymi wydarzeniami]

Wszędzie palący w oczy dym i smród krwi. Słychać okrzyki, dźwięki strzelających blasterów i walki mieczy świetlnych. Co chwila błyskają niebieskie i czerwone smugi obok siebie. W jednym miejscu jest jednak walka nierówna, jeden Sith kontra paru Jedi. Widać, że nie dają sobie z nim rady. Używa jakichś czarów czy czegoś, co osłabia ich energię przez samo przebywanie obok niego. On wykorzystuje to i kiedy tylko może atakuje i zabija bezwzględnie. Czasem jakiś odważniejszy rycerz próbuje go zaatakować, jednak nie jest w stanie go obalić, jest od nich silniejszy, w końcu jest Lordem Sithów.
- Chodźcie tu, szumowiny! Walczcie jak przystało na mężczyzn… albo gińcie! - i rzucił się w ich kierunku, wypuszczając w kilku błyskawicę, a drugą ręką rzucając miecz, kierował jego lotem poprzez Moc. Kiedy w końcu doszło do bliskiego starcia, wykorzystywał strach przeciwników. Miało się wrażenie, że jest nie do zatrzymania. Rozcinał, blokował, dusił i miotał wszystkim co było na około. Jedyna krzywda, jaką mu do tej pory wyrządzili, to czasem ścięcie któregoś rogu na jego głowie, ale żaden Jedi nie umiał zadać ciosu śmiertelnego. Niestety, okazało się, że przewaga liczebna wzięła górę i w końcu ktoś od tyłu wbił mu miecz świetlny prosto pomiędzy żebra. Jednak on nie poddał się, z wściekłością wykorzystał całą swoją potęgę i rzucił zaklęcie na swój unikatowy miecz. Właśnie ten miecz ma wpływ na ludzi przebywających dookoła, to on pobiera energię życiową istot, które znajdą się w pobliżu.
- Nigdy nie wygracie, jesteście za słabi by zrozumieć prawdziwą potęgę! Kiedyś przyjdzie godny następca, który wykorzysta tę broń i zmiażdży was! - wypowiedział zaklęcie i zmarł.
A kryształ czekał, tak jak rozkazał mu jego pan.

[Ruusan, czas bieżący]

Ocknął się z letargu. Słyszał nad sobą wołanie Chissanki. To było jak krzyki z bardzo daleka:
- Zverisie, wszystko w porządku? Powiedz coś!
Potrzebował chwili na zebranie myśli i dopiero zrozumiał, że miał coś w rodzaju wizji, ale niewiele z tego pamiętał oprócz przeświadczenia, że wie, co to jest.
- Wszystko jest dobrze, Mistrzyni. - wstał - Miałem coś w rodzaju wizji czy coś takiego. NIewiele pamiętam oprócz smrodu i wrzasku. Ale jedno jest pewne - uniósł dłoń i otworzył, pokazując swoją zdobycz - to jest kryształ do miecza świetlnego.
Wpatrując się w niego, podjął: - Czemu ma taki wpływ na nas?
- Ach, tak. Widzisz, kiedyś kryształy były natchnione Mocą. I niektóre miały specjalne właściwości. Tak jak ten – wzięła go do ręki – Tak jak już wyczułeś, jest on w stanie osłabić twoją siłę, bo on po prostu wyciąga z ciebie energię potrzebną do życia. To nie jest bardzo silne, ale jeśli długo będziesz przebywać w jego otoczeniu nie wiedząc o tym, będzie w stanie cię osłabić. – oddała kryształ Zabrakowi – Teraz musisz nauczyć się nad tym panować tak, aby w ogóle ci nie szkodził. – spojrzała Zverisowi w oczy - Tak jak mi teraz. No, ale nie ma co tu siedzieć, zbieraj rzeczy i idziemy do reszty. Musimy zabrać artefakt jak najszybciej w bezpieczne miejsce.
Odwróciła się i poszła w kierunku obozowiska. Akolita popatrzył jeszcze na kryształ, cały czas próbując blokować go Mocą. Nie czuł się źle w jego obecności, ale miał się na baczności. Szybko zakopał dziurę, którą wykopał, schował łopatę i podbiegł do Mistrzyni. Razem ruszyli ku statkom.
Kiedy znaleźli się na tymczasowym lądowisku, nikogo nie było. Wszyscy siedzieli w swoich maszynach, czekając na jak najszybsze opuszczenie planety. Zanim się rozeszli, Zveris podziękował Chissance, która odpowiedziała uśmiechem i skinieniem głowy. Po wejściu na pokład podszedł do Cineusa.
- Bracie Cineusie, znalazłem to. – nie ukrywał zachwytu, kiedy dawał mu kamień do ręki. Rozmawiali jeszcze o tym, co się działo w lesie, a w międzyczasie Akolita ustawił kierunek na Korriban. Po wystartowaniu z planety i skoku w nadprzestrzeń, Zveris wziął kamień do ręki i przypatrywał mu się przez długi czas.

Epilog

Starstorm II wyskoczył z hiperprzestrzeni na obrzeżach Przestrzeni Sithów. Kass nie wiedziała, gdzie jest Ariakan, a musiała mu powiedzieć o skarbie. Wysłała więc krótką wiadomość, że czeka na niego w Akademii. Kiedy potwierdził odbiór i napisał, że przybędzie niezwłocznie, uśmiechnęła się i pchnęła muuriana ku Korribanowi.
Badacze z Khar Shian będą mieli i tak mnóstwo czasu na analizę Rękawicy, tak samo jak wszyscy członkowie Kreacji będą mogli napatrzeć się na nią do syta. Co prawda Kadren chce ją buchnąć i trzymać u siebie, ale niech tylko spróbuje. No ale nic. To wszystko później. Teraz odpocznie trochę, ogarnie się i pochwali zdobyczą przed Mrocznym Lordem.
Z wprawą podeszła do lądowania i posadziła statek na prywatnym lądowisku rektora. Wzięła walizeczkę, w której spoczywał artefakt i poszła do swojego gabinetu.
Ishmay był na Dromund Kaas, więc przyleci najwcześniej za dwie godziny. Do tej pory...
Położyła walizkę na biurku, rozsiadła się wygodnie w fotelu i otworzyła ją. Delikatnie dotknęła palcami metalicznej powierzchni. Zaklęta potęga Ciemnej Strony leciutko wibrowała wokół amuletu...
Miło byłoby pokontemplować aurę Ludo Kressha, ale nie po to znalazła Rękawicę. Wyjęła talizman i skupiła się na zasadzie działania, budowie, składzie i innych technicznych elementach. Wiedziała, że Ludo długo go budował i znać było mistrzostwo wykonania. A że ona sama nie była w stanie obejrzeć poprzez retrospekcje Mocy procesu powstania tego dzieła, zbada to, co może.
Już po chwili wiedziała, że na pobieżnych oględzinach się nie skończy.
Sięgnęła po komlink i połączyła się z laboratorium:
- Przygotujcie mi główne stanowisko analityczne.
Już wyobrażała sobie, jakim badaniom podda Rękawicę, gdy ktoś niespodziewanie otworzył drzwi i po prostu wszedł do gabinetu.
Zaskoczona, podniosła głowę. Nawet nie zauważyła, że minęły już dwie godziny!
- No jestem, co ta.... - zaczął Ariakan, ale zaraz zobaczył, po co Kass go ściągnęła - Znalazłaś ją? - podszedł ku niej - Pokaż!?
Oboje oglądali artefakt z błyszczącymi oczyma. Co prawda nie tak to miało wyglądać, to miała być niespodzianka, bo tak naprawdę ten człowiek był jedyną osobą, której chciała pokazać swoją zdobycz i wszystko opowiedzieć. Chociaż pewnie część wyprawy już została mu przedstawiona. 'Arani inaczej zaplanowała ten moment, no ale trudno. Przeczesała ręką włosy i patrzyła jak Egzekutor początkowo z wielką ciekawością, a po chwili mniejszym zainteresowaniem, wręcz z roztargnieniem oglądał talizman. Położył go na miejsce, do wyściełanej walizeczki i podniósł oczy na Kass.
- Widzisz? - odezwała się cicho - Mówiłam, że ją znajdę. Zrobię taką samą dla was. Nie aż tak potężną, ale postaram się jak najlepiej. Dla ciebie i dla Lyn. - zaśmiała się cicho - Dla niej będę musiała specjalnie zaprogramować, ale to wszystko da się....
- Kass - przerwał jej, chwytając delikatnie za ramiona - Nic ci się nie stało? - zapytał z troską - Dostałem już raport i nie powiem.... - skrzywił się - Ale, jesteś Mistrzynią i świetnym pilotem....
- Nic, Ariakanie. Wszystko miałam pod kontrolą. Ale nie będę się więcej narażać. Nie martw się. - uśmiechnęła się do niego i pogłaskała po policzku.
- No martwię. - pocałował ją delikatnie - O was obie się martwię.

Koniec

Autorzy: Kass, Kadren, Zveris i Massny
Kas'sil'arani, Lady of Darkness

ODPOWIEDZ