Strona 1 z 1

Polowanie

: 23 mar 2017, 22:34
autor: Kas'sil'arani
W książce "Dziedzic Jedi" jest scena, w której główny bohater przelatuje w okolicy jakiejś planety i widzi, że Imperialni chcą zestrzelić cywilny statek. Oczywiście bohatersko rzuca się mu na ratunek, akcja udaje się. Ale zapytałam tak sama siebie: a co by się stało, gdyby Rebelianci pomogli uciec prawdziwemu przestępcy? O tym właśnie jest poniższy tekst.

Polowanie

- Rozejść się! Proszę się rozejść, nie ma nic do oglądania! Proszę pani, niech pani tu nie wchodzi, nie wolno! Proszę się przesunąć za te linie!
Zniecierpliwiony głos funkcjonariusza miejscowej policji przebijał się przez wycie syren, paplaninę tłumu i ogólny jazgot uliczny otaczający miejsce zbrodni.
Trzy śmigacze policyjne zastawiły ciasną uliczkę obok ciastkarni, tym samym zamykając przejazd w tej części niewielkiego, turystycznego miasteczka. Pomiędzy nimi a przeszkloną szybą cukierni, obok stolika i wywróconego krzesła, leżał mężczyzna rasy ludzkiej, lat około pięćdziesięciu, w niebieskiej koszuli z błyszczobawełny i jasnych spodniach. Jego szare oczy wpatrzone w czyste, bezchmurne niebo ciągle jeszcze wyrażały niezmierne zaskoczenie. Nawet mięśnie twarzy wciąż utrzymywały maskę niedowierzania, dokładnie taką, jaka zastała je w chwili śmierci. Tylko czekoladowy lód w wafelku zdążył się roztopić od gorąca chodnika, na którym leżał, we wciąż zaciśniętych palcach martwej ręki. Wokół ciała, jakby dla upiornego kontrastu, powoli krzepła kałuża pąsowej krwi.

Dłoń odziana w czarną, skórzaną rękawiczkę delikatnie lecz stanowczo odsuwała na bok gapiów. Ten i ów prychnął oburzony, lecz jakiekolwiek słowa zamierały na ustach, gdy obracali swe twarze ku osobie przepychającej się. Ciemnooliwkowy mundur oficera działał jak taran, gdziekolwiek się pojawiał. I nawet nie musiał być śnieżnobiały i z daleka krzyczeć „Uwaga, jestem z IBB!”. Postawa, wymowa spojrzenia, pewność każdego gestu i bezkompromisowość bijąca z całej postaci inspektora sprawiały, że zawsze ustępowano mu z drogi i odpowiadano na każde zadane przez niego pytanie. On zaś nazywał się Percy Ridge i pracował w policji.
- O, jest pan, inspektorze – podszedł do niego jeden z funkcjonariuszy usiłujących trzymać ciekawskich za barierkami – To – zamaszystym gestem wskazał na denata – przypadek podobny do tych, o których słyszeliśmy, dlatego pana wezwaliśmy. To cud, że jest pan akurat na Velmorze.
Mocne szczęki przybysza zacisnęły się, a podbródek na chwilę wysunął ku przodowi. Gęste brwi nad ciemnymi, brązowymi oczyma zsunęły się, kiedy przypatrywał się miejscu zbrodni.
- To nie cud – powiedział cicho Percy i odsunął policjanta na bok, podchodząc bliżej – Ścigam tego bydlaka przez trzy systemy – wyjaśnił - a on i tak jest zawsze o krok przede mną.
Naraz wyprostował się, a cała zaduma uleciała gdzieś w mgnieniu oka.
- Co pan ma? Nagrania, świadkowie, cokolwiek? - zapytał rzeczowym tonem i płynnie przeszedł do prowadzenia śledztwa. Samo jego spojrzenie rzucone na tłumek gapiów sprawiło, że ludzie i Obcy rozchodzili się bez słowa. Wkrótce poza policją, właścicielami lokalu i jednym świadkiem w uliczce nie było nikogo.

Raport z miejsca zdarzenia, Velmor, Keldari Bree, godzina trzynasta osiemnaście czasu lokalnego, siedemnasty rok ery imperialnej, inspektor Percy Ridge.
Oględziny na miejscu zbrodni wykazały, iż mordu dokonano narzędziem ostrym, prawdopodobnie wibroskalpelem, jednym mocnym pchnięciem w tętnicę szyjną. Holokamery monitoringu zarejestrowały całe wydarzenie, będzie ono dołączone do materiału dowodowego. Zabójca nie obserwował wcześniej ofiary, wybrał ją zupełnie przypadkowo. Ofiara nie różniła się od żadnej z osób przebywających wtedy w lokalu.

Chwila ciszy, którą przerywały jedynie ciche trzaski.
Facet po prostu kupił sobie lody i usiadł żeby je zjeść. Teczkę, którą miał przy sobie położył obok na stoliku…
Jaką bestią trzeba być, żeby zabić niewinnego człowieka dla samego mordowania! Można by zrozumieć motywy, gdyby morderca powoływał się na jakiś nakaz światopoglądowy czy cokolwiek, ale ani przy tym, ani przy żadnym innym zabójstwie morderca nie zatrzymał się dłużej, niż było to konieczne dla zadania śmiertelnego pchnięcia! Bez słowa!

Znów chwila ciszy.
Kapitan Aleston z krążownika Vengeance zamknął cały ruch okołoplanetarny pod karą zestrzelenia natychmiast, gdy tylko otrzymałem informację o zabójstwie. Statki, które do tego czasu opuściły przestrzeń planety zostały przechwycone i sprawdzone na dalszym etapie lotu. Na pokładach nie było podejrzanego. Uważam, że nie opuścił jeszcze powierzchni Velmora. Uważam, że chce przeczekać i uśpić moją czujność. Być może popełni kolejny mord pod moim nosem. Nie wiem, co chce przez to osiągnąć. Nie wiem, dlaczego to robi. Ale wiem, że go dopadnę. I nie uniknie sprawiedliwości. Przysięgam na gwiazdy!

Percy wyłączył nagrywanie i schował komlink do kieszeni. W swojej dwudziestoletniej pracy śledczego widział niejedno. Nigdy nie zaniedbywał swoich obowiązków i wykonywał je zawsze starannie i sumiennie. Mimo to zdawał sobie doskonale sprawę, że złe istoty będą zawsze, nieważne ile z nich wytępi. Bolało go to, że przychodził zawsze za późno, kiedy zabójstwo zostało już dokonane i jedyne co mógł zrobić, to odnaleźć mordercę. Tego jednego kroku za bestią zawsze czuł się winny. Nic jednak nie mógł na to poradzić, ani on ani jego koleżanki i koledzy z wydziału dochodzeniowego.
Teraz rozejrzał się po biurze cukierni, które udostępnili mu właściciele, wstał od stołu i wyszedł na zalaną słońcem uliczkę. Z miejsca dostrzegł płaczącą kobietę z dwójką nastoletnich dzieci, rozmawiającą z jednym z miejscowych policjantów. Niewątpliwie żona lub przyjaciółka ofiary. Percy poprawił mundur i podszedł ku nim. Wiedział, że oczy, które zaraz na niego spojrzą, będzie widział w swoich snach przez najbliższe miesiące, a może nawet lata. Nic nie mógł poradzić na to, że czuł się winny tej tragedii.
- Proszę przyjąć…. - zaczął, ale kobieta pokiwała tylko głową płacząc w chusteczkę. Sięgnęła ku niemu i złapała za rękaw.
- Czemu? Czemu on? - jęknęła powstrzymując z trudem łzy. Spojrzała na inspektora, ale w jej oczach nie było jedynie smutku i rozpaczy. Ridge dostrzegł w nich także twardy opór - Zabijcie skurwysyna. - dorzuciła, zaciskając zęby. Jednak trwało to tylko kilka sekund. Broda znów jej zadrgała i na nowo wybuchnęła płaczem, tuląc do siebie swoje dzieci.

Policja Imperial Center, dawniej zwanego Coruscant, miała swoje sposoby prowadzenia operacji specjalnych i ostatecznie nijak nie zgadzały się one z procedurami wspierających jej jednostek, w tym przypadku floty Imperium.
Kapitan Aleston chciał wysłać na dół swoje oddziały szturmowe i po prostu wypłoszyć szczura z jego kryjówki. Inspektor zaś był temu przeciwny. Twierdził, że jego ludzie radzą sobie doskonale bez wsparcia białych pancerzy. Dowódca floty pokręcił z niesmakiem głową i wzruszył ramionami, wysyłając na orbitę roje podległych mu myśliwców TIE. Na to inspektor się zgadzał. Przynajmniej tyle.

Kiedy przed paroma miesiącami Percy’ego wezwano do dowództwa wywiadu Imperialnego i zlecono zlikwidowanie psychopaty na Środkowych Rubieżach zabrał ze sobą swoich najlepszych ludzi i poprosił o jeden okręt do dyspozycji. Dostał krążownik typu Acclamator II i fregatę typu Nebulon do kompletu. Tak uzbrojony wyruszył na polowanie. Długie tygodnie ścigali umykający cień, aż wreszcie inspektor był pewny, że morderca nie opuścił planety. Przetrząsną wszystkie statki, jeśli będzie trzeba, ale nie wymknie się. Początkowo Velmorianie mieli pretensje o zamknięcie ruchu wokół planety, ale gdy lokalny Holonet podał powody takiego działania, mieszkańcy okazali się wyrozumiali i pomocni na ile mogli. Flota nie mogła wzbraniać lotów handlowych w nieskończoność, za to mogli kontrolować wszystkie jednostki opuszczające kosmoporty. Natomiast ruch turystyczny został wstrzymany do odwołania.

Trzy dni czekali na orbicie, tkając coraz gęstszą sieć i tylko kwestią czasu była próba samobójczego przedarcia się. Tu inspektor wymógł na kapitanie, by brali pilota żywcem. Musi odpowiedzieć i odpokutować za swoje winy, a potem zostanie stracony we właściwy sposób. Szybka śmierć dla tego zbrodniarza byłaby nieuzasadnionym aktem łaski.

Więc kiedy Vengeance odebrał zgłoszenie o nieautoryzowanym starcie z powierzchni planety, piloci okrętów i myśliwców wiedzieli doskonale, co robić, by nie zmienić poszukiwanego statku w kulę ognia.
Percy stał na mostku i oglądał całe zatrzymanie na hologramie taktycznym. Podejrzany latał dość dobrze, lecz piloci TIE byli nieporównywalnie lepsi. Opadły go cztery maszyny. Sam krążownik był za daleko, by z miejsca przejąć wrogi statek, ale uszkodzenie silników wystarczy, by już nigdzie nie uciekł.
Inspektor nerwowo przygryzał wargę, gdy zielone bolty laserowego ognia osmalały połatany kadłub.
- Niech się pan nie boi, inspektorze. - uspokoił go Aleston - Moi ludzie wiedzą, co mają robić.
- Nie wątpię, kapitanie. - odparł Ridge uśmiechając się słabo - Ale uspokoję się dopiero, kiedy zobaczę tę bestię w więzieniu.
- To tylko kwestia czasu. - oficer spojrzał na walkę swoich myśliwców. Odcinali przeciwnikowi możliwość skoku w hiperprzestrzeń, jednocześnie chcąc uszkodzić systemy statku. - Jeszcze chwila a… - kapitan urwał wpół zdania patrząc z niedowierzaniem, gdy jego myśliwce zmieniały się jeden po drugim w kule rozgrzanej plazmy. Nagle, niespodziewanie, nie wiadomo właściwie skąd pojawił się inny statek i zaatakował imperialnych pilotów… pozwalając na koniec uciec mordercy. - Co? - Aleston poderwał się niemal natychmiast - Nie dajcie mu zwiać! Wysłać wsparcie! Namierzajcie współrzędne skoku! Zestrzelcie tego sukinkota! - dodał na końcu wielce zirytowany.
Jego ludzie na mostku bez zwłoki wypełniali rozkazy, fregata, która miała trochę bliżej miejsca starcia leciała już na pełnej prędkości i gdy nowy, obcy statek tylko pojawił się w zasięgu ich turbolasetów, rozpoczęli ostrzał.

Percy stał osłupiały nie mogąc zrozumieć, co się dzieje, a przede wszystkim, dlaczego. Czyżby morderca miał wspólnika? Nic na to nie wskazywało, ale jeśli tak, to…
- Chcę go żywcem! Muszę go przesłuchać! - zawołał - Kapitanie - odwrócił się ku Alestonowi - proszę.
Ten skinął tylko głową: - Zatrzymać go, powtarzam: zatrzymać. Ma być żywy. - a gdy fregata nadal waliła wszystkim, co miała na pokładzie, skrzywił się przepraszająco na mordercze spojrzenie inspektora: - Nie powiedziałem, w jakim stanie.
Wreszcie turbolaser Nebulona przeciążył tarcze cywilnego statku i posłał strzał jonowy, który na jakiś czas wyłączył elektronikę na pokładzie. Aleston odetchnął z ulgą: nieoczekiwany sprawca kłopotów dryfował bezradnie w przestrzeni, ciągnąc za sobą smugę gazów.
- Wciągnąć go na pokład. - rozkazał, a kiedy napotkał wzrok Percy’ego, dodał - Tamtego też dorwiemy. Może mi pan wierzyć.

Therru Vis kochał wolność. Therru Vis urodził się wolny i dlatego Therru Vis robił wszystko, co mógł, by inne istoty mogły być wolne i czuć się wolne. Dorastając zrozumiał, że w Imperial City tylko Ludzie korzystają z pełni przywilejów. Jeszcze później zrozumiał, że tylko inteligentni ludzie korzystają z nich w pełni. Jako syn urzędników imperialnych wyższego szczebla szybko nauczył się zasad rządzących na planecie oraz w całym Imperium.
Od tamtej pory robił wszystko, co mógł, by innym żyło się lepiej. Zawsze myślał o nich z troską, w swoim sercu wyrażał głębokie ubolewanie złym losem nie-Ludzi, nawet raz czy dwa oddał na biednych swoje rzeczy, w których już nie chodził. Cóż więcej mógł zrobić? Nic. Więcej groziłoby mu wyrzuceniem ze szkoły, kłopotami dla rodziny, a nie chciał tracić wszystkiego z powodu jakichś Obcych.
Therru nie dostał się do Akademii Imperialnej, ani nie latał na transportowcach wojskowych. Nie załapał się. Znalazł jednak porządną pracę jako pilot w prywatnym przedsiębiorstwie i zaczął przewozić różne ładunki w Środkowych Rubieżach. Szału nie było, ale zarabiał i to wcale nieźle.
Do czasu, aż jego statek zarekwirowała banda uzbrojonych po zęby rebeliantów. Jako że jedyny spośród nich umiał poderwać maszynę w powietrze nie zastrzelili go, ale rozgłosili, że statek wraz z załogą został zestrzelony. Od tej pory Therru Vis naprawdę mógł być wolny i walczył o tę wolność dla innych. Tak, jak tego zawsze pragnął.
Naprawdę zagłębił się w ideę, jaka przyświecała Rebelii, widział, jakie niegodziwe jest Imperium. Jako pilot transportowca często słyszał o udanych atakach i misjach swoich braci i sióstr Rebeliantów. I przysięgał sobie w duchu, że i on kiedyś zasiądzie za sterami smukłego myśliwca i ruszy do prawdziwej walki. Do tej pory jednak nie było dla niego maszyny, musiał zadowolić się tym, co miał. I tu też przekonywał siebie z zapałem, że to co robi jest niesamowicie ważne dla Sprawy. Nasza Sprawa, a on był jej częścią. A gdy kończył marzyć, otwierał luki i wyładowywał towar.

Kiedy więc lecąc swoim koreliańskim frachtowcem z kolejnej misji zmieniał kurs nad Velmorem, nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu: oto kilkaset klików niżej cztery imperialne myśliwce atakowały bezbronnego cywila. Oto był świadkiem niegodziwości. Idealny przykład tego, jak Imperialni zarządzają powierzonymi im dobrami: siłą. Dopadały do Mocy ducha winnego stateczku raz za razem i kąsały jak gundarki młodego nerfa. Ten beznadziejnie usiłował wyrwać się z klatki laserowych boltów, lecz nie udawało mu się. Cokolwiek usiłował zrobić, żądne krwi Imperium wyszarpywało z jego ciała płaty surowego mięsa.
Krew stężała w żyłach Visa, a słuszne oburzenie na niecne praktyki zagotowały ją niemal natychmiast. Szybko przeliczył swoje szanse: nie spodziewali się go, dalszy kurs już miał ustalony, nadleci i gładko odstrzeli gały. Kaszka z mleczkiem. A nękany obywatel będzie mógł wrócić do swojego domu bezpieczny.
Therru ani przez chwilę nie pomyślał, że koleś rzeczywiście mógł mieć na sumieniu coś, co wymagało aż użycia myśliwców floty. Oczywiście, że nie! Imperium strzela nawet jeśli ma tylko podejrzenie niesubordynacji. Za samą niesubordynację niszczy całe miasta. Jeżeli zatem imperialni chcą tego człowieka dorwać, na pewno trzeba mu pomóc.
Therru przerzucił całą moc do silników. Nadleciał jak tornado, jak furia. Dwie pierwsze gały rozprysnęły się przed nim, nawet nie wiedział kiedy. Dwie kolejne zdążyły uskoczyć, ale musiały przerwać pościg. Odbijając ostro w górę Vis widział, jak ścigany statek wchodzi na kurs i skacze w hiperprzestrzeń.
- Powodzenia, chłopie! - mruknął do siebie zadowolony. Kto wie? może to był akurat jakiś tajny agent Rebelii w swojej misji?
Dalsze rozważania przerwała mu walka o własne życie: dwie gały skupiły się teraz na nim, ale Vis miał dobre osłony. Podrasowane, jak to mówił jego mechanik, choć Therru wolał słowo zmodyfikowane. Da sobie radę z dwoma…
Nagle zawyły wszystkie systemy alarmowe na statku, a iluminator kokpitu raz po raz zaciemniał się, kiedy frachtowiec nurzał się w prawdziwej nawale turbolaserowego ognia.
- Co? Jak? Skąd? - pytał sam siebie, rozglądając się nieprzytomnie wokół, uciszając alarmy i nie rozumiejąc czemu spada siła tarcz. Dopiero po chwili zauważył odczyty skanerów, na których dumnie prezentowała się sylwetka imperialnej fregaty typu Nebulon. Usiłował uciekać, ale nie było gdzie. W końcu osłony padły, a zaraz potem jego statek trafiła kula błękitnej energii jonowej. Z kokpitu posypały się iskry, alarmy zamilkły, a Therru skulił się na fotelu pilota i zasłonił głowę rękami, czekając na ostatni strzał, który rozpyli go na atomy.

Śmierć jednak nie nadchodziła. Opuścił ręce i otworzył ostrożnie oczy: kilkanaście metrów przed kokpitem wisiał jeden TIE z wycelowanymi w niego działkami. Drugi pewnie mierzył w jego silniki. Vis wolał nie sprawdzać, czy są dobrymi strzelcami. Ale fakt, że nie zabili go na miejscu, zaczął napełniać go otuchą. Uważali go za kogoś ważnego. Co prawda imperialne przesłuchania są ohydne, ale Therru miał nadzieję, że zastrzelą go raczej prędzej niż później. A może jego bracia i siostry z Rebelii go odbiją?
- Nazywam się Therru Vis i jestem pilotem. - szepnął. Oto wszystko, co od niego usłyszą.

Po kilku długich minutach dryfowania w przestrzeni statkiem szarpnęło, a gwiazdy powyżej nikły, zasłonięte potężnym cielskiem jakiejś większej jednostki niż Nebulon. Therru domyślił się, że wciągali go promieniem ściągającym. Dopiero kiedy zobaczył pierwsze płaty poszycia imperialca, pomyślał o wykasowaniu danych z komputera pokładowego. Co prawda rutynowo zrobił to po wypakowaniu transportu, ale jakoś specjalnie głęboko nigdy nie grzebał. Może nie będą szukali zbyt wnikliwie, a z drugiej strony był zwykłym pilotem frachtowca, musiał jakoś zarabiać na życie, prawda?
Statek z hukiem osiadł na pokładzie krążownika. Vis nie fatygował się do rampy. Rozpiął tylko pasy i czekał, aż sami po niego przyjdą.

Fakt, iż nie zestrzelili go, wydał mu się dziwny, ale to, że nie oberwał na dzień dobry kolbą w twarz zaczęło go martwić. Szturmowcy skuli mu tylko ręce, wywlekli z kokpitu i zaprowadzili na mostek.
Piękna okrętu wojennego nie sposób było nie podziwiać, zwłaszcza że jako mały dzieciak Therru chciał na takim służyć, ale cały jego zachwyt minął, gdy spojrzał w oczy jednemu z oficerów.
Od iluminatora podszedł ku niemu mężczyzna wysoki, barczysty, szpakowaty i w ciemnooliwkowym mundurze. Ciemne oczy patrzyły zimno, wręcz lodowato, ale z całej jego postawy nie biła wrogość i nienawiść, jak Vis się spodziewał - raczej zainteresowanie i ciekawość. Złość tak, ale nie zaślepienie.
Oficer stanął metr przed rebeliantem i mierzył go przez chwilę spojrzeniem.
- Kim jesteś? - zapytał spokojnie.
Więzień wyprostował się i odparł: - Nazywam się Therru Vis i jestem pilotem.
Oficer pokiwał głową w milczeniu.
- Czy wiesz, co zrobiłeś?

Była w tym jakaś gra. Gra, której Therru nie rozumiał i nie potrafił przejrzeć. Niewinne na pozór pytania miały go pogrążyć w głębinach beznadziei. Musiał trzymać się tylko jednego.
- Nazywam się Therru Vis i jestem pilotem. - powtórzył.
Oficer nie przejął się tym jednak wcale.
- Tak, to już wiem. Pytam, czy wiesz, co zrobiłeś?
- Nazywam się Therru Vis i jestem pilotem.
Jeden z podoficerów podszedł do kapitana i podał mu datapad, na którym były dane z navikomputera schwytanej jednostki. Aleston pokazał informacje inspektorowi, a ten tylko kiwnął głową. Nie stał przed nim morderca, którego ścigał.
- No to może inaczej - Percy bardzo szybko wszedł w tryb śledczego - Dlaczego ostrzelałeś imperialne myśliwce?
- Nazywam się Therru Vis i jestem …
Inspektor machnął tylko ręką: - Zabierzcie go do mojego biura - rzekł do szturmowców, po czym ukłonił się kapitanowi, ominął więźnia i opuścił mostek.

Vengeance leciał w błękitno-białym tunelu hiperprzestrzeni, ale miejsce, jakie wybrał sobie Ridge za tymczasowy dom było całkiem odcięte od okien. Jedna z mniejszych sal konferencyjnych robiła za centralę biura, a kwatery jego i jego ludzi przylegały do niej. Całości domowej atmosfery dopełniał mały aneks kuchenny i pokoik ze stolikiem i dwoma krzesłami.
Tam właśnie Percy kazał zaprowadzić więźnia.
Siedzieli teraz na przeciwko siebie: Therru - niepewny, nierozumiejący co się dzieje, ze skutymi rękami i Percy - w koszuli, rozparty niedbale, z ręką spoczywającą na blacie stolika. Bawił się zapalniczką, przerywając ciszę cichymi stuknięciami metalu o drewno.
- No, jesteśmy sami, w tym pokoju nie ma wojska. - zaczął Percy - Jestem inspektor Ridge z policji Imperial City, wydział śledczy. Powiedz mi, dlaczego zestrzeliłeś te myśliwce, co?
Vis popatrzył na niego zaskoczony: policja z Coruscant? Co on robi na Środkowych Rubieżach? Chciałby go o to zapytać, ale czytał kiedyś w jakiejś broszurce rozdawanej w Rebelii, że im mniej mówi, tym lepiej dla niego. Dlatego nie odpowiedział nic.
- Nie? - Gdyby miał czas, inspektor siedziałby tu z nim i wsłuchiwał w ciszę, aż facet by pękł. Ale w każdej chwili mogli wyskoczyć z hiperprzestrzeni, a do tej pory musi się czegoś dowiedzieć. - To może ja zacznę. Widzisz, chłopcze, ścigam pewnego zbrodniarza. Mordercę. Od czterech miesięcy ucieka mi sprzed nosa i morduje ludzi i Obcych gdzie popadnie. Bardzo możliwe, że leciał właśnie statkiem, któremu pomogłeś uciec. Dlatego pytam po raz któryś, dlaczego to zrobiłeś?

A więc nie chodziło im o niego! Therru rozluźnił się nieco i oparł na krześle. Zatem nie wiedzieli, że należy do Rebelii. To dobrze. Ścigali zabójcę? A co go to obchodzi? Tyle miliardów istnień ginie codziennie na wszystkich światach galaktyki - czemu miałby się przejmować jeszcze kilkoma? Niemal wzruszył ramionami, ale nic nie powiedział.

Postawa więźnia zmieniła się na lekceważącą. No tak, to nie jego sprawa. Facet zestrzelił dwa myśliwce i będzie miał się czym chwalić na Kessel.
- Dalej nic?
Inspektor sięgnął do małego holoprojektora wbudowanego w blat i nad stołem poczęły ukazywać się hologramy.
- No to sobie popatrz. To dzieło twojego przyjaciela. Zdjęcia ofiar, szczegóły, znaki szczególne, pozostawione rodziny, mężowie, żony, rodzice, dzieci, nawet pies. Osiemdziesiąt pięć ofiar, a dzięki tobie ta liczba może się zwiększyć.
Vis milczał.
- No dobrze. - Percy znów oparł się wygodnie i nie spuszczał wzroku z zalanego błękitnym światłem holoprojektora oblicza pilota. Patrzył jak ten człowiek się zmienia. Zdjęcia były drastyczne, ale nie wszystkie. Na wielu Ridge uwiecznił właśnie oczy. Te oczy, które i tak widzi każdej nocy we śnie. Oczy, które domagają się sprawiedliwości. Oczy, które pytają: dlaczego ona? dlaczego on? - Nie chcesz mówić? Walczysz z systemem, co? Bojownik o wolność i demokrację? - na te słowa więzień drgnął. Jego statek miał załadowanych do transpondera kilka różnych nazw, ale przemytnicy często tak robią. Jednak atak na myśliwce i to taki bezzasadny, zupełnie bez sensu rzadko przychodzi do głowy zwykłym przemytnikom. Co innego tym całym rebeliantom, którzy chcą powrotu Republiki. No i to idiotyczne nie odpowiadanie na pytania, jak w tanim holofilmie. - Przypatrz się dobrze, Therru Visie, teraz jesteś współwinny ich cierpienia. Jeżeli tamten znów kogoś zabije, wezmę cię ze sobą na miejsce zbrodni i zmuszę, żebyś powiedział rodzinie ofiary, że to dzięki tobie. Przedstawisz im się tak jak mi, a potem dodasz: ten człowiek zginął, bo pomogłem jego oprawcy uciec. Chciałem sobie postrzelać - Percy oparł obie ręce na stole i usiadł przodem do pilota - Bo tak było, co? Chciałeś poczuć się bohaterem?

Wstrząśnięty Therru przestał patrzeć na zdjęcia. Miał już dość. Nigdy w życiu nie pomyślał, że mógłby przyłożyć rękę do seryjnych zabójstw! Wiedział, że Imperium jest złe. Nie spodziewał się jednak, że naprawdę robią coś dobrego, a tym niewątpliwie było ściganie tego psychopaty. Nigdy nie przypuszczał, że atak imperialnych czasami też uderza w “tych złych”. TIE atakujące statek to symbol nieprawości i manifestacji siły! Tak przecież głosiła Rebelia! Czy kiedykolwiek słyszał, że Imperialni zrobili coś dobrego? Nie i dlatego pomógł temu….
Gdy zdał sobie wreszcie sprawę, co zrobił, krew odpłynęła mu z głowy. Pobladł i zapadł się w sobie.
Percy sądził, że długo nie będzie musiał na niego naciskać i nie zawiódł się.
- Jesteś z Rebelii, co? - zapytał.
Chłopak kiwnął tępo głową, wbijając wzrok w podstawę holoprojektora.
- Czy wiesz, co zrobiłeś?
Znów kiwnięcie głową.
- Wyduś to z siebie. - zaproponował, nachylając się trochę bardziej.
- Zestrzeliłem… myśliwce. - wyjąkał Vis. Percy przytaknął.
- Bo?
- Imperium jest złe i krzywdzi niewinnych.
-  A ty jesteś dobry i pozwalasz uciec mordercy. Gratuluję światopoglądu, chłopcze. Znałeś go wcześniej?
- Nie.
- I nie wiedziałeś, dlaczego chcemy go zatrzymać?
- Nie.

W mgnieniu oka Percy przeskoczył przez stolik, złapał więźnia za fraki, podniósł go z krzesła jakby nic nie ważył i huknął nim o ścianę, ciągle mocno trzymając:
- Teraz będziesz ciągle przy mnie, a jeśli ten rzeźnik zabił kolejną ofiarę, spojrzysz jego bliskim w oczy i powiesz: Nazywam się Therru Vis i pomogłem uciec zabójcy tego człowieka. Zrobiłem to, bo Imperium chciało go zatrzymać, a ja jestem z Rebelii. I to samo powiesz w sądzie, bo gwiazdy mi świadkiem, że go dopadnę. A ty będziesz tam siedział i powtarzał to każdej osieroconej rodzinie. Therru Visie!

W tej chwili Vengeance wyskoczył z hiperprzestrzeni, a z głośników popłynął komunikat: “Inspektor Ridge proszony na mostek”.
Percy złapał pilota jedną ręką i wywlókł za sobą z pokoju.
- Chodź, pilocie. To będzie długi dzień.


Koniec