Sektor Tapani

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Sektor Tapani

#1

Post autor: Alkern » 24 lut 2016, 22:36

- Polecisz do Sektora Tapani - Mroczny Lord spojrzał uważnie na Mal. - Spotkasz się z Lady Brezwalt V, głową rodu Mecetti. Mój szanowny poprzednik, Darth Frost, nawiązał z nimi pakt. Niestety przez te wszystkie lata nasze więzy z silnymi Ciemną Stroną Mocy członkami tej rodziny i podległego im Zakonu Mecrosa rozluźniły się, a ustalenia porozumienia pokrył kurz. Odnowisz tę współpracę. Ich ludzie będą nam teraz potrzebni.
- Rozumiem - Zabrakanka kiwnęła głową. - Co muszę wiedzieć o Mecettich?
- To jeden z wrażliwych na Moc rodów z sektora Tapani. Oni wykorzystują potęgę Ciemnej Strony, a rodzina Pelagia jest pod wpływem Jasnej Strony, stąd ciągłe waśnie między nimi. Z moich informacji wynika, że aktywność rodu Pelagia w kontaktach z Jedi wzrosła. Jeśli chcemy się ujawnić, to pakt z Lady Brezwalt będzie na pewno naszym atutem. Mają świetnych skrytobójców, prężny wywiad, spore wpływy w sektorze handlowym... Resztę informacji, koordynaty i potrzebne dokumenty znajdziesz tu - rzucił Darth Alkern, podając Mal datapad. - Polecisz tam jako mój nadzwyczajny ambasador, Leann Tarv. Jesteś wpisana na listę gości na bal, który wydaje Lady Brezwalt za dziesięć dni z okazji urodzin swojego syna, Emmetta. Dobrze by było, gdybyś porozmawiała z nią wcześniej. Jest nieco zmanierowana, ma jakieś niejasne pretensje do Bractwa, ale powinna zgodzić się na odnowienie paktu. Gdyby sprawiała jakieś problemy, musisz załatwić je taktownie, byśmy nie osiągnęli efektu odwrotnego do oczekiwanego.
- Rozumiem, Mroczny Lordzie - rzekła Mal. - Stanę na wysokości zadania.
- Masz wolną rękę jeśli chodzi o decyzje w sprawie paktu. W ramach zdrowego rozsądku, oczywiście. W razie trudności albo życzeń Lady Brezwalt, które będą przekraczać te granice, kontaktuj się bezpośrednio ze mną.
- Doskonale, dziękuję.
- Powodzenia zatem. Odmaszerować.

* * *

Mal przejrzała informacje o rodach Mecetti i Pelagia, otrzymane od Alkerna Ventressa. Przegrzebała Holonet, sprawdziła najnowsze wieści z sektora Tapani. Kazała przygotować najlepiej wyglądająca Lambdę i pokręciła głową z politowaniem, gdy ją zobaczyła. Z takim statkiem na pewno zrobi wrażenie na Lady Brezwalt i da świetne świadectwo potęgi Bractwa Sith. Jasne... Cóż, najwyżej wynajmie coś na miejscu. Fundusz reprezentacyjny przeznaczony był właśnie na takie cele. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. Miecz świetlny ukryła w fałdach płaszcza, wzięła też swój ulubiony kastet. Jako drobna kobieta bardzo ceniła sobie jego możliwości. Nie była to może elegancka broń, ale też czasy nie zawsze były tak cywilizowane, jak chcieli niektórzy.
Najbardziej w całej tej wyprawie przerażał ją fakt, że musi być na balu. Mal. Na BALU. W eleganckiej sukni, uśmiechająca się i prawiąca wersalskie uprzejmości zmanierowanej śmietance sektora Tapani. Świetny żart, naprawdę. Ale cóż było robić. Siadła za sterami Lamdby, wydała załodze ostatnie rozkazy i ruszyła do sektora Tapani.

* * *

Po wylądowaniu na Obulette Mal rzeczywiście wynajęła pierwszy lepszy wyglądający wystarczająco dobrze statek i udała się do siedziby rodu Mecetti, na umówione w trakcie podróży spotkanie z głową rodziny. Drzwi otwarł jej kamerdyner, ubrany we frak soczyście zielony Twi’lek.
- Pani...? - spojrzał na nią pytająco, zerkając w trzymaną w ręku listę.
- Leann Tarv.
- Ach tak, pani ambasador! - zamrugał, jakby nieco zaskoczony. - Pani jest umówiona z Lady Brezwalt. Proszę tędy.
Idąc za Twi’lekiem Zabrakanka rozglądała się dyskretnie po posiadłości. Ogromny pałac wyposażony był z przepychem, ale w całkiem niezłym stylu. Dzieła sztuki pochodzące z różnych zakątków Galaktyki musiały kosztować majątek. Wchodząc po schodach Mal rzuciła okiem w długi korytarz na piętrze. Stało tam kilka rzeźb, a za jedną z nich ktoś się krył. Kobieta poczuła czyjąś obecność w Mocy, ukryta postać bezczelnie próbowała dostać się do jej umysłu. Mal bez wysiłku odepchnęła myśli natręta, sama sięgając Mocą w jego kierunku. Młody mężczyzna, w zasadzie nastolatek, kipiący mieszanką młodzieńczego buntu, ciekawości, niepokoju i nieokreślonej niechęci. Zabrakanka wyczuła, że dzieciak próbuje zamknąć przed nią swój umysł, uśmiechnęła się pod nosem i pozwoliła mu na to. Nie może przecież na samym wstępie drażnić przyszłych sprzymierzeńców. Ale trzeba przyznać, że młody był całkiem silny w Mocy, jak na swój wiek. Kamerdyner otworzył drzwi i zaanonsował Mal.
- Szanowna Lady Brezwalt - Zabrakanka ukłoniła się z szacunkiem.
- Witam, pani ambasador - krótko kiwnęła głową kobieta, nieprzyjemnie akcentując tytuł Mal. Wyglądała na jakieś czterdzieści pięć lat, miała ogromne, szare oczy i bladą cerę. Ciemne, lśniące włosy upięte w fantazyjny kok. Delikatny makijaż ukrywał drobne niedoskonałości, a prosta suknia w kolorze butelkowej zieleni podkreślała świetną figurę głowy rodu Mecetti. - Co panią tu tak naprawdę sprowadza? Przyznam, że nasza rozmowa była dość enigmatyczna i nie jestem pewna, czy chcę poświęcać czas na zagadki... Jedynie przez wzgląd na to, że stoi za tobą, pani, En-Shoah-Nur, zdecydowałam się na spotkanie.
Rzeczywiście zmanierowana, pomyślała Mal, skrywając niechęć.
- Lady, dziękuję ci za możliwość spotkania z tobą. Wierzę, że moja propozycja przyciągnie twoją uwagę. Jestem przedstawicielem potężnej organizacji, na czele której stoi En-Shoah-Nur. Podobnie, jak twój ród, Lady, władamy Ciemną Stroną Mocy.
- Ciemną Stroną? - zmrużyła oczy Lady Brezwalt. - Bractwo Sithów... - to było stwierdzenie, nie pytanie. Mal spojrzała kobiecie prosto w oczy.
- Mroczny Lord pragnie odnowić pakt, który zawarł z twoim rodem i Zakonem Mecrosa Darth Frost.
- Zaiste, związaliśmy się niegdyś takim porozumieniem. Jednak ustalenia były niejasne i trudne do wyegzekwowania, co przyniosło nam więcej strat, niż zysków. Dlatego uznaliśmy pakt za niebyły, co zdaje się, niespecjalnie przeszkadzało Frostowi.
- Lady, rzeczywiście w którymś momencie porozumienie między naszymi organizacjami nieco się rozluźniło, jednak powodów takiego stanu rzeczy zalazłoby się kilka zarówno po naszej, jak i po waszej stronie. Jak rozumiem, Lady Brezwalt, nie satysfakcjonowały was warunki ówczesnego paktu. W Bractwie dokonało się w tym czasie kilka przemian, dlatego nie naciskano na twą rodzinę w sprawie wypełniania ustaleń porozumienia. Darth Frost odszedł, teraz na czele Bractwa stoi En-Shoah-Nur. Jesteśmy gotowi przedyskutować warunki, biorąc pod uwagę wasze doświadczenia i nasze nowe możliwości. Jesteśmy potężniejsi, niż wtedy. Możemy zaproponować wam dużo więcej. Twój ród, Lady, również rozwinął skrzydła. To może być owocna współpraca.
- Być może. Jednak to nie jest tylko moja decyzja. Przyznam, że niewielu z nas liczy na Bractwo. Jesteście Sithami. Nie można wam ufać.
- Lady, też posługujecie się Ciemną Stroną. Znacie jej potęgę. Ale tylko my, niegodni zaufania Sithowie, umiemy w pełni ją wykorzystywać - rzuciła Mal, balansując na krawędzi utraty cierpliwości. - Tylko od nas możecie nauczyć się więcej, niż we własnym światku.
- Nasz światek, jak zechciałaś to określić, pani ambasador, całkiem nieźle dawał sobie radę bez was - rzuciła Lady Brezwalt z przekąsem. - Poruszę problem na zgromadzeniu rodzinnym, ale nie jestem w stanie powiedzieć, jaka zapadnie ostateczna decyzja. Tym bardziej, że nowy Mroczny Lord nie zechciał się pofatygować osobiście, jak Darth Frost. Rozumiem, że może być zajęty, jednak wysłanie do nas kogoś poniżej rangi Lorda nie świadczy najlepiej o jego dobrej woli w sprawie ewentualnego paktu.
- Lady, zapewniam, że Mroczny Lord upoważnił mnie do podejmowania wszelkich...
- Tak, wiem... Nie obrażaj się, dziecko - westchnęła niecierpliwie Lady Brezwalt, płynnie rezygnując z tytułowania Mal „panią ambasador”. - Jak powiedziałam, decyzja zapadnie na najbliższym spotkaniu. Przekażę ci ją na balu urodzinowym mojego syna. Do tego czasu czuj się gościem mojej rodziny.
- Dziękuję Lady, mam jednak jeszcze kilka obowiązków. Niezawodnie stawię się jednak na balu. Przemyśl propozycję Bractwa. Zdanie rady rodzinnej jest istotne, jednak wiem, że ostateczne decyzje podejmujesz osobiście, bez względu na opinie rodziny. I cały ród dobrze na tym wychodzi.
- Masz rację - Lady Brezwalt spojrzała na Mal krzywo. - Możesz być pewna, że przemyślę wszystkie za i przeciw. Tymczasem żegnam, czekam bowiem na wizytę przedstawicielu rodu Pelagia. Do zobaczenia. Erv’in cię odprowadzi do drzwi.
Mal skłoniła się z szacunkiem i wyszła za kamerdynerem.
Do statku wsiadła z poczuciem porażki. Lady Brezwalt nie chciała nawet poznać propozycji Bractwa. Wpływanie na nią Mocą byłoby bezcelowe, Mal zostałaby wyrzucona w trybie natychmiastowym, bez możliwości powrotu. Jedyna nadzieja w tym, że rzeczywiście ktoś z rady rodziny Mecettich wykaże się rozsądkiem i przekona nieprzekonanych do podpisania paktu. Mogła tylko czekać. Urodziny młodego Emmetta były za dwa dni. Zabrakanka westchnęła ciężko i odpaliła silniki. Na miejscu obok jej statku wylądował piękny egzemplarz jachtu Baudo. Imponująca rzecz, pomyślała Mal. Jachty te były wykonywane na specjalne zamówienie dla specjalnych klientów. Luksusowe, szybkie, niespecjalnie nadające się do walki, ale mające swoje plusy. Latała nimi głównie zblazowana młodzież z bogatych rodzin, kosztowały bowiem niewielką fortunkę. Pod kątem techniczno-zaczepnym nie był wybitny, ale posiadał jakieś osłony, wieżyczkę z działkiem laserowym i hipernapęd, co prawda drugiej klasy, ale zawsze. Gdyby dokonać kilku przeróbek, byłby całkiem przyzwoity... Muszę sobie taki załatwić, pomyślała kobieta. Tylko fundusz reprezentacyjny na pewno tego nie zniesie...
Ze statku wysiadło dwóch młodych ludzi. Zapewne to ci z rodu Pelagia, na których czekała Lady Brezwalt. Na wszelki wypadek Mal zapamiętała ich twarze - nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza będzie przydatna.

* * *

Mal weszła na salę balową. Wyglądała świetnie w długiej, kobaltowej sukni bez pleców, jednak nie czuła się w niej najlepiej. Ochrony było dziwnie mało i nie przykładała się za bardzo do swoich obowiązków, toteż Mal bez kłopotu wniosła na salę swoją broń. Dźwięki muzyki niosły się daleko. Światła żyrandoli zalewały blaskiem całą salę. Tłum ludzi kręcił się po parkiecie, rozmawiając, ubijając interesy i uśmiechając się fałszywie. Zabrakanka westchnęła. Zostawiła prezent dla syna Lady Brezwalt (sygnet z rubinem wykazujący śladowe promieniowanie Mocy, pochodzący ze skarbca Mrocznego Lorda) na stercie innych prezentów, poprawiła cisnącą ją pod pachą suknię i udała się w stronę stołów z wymyślnym jedzeniem. Przynajmniej zajmie się czymś możliwie przyjemnym. Wysłuchała powitalnego przemówienia Lady Brezwalt oraz przemówienia jej syna, którym okazał się osobnik poznany już przez Mal - to on próbował działać na nią Mocą przed spotkaniem z Lady. Przyglądał się jej uważnie, jednak nie próbował żadnych sztuczek. Minęły dwie godziny, spędzone przez Mal na jedzeniu bliżej nieokreślonych paskudztw i unikaniu osobników chcących zatańczyć ze stojącą samotnie Zabrakanką. Poznała kilka osób, udało jej się nawet porozmawiać ze znanymi już jej dwoma młodzieńcami, właścicielami jachtu Baudo. Jej zachwyty nad statkiem zdecydowanie dobrze wpłynęły na ich ego. W końcu podeszła do niej gospodyni wieczoru.
- Leann Tarv - ukłoniła się krótko.
- Lady Brezwalt - Mal wykonała nieco głębszy ukłon. Za kobietą odzianą w niezwykle ozdobną suknię w kolorze intensywnego fioletu, stał mężczyzna w idealnie skrojonym fraku, jednak Lady nie zdecydowała się go przedstawić.
- Jak się bawisz?
- Dziękuję, doskonale. Masz, Lady, fantastycznych kucharzy.
- Rzeczywiście, postarali się - uśmiechnęła się promiennie Lady. Uśmiech ten jednak się sięgnął jej oczu. Doskonale grała serdeczną gospodynię wieczoru. - Zaraz będzie tort. To dopiero mistrzostwo. Widziałaś może Emmetta?
- Nie, odkąd powitał gości, nie rzucił mi się w oczy - odparła Mal, nieco zaskoczona pytaniem.
- Nie lubi takich przyjęć. Ale na tort miał się pojawić. Cóż, ma jeszcze chwilę.
- Lady? - Mal, marszcząc brwi zdecydowała się przerwać napad rodzicielskich rozważań.
- Tak?
- Zapadła decyzja?
- Och, moment... - rzuciła Lady i odwróciła się do towarzyszącego jej mężczyzny. - Odnajdź, proszę, mojego syna. I miej na oku tamtych dwóch pomiotów Pelagia...
Dopiero gdy mężczyzna odszedł, odpowiedziała.
- Podjęłam decyzję. Zaznaczam, że - jak słusznie zauważyłaś - podejmując kieruję się dobrem rodziny, a nie opiniami jej członków. Przedyskutowaliśmy problem dokładnie. Przyznaję, większość z nas jest ciekawa, co chciałoby zaproponować nam Bractwo. Wiedzą, że jesteście potężniejsi i że współpraca z wami przyniosłaby nam korzyści. Przekaż to Mrocznemu Lordowi z wyrazami najwyższego szacunku. I podziękowaniami za piękny prezent. Jednak nie będziemy zainteresowani waszą propozycją. Miłej zabawy - rzekła Lady Brezwalt i odeszła.
Mal stanęła jak wryta. Nie była zawiedziona, spodziewała się takiej odpowiedzi. Poczuła jednak gniew - ta protekcjonalna, zimna, zmanierowana i fałszywa kobieta śmie odrzucać propozycję współpracy z Bractwem? O nie, nie wrócę z pustymi rękami, pomyślała Mal, ruszając w kierunku, w którym odeszła jej rozmówczyni. Rozejrzała się, poszukując fioletowej sukni. Usłyszała nagle krzyk i gwałtowne poruszenie. Lady Brezwalt, blada jak śmierć, piskliwym głosem wydawała rozkazy. Wezwany oddział ochrony biegał w tę i z powrotem, meldując coś przez komunikatory. Mal zwróciła się do stojącej najbliżej parki.
- Co się stało?
- Emmetta Mecettiego porwano.
Mal zrobiła krok w stronę krzyczącej kobiety. Lady spojrzała jej prosto w oczy i zemdlała. Zabrakanka kątem oka zobaczyła dwóch młodych ludzi, wychodzących szybkim krokiem z sali. Mal ruszyła za nimi, rozpoznając w nich właścieli Baudo. Wykorzystując zamieszanie opuściła salę bez większych problemów, dogoniła i zaczepiła jednego z uciekinierów.
- Już wychodzicie? - zamrugała niewinnie. - Przecież bal się jeszcze nie skończył.
- Pani, z całym szacunkiem, jednak musimy już opuścić tę wspaniałą imprezę - odpowiedział niższy z mężczyzn.
- Właśnie teraz? Hmm... - zastanowiła się teatralnie Mal. - Jesteście z rodziny Pelagia. Nie kochacie Mecettich. Emmett Mecetti zniknął. Macie coś z tym wspólnego. Gdzie on jest? - zapytała twardo.
- Zaszła pomyłka - zaczął wyższy niepewnie. Drugi zgromił go wzrokiem, spojrzał Mal prosto w oczy i wyciągając ku niej rękę powiedział:
- Nie mamy z tym nic wspólnego. To nie nas szukasz.
Mal przewróciła oczami i sięgnąwszy w Moc uniosła obu mężczyzn w powietrze, dusząc ich - na razie delikatnie.
- Naprawdę więcej się po was spodziewałam... - westchnęła. Gdy upadli, ponownie użyła Mocy, rozkazując im udać się na ich statek. Gdy usiedli na miejscach, Zabrakanka grzecznie acz stanowczo nakazała im lecieć tam, gdzie zabrali młodego Mecettiego. Trzymając ich na smyczy Mocy, klęła w duchu siarczyście. Znajdzie tego małego głupka. A jeśli przyprowadzi go w całości, mamusia na pewno zgodzi się na pakt z Sithami. Mal przywołała Moc, skupiła się, pozwoliła, by gniew, gryzący ją od dwóch dni i pieczołowicie podsycany, by dziś osiągnąć apogeum po rozmowie z Lady Brezwalt, wypełnił ją i uczynił potężną.

* * *

Letnia posiadłość rodu Pelagia wyglądała na opuszczoną. Zapewne miała tak wyglądać, dlatego Mal ukryła swoją obecność w Mocy, by wydawało się, że na statku przylecieli jedynie ostatni członkowie małego spisku. Musiała jeszcze dostać się do środka. Zabrała miecz i kastet. Rozkazała Mocą jednemu z mężczyzn, by zaprowadził ją do wejścia, udając, że jest ona postronnym zakładnikiem. Drugiego ogłuszyła, by nie przeszkadzał. Młodzieniec podszedł do drzwi, trzymając Mal za ramię. Drzwi uchyliły się.
- Kto to? Dlaczego ją tu przyprowadziłeś? - zapytał starszy mężczyzna o orlim nosie, siwych włosach i w szacie Jedi. Mal nie czekając na odpowiedź, wyciągnęła miecz świetlny i zabiła dzieciaka. Jedi zatrzasnął drzwi, by zyskać odrobinę czasu. Mal szarpnęła za klamkę. Starzec stał na końcu korytarza, a ostrze jego miecza lśniło na niebiesko.
- Gdzie dzieciak? - zapytała.
- Nic ci z niego nie przyjdzie. Jest w nim dobro. Jasna Strona go wzywa. Nie pokonasz tego. Nie pozwolę na to - odpowiedział spokojnie, Mal jednak nie dała się zwieść. Skupiwszy Moc wykrzyczała zaklęcie Sithów i skierowała strumień energii w stronę Jedi. Ten jednak odbił pocisk bez problemu. Zabrakanka rzuciła się na niego z mieczem. Dźwięki uderzeń energetycznych ostrzy niosły się przytłumionym echem. Gwałtowne ataki, ogromna szybkość i siła uderzeń Jedi zaskoczyły Mal. Wiele umiał, trzeba mu to przyznać. Blask mieczy rozjaśniał ciemne wnętrze korytarza. Starcie przedłużało się. Mal ze wszystkich sił starała się przebić obronę starego Jedi. Atakowała zaciekle, nie dbając o zmęczenie. Na to tylko czekał siwowłosy mistrz. Mimo wzmocnienia siły i szybkości Mocą, Zabrakanka traciła koncentrację. Wybitnie pomagała jej w tym plącząca się wokół kostek kiecka. Mal zawyła z wściekłości, gdy uderzona falą Mocy osunęła się po ścianie. Zerwała się natychmiast, w szale skacząc prosto na starego Jedi. Sparował jej furiacki atak, po czym uderzył. Zabrakanka wykonała błyskawiczny unik, ale krzyknęła i upadła, gdy ostrze miecza świetlnego przejechało jej po ramieniu.
- Nie chcę cię krzywdzić - powiedział Jedi, stając kilka kroków przed Mal. - Nie wiem, dlaczego Lady Brezwalt przysłała tu właśnie ciebie, ale jestem pewny, że wcale nie musisz wykonywać jej poleceń. Ród Mecettich musi się nauczyć, że nie mają szans w starciu z Jasną Stroną. Nie dzieje się tu nic złego. Młody Emmett sam dokonał wyboru. To Jasna Strona jest jego drogą. Wybrał to, co najlepsze. Też możesz dokonać takiego wyboru. Znasz już Moc, będzie ci łatwiej. Masz w sobie wiele gniewu, nienawiści, szarpie tobą niepokój i duma - dodał, słysząc ciężki oddech kobiety. - Jesteś młoda, możesz jeszcze nauczyć się żyć spokojnie, bez huraganu emocji, w harmonii, służyć innym w dobrym celu, a nie być marionetką Lady Brezwalt. Nauczę cię, tak jak jej syna, jak tego dokonać. Mogę być także twoim Mistrzem. To prosty wybór.
Dzięki skupieniu w Mocy Mal uspokoiła oddech. Rana od miecza szybko zaczęła się goić, czego zasłuchany we własny głos stary Jedi nawet nie zauważył. Zabrakanka wyłączyła swoje ostrze i spojrzała sarnim wzrokiem na przeciwnika. Mistrz zakonu uśmiechnął się i podszedł, wyciągając rękę, by pomóc jej wstać.
- Mądre dziecko - szepnął i upadł, gdy Mal wykorzystując całą swoją furię i wzmocnioną Mocą siłę, wyprowadziła czysty lewy sierpowy w jego szczękę. Miecz wypadł mężczyźnie z ręki i brzęcząc na posadzce odturlał się w ciemność.
- Mądrzejsze, niż ci się zdaje, starcze - wydyszała, zdejmując kastet i podchodząc do wpółprzytomnego Jedi. - Nie masz pojęcia, kim jestem. Ale niedługo się dowiesz. Wszyscy się dowiedzą - wycedziła przez zęby. Przyklęknęła przy ofierze i dotknęła prawą dłonią jego skroni. Mężczyzną wstrząsnęły drgawki. Zza zaciśniętych szczęk wyrwał się stłumiony krzyk. Wciąż próbował walczyć, jednak słabł z każdą chwilą. Zabrakanka wysysała z niego życie kropla po kropli. Jej zmęczenie ustępowało, rany znikały. Moc kłębiła się w jej umyśle i dodawała ciału nowych sił. Gdy oddech starca stał się chrapliwy, Mal zbliżyła usta do jego ucha i wyszeptała
- Chcesz wiedzieć, kim jestem? Jestem twoim koszmarem i przekleństwem. Jestem tym, co było ukryte i czego tak się boicie. Jest nas więcej i jesteśmy potężni. Jesteśmy Sithami.
Starzec jęknął i po raz ostatni zaszamotał się, tracąc oddech. Gdy wchłonęła resztki jego życia, Mal wstała, otrzepała sukienkę i rozejrzała się. Ruszyła w kierunku, z którego wyczuła fale strachu. Gwałtownym gestem otworzyła drzwi do najbliższego pomieszczenia. Trzech mężczyzn i dwie kobiety próbowało zastąpić jej drogę, ale nie byli przeszkodą dla jej miecza świetlnego. Przepełniała ją siła, jakiej jeszcze nie zaznała. Zabiła mistrza Jedi. W kącie pokoju kulił się młody Mecetti.
- Wstawaj.
- Nn.. nie! - zaprotestował piskliwie. Mal wzruszyła ramionami, podeszła i bezceremonialnie szarpnęła go za ramię.
- Wracamy do mamusi - uśmiechnęła się słodko.
- Nie chcę!!! - rozdarł się niespodziewanie. - Oni są źli! Ja nie chcę być taki jak oni! Tylko po Jasnej Stronie Mocy mogę stać się tym, kim chcę!
- Bredzisz. Bunt młodzieńczy. Przejdzie ci. A teraz chodź! - pociągnęła go w stronę wyjścia. Gdy przechodzili przez korytarz, młody Mecetti potknął się. Mal warknęła niecierpliwie i odwróciła się w jego stronę. Nagle w rękach chłopaka rozbłysło niebieskie ostrze miecza starego Jedi. Mal zmrużyła oczy, udając oślepioną. Dzieciak rzucił się w jej kierunku, dziabiąc rozpaczliwie powietrze w miejscu, w którym stała przed sekundą.
- Tu jestem - rzuciła kpiąco zza niego. Mecetti machnął mieczem szeroko, nieporadnie. Mal roześmiała się i sparaliżowała go, nie chcąc przedłużać tej żałosnej demonstracji. Złapała go za nogę i pociągnęła w kierunku wyjścia. Dotaszczyła nieprzytomnego dzieciaka do statku rodu Pelagia i przypięła go do fotela. Na miejscu pilota wciąż bez świadomości leżał młodzieniec, którego tu zostawiła. Świadkowie byli zbędni, więc pchnęła go mieczem i wypchnęła ciało ze statku.
Zdążyła przelecieć krótki dystans, gdy zauważyła statek rodu Mecetti, lecący w kierunku, z którego wracała. Zapewne i oni ruszyli na ratunek przyszłości rodziny. Cóż, kto pierwszy, ten lepszy.

* * *

Trzy dni później Mal ponownie przekroczyła próg pałacu Lady Brezwalt, tym razem na jej wyraźne zaproszenie. Gdy weszła do jej gabinetu, kobieta stała przy oknie, patrząc w dal. Zabrakanka czekała.
- Czego spodziewacie się po zawarciu paktu między nami? - zapytała Lady bez zbędnych wstępów.
- Możemy czerpać wzajemne korzyści ze współpracy na wielu poziomach, Lady. Ogólnie rzecz ujmując - macie udziały w kilku ważnych korporacjach, co zdecydowanie ucieszy naszą Federację. Znając sławę waszego rodu i Zakonu Mecrosa sądzę, że wiele możecie nas nauczyć, jeśli chodzi o techniki skrytobójcze. Spodziewalibyśmy się także współpracy na polu, nazwijmy to, informacyjnym, oraz utworzenia w naszych szeregach oddziału twoich skrytobójców. Szczegóły wymagają oczywiście dokładnego omówienia...
- A co nam oferujecie?
- Możemy cię nauczać tego, co sami umiemy i potrafimy zrobić z Mocą. Wzrośnie twoja potęga i potęga tych, którym zechcesz tę wiedzę przekazać. Federacja Wolnych Planet Rubieży będzie was wspierać i przyzna wam ciche pierwszeństwo w pewnych transakcjach czy negocjacjach. W razie potrzeby możesz zwrócić się do nas, Lady, o informacje do naszego Wywiadu. Możemy zapewnić niektórym członkom twojej rodziny miejsce w szeregach naszych formacji...
Lady Brezwalt westchnęła.
- Wiesz, czemu nie chciałam z wami współpracować?
- Lady? - ze zdumieniem spojrzała na nią Mal.
- Przez Bractwo zginął ktoś bardzo mi bliski. Pociągnęliście go za sobą, sprawiliście, że porzucił swoje miejsce i poszedł za głosem potęgi. I w jej imię oddał życie, nie bacząc, że zostawia swój ród i ludzi, których powinien... Zresztą nieistotne, nie czas o tym mówić. Jednak to właśnie ty uratowałaś mego syna. Może nie przed śmiercią, choć pewnie prędzej czy później dałby się zabić, ale na pewno przed jedną z największych głupot, jakie mógł w życiu popełnić. Jestem ci wdzięczna i choć wciąż nie jestem w stanie wybaczyć wam tego, o czym mówiłam, postanowiłam przyjąć propozycję Bractwa Sithów. Jesteście potężni, udowodniłaś mi to. I dzięki tobie odzyskałam syna. Zwołam jutro radę rodu, ustalimy z tobą ostateczne szczegóły i podpiszemy pakt. Przekaż tę decyzję Mrocznemu Lordowi.
- Cieszę się, Lady Brezwalt. To mądry wybór i przyniesie zarówno wam, jak i nam wielkie korzyści. Mroczny Lord na pewno doceni fakt, że zmieniłaś swą pierwotną decyzję. Pozwól teraz, że pójdę przekazać mu wieści.
- Oczywiście - odparła Lady Brezwalt uśmiechając się blado. - Do zobaczenia jutro.
Mal skłoniła się i odwróciła na pięcie. Gdy przekraczała próg, Lady Brezwalt przywołała ją.
- Zapomniałabym. Ten jacht Baudo, którym przyleciałaś z moim synem... To własność rodu Pelagia?
- Tak, Lady. Zamierzasz im go oddać?
- Nie, nie ma takiej możliwości - roześmiała się kobieta. - Nie chcę go jednak zatrzymywać. Te statki są robione na zamówienie, za dużo w nim elementów charakterystycznych dla właściciela. Zresztą niepotrzebny mi kolejny jacht. Myślę jednak, że w Bractwie macie możliwości modyfikacji statku tak, by nikt go nie poznał. Weź go.
- Dziękuję, Lady Brezwalt... Nie spodziewałam się - Mal skłoniła się ponownie. Zdecydowanie ta kobieta potrafiła zaskakiwać. - Muszę tylko jakoś odstawić...
- Twój wypożyczony statek właśnie został odebrany przez właściciela.
- Lady, myślisz o wszystkim - uśmiechnęła się Mal.
- Zawsze - przytaknęła kobieta. - Trafisz do wyjścia?
- Oczywiście.
- Zatem do zobaczenia.

* * *

- Doskonale. Najważniejsze, że zawarli pakt. Po twoim powrocie spodziewam się pełnego raportu - zabrzmiał głos holograficznej miniatury Mrocznego Lorda.
- Oczywiście - odparła Mal, kiwając głową. Alkern Ventress zakończył połączenie.
Zabrakanka usiadła w fotelu swojego nowego statku. Połączyła się z załogą Lambdy i rozkazała im wracać bez niej. Wpisała koordynaty i odpaliła silniki. Spojrzała z pewną satysfakcją na wnętrze Baudo. Nie dość, że udało jej się wykonać zadanie, to jeszcze zupełnie przypadkiem zdobyła statek. Mimo trudności to była całkiem owocna wyprawa...

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Sektor Tapani

#2

Post autor: Alkern » 25 mar 2016, 10:22

Zadźwięczał sygnał przychodzącego połączenia. Mal oderwała się od pracy i starając się nie ubabrać komunikatora, odebrała je.
- Cieniu - powitał ją Alkern Ventress.
- Mroczny Lordzie - skłoniła głowę Zabrakanka, chowając za plecami ubrudzone smarem ręce. - Jestem na wezwanie.
- Oddział skrytobójców, obiecany przez Lady Brezwalt, ma przybyć do nas jutro - oznajmił Lord. - Jako, że dzięki tobie udało się ich nam pozyskać, powierzam ci pieczę nad ich przyjęciem, zakwaterowaniem i przygotowaniem do służby w naszych szeregach. Jutro rano oczekuję cię na Korriban.
- Stawię się niezawodnie.
Holograficzna postać Ventressa zniknęła. Mal zaklęła szpetnie, mieszając popularne zabrakańskie i ludzkie klątwy. Nie dość, że musiała zostawić swój nowy statek w środku roboty, to na dodatek właśnie została mianowana naczelną niańką grupy skrytobójców...

* * *

Niewielki, ale całkiem luksusowy transportowiec wylądował na stanowisku przed budynkiem Akademii. Wyszła z niego jedna osoba, co nieco zdziwiło Mal, oczekującą na dziedzińcu na swoich nowych podopiecznych.
- Witaj, Leann Tarv - usłyszała znajomy głos.
- Lady Brezwalt? - Zabrakanka zaskoczona obrzuciła kobietę uważnym spojrzeniem. Nie poznała jej, szlachetnej damy ubranej w czarny, zwykły kombinezon.
- Widzę, że w tej roli jeszcze mnie nie widziałaś - uśmiechnęła się półgębkiem głowa rodu Mecetti. - Przyleciałam z obiecanymi skrytobójcami, chciałabym nieformalnie zamienić parę słów z Mrocznym Lordem. Muszę wiedzieć, komu oddaję moich najlepszych ludzi. No, może prawie najlepszych...
- Jeśli tacy nie są, to na pewno będą, kiedy połączymy ich umiejętności z naszym szkoleniem - odparła Mal, przywołując plączącego się w okolicy droida protokolarnego. - A jeśli chodzi o rozmowę, to sądzę, że En-Shoah-Nur już oczekuje. Droid wskaże ci drogę, Lady.
- Świetnie. To nie zajmie wiele czasu. Potem dokonam prezentacji oddziału.

* * *

Pasażerowie transportowca, trzy kobiety i siedmiu mężczyzn, stali karnie w szeregu, ubrani w szare, jednolite ubrania, przypominające w kroju mundury. Zachowanie też mieli nieco wojskowe. Dobrze, pomyślała Mal, zapewne są przyzwyczajeni do wykonywania rozkazów.
Lady Brezwalt skinęła dłonią, a jeden z mężczyzn wystąpił z szeregu.
- To oficer Sharp Hayward, dowódca grupy - przedstawiła go Lady Brezwalt. - Doskonale wyszkolony, nieuchwytny, kierował wieloma akcjami, w tym kilkoma bardzo spektakularnymi. Jeden z naszych najlepszych ludzi.
Mal spojrzała ciekawie na mężczyznę. Wysoki, nieźle zbudowany, o krótkich blond włosach i ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach. Powitali się krótkim, męskim uściskiem dłoni.
- Hayward przedstawi ci resztę grupy. Ja muszę wracać, czeka na mnie wiele pracy.

* * *

- To wasze kwatery, w końcu korytarza jest kuchnia, jadalnia i, że się tak wyrażę, zaplecze socjalne. Szkolenie... - urwała Mal, nie mogąc znieść niecierpliwego brzęczenia droida, który dreptał za nią, odkąd wprowadziła skrytobójców do ich nowej siedziby. - Czego?
- Mroczny Lord wzywa do gabinetu - zabzyczał droid. - Możliwie pilnie.
Mal kiwnęła głową i machnięciem ręki odprawiła robota.
- Szkolenie, jak mówiłam, rozpocznie się jutro, zatem macie chwilę czasu na aklimatyzację. Zostawiam wam droida, zajmie się bagażami i będzie do pomocy w razie potrzeby. Jeśli będziecie mieć jakieś pytania, postaram się na nie odpowiedzieć. A teraz wybaczcie, obowiązki wzywają.

* * *

- Wejść - rozbrzmiał głos Mrocznego Lorda. - Usiądź. Jak wrażenia?
- Zobaczymy. Wyglądają na zgraną, dobrze wytrenowaną grupę. Dowódca, oficer Hayward, trzyma ich w ryzach, widać, że go szanują. Myślę, że sporo możemy się nauczyć od siebie nawzajem.
- To dobrze.
- Mam pytanie, Mroczny Lordzie. Jako oddział będą pod rozkazami Armii, prawda? Czy może Wywiadu?
- Od Wywiadu to niech się trzymają z daleka. Według wstępnego planu mieli znaleźć się pod skrzydłami Armii. Zmieniłem jednak zdanie, a dzisiejsza rozmowa z Lady Brezwalt tylko mnie utwierdziła w tej decyzji. Ich bezpośrednim przełożonym zostaniesz ty.
- Ja? - Mal zapytała z pewną dozą protestu w głosie. - Nie mam doświadczenia...
- To był rozkaz - powiedział poważnie Codru-Ji. - Kwestionujesz go?
- Nie, Lordzie - zaprzeczyła kobieta, kręcąc głową.
- Mam nadzieję. Nie mam wątpliwości, że doskonale nadajesz się na to stanowisko. Lady Brezwalt również sugerowała takie rozwiązanie, czyli zrobiłaś na niej dobre wrażenie. Nie chcę łączyć skrytobójców z Armią. Mają być grupą do zadań specjalnych i delikatnych, podlegających bezpośrednio Bractwu. A kto ich poprowadzi lepiej, niż przedstawiciel Szkoły Śmierci? Porozmawiam z Lordem Avaccusem o przeprowadzce skrytobójców na Dxun, żebyś miała ich pod ręką.
- Tak jest.
- I jeszcze jedno. Skoro masz dowodzić oddziałem skrytobójców... - Alkern zawiesił głos, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Tak, Mroczny Lordzie?
- Dostajesz awans. Od dziś jesteś Skrytobójcą Bractwa Sithów.
- Dziękuję - Zabrakanka ukłoniła się z uśmiechem. Wciąż lekko obawiała się objęcia dowództwa nad skrytobójcami, ale wynikało to głownie z jej przyzwyczajenia do indywidualnego działania. Wypracuje nowe metody, a więcej ludzi oznacza większe możliwości. I większą potęgę...

Zablokowany