Flota

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Flota

#1

Post autor: Alkern » 24 lut 2016, 23:09

PROLOG

[MSiSD “Krytos”, układ Horuset, 23:01 czasu pokładowego]
Ciemnoszary klin niszczyciela unosił się w międzyplanetarnej pustce.
Na przestronnym mostku panowała względna cisza. Osoba z zewnątrz zauważyłaby doskonałą harmonię: każdy członek załogi był na swoim miejscu, każdy oficer wykonywał swoje zadanie. Załoga pracowała niczym dobrze nakręcony mechanizm, perfekcyjnie dokładny, a zarazem oliwiony szacunkiem i oddaniem, nie zaś strachem przed swoimi przełożonymi. Ubrane w antracytowe mundury, wariacje na temat starych imperialnych wzorów, istoty pewnie czuwały nad każdym aspektem pracy okrętu.
Lupus zaś czuwał nad nimi.
Na dużej platformie, pośrodku mostka, z rękoma założonymi za plecami samotna postać wyprostowana patrzyła w pustkę. Nie wykonywała najmniejszego ruchu. Pod ciężkimi butami człowieka znajdował się wpuszczony w podłogę dysk metalu, przypominający dysk holoprojektora: w koncentrycznych zagłębieniach błyszczało nikłe czerwone światło, pulsujące w powolny rytm oddechu stojącego na platformie mężczyzny.
Lupus, Mistrz Sithów, Marszałek Floty i dowódca “Krytosa” w całkowitym bezruchu kontrolował cały okręt. Pogrążony w głębokiej medytacji, wnikając swoją świadomością w obwody swojego okrętu, stał się jego mózgiem i bijącym sercem.
Nie była to absolutnie żadna prymitywna, wulgarna kontrola słabszych umysłów. To było raczej wytwarzanie zbiorowej świadomości, jednego umysłu złożonego z roju słabszych jednostek. Dzięki temu załoga rozumiała się bez słów, wyczuwała swoje wzajemne intencje i decyzje, wzmacniała morale i pozbywała się wątpliwości we wspólnocie dążącej do zwycięstwa. Lupus nie był tu tyranem - był kapitanem, dowódcą, kimś, kto pokazuje najlepsze rozwiązanie i łagodnie, acz stanowczo sprowadza błądzące myśli załogi na właściwą drogę. Oficerowie “Krytosa” dobrze znali to uczucie, poddawali mu się - byli najlepszymi z najlepszych we Flocie i doskonale zdawali sobie sprawę z obecności władców Ciemnej Strony: poddawali się ich wpływom z posłuszeństwem.
Posłuszeństwem, z którego Mistrz był dumny.
Dzięki mechu-deru Lupus łączył się bezpośrednio ze swoim okrętem. Nie był to stopień kontroli, przy którym nie potrzebowałby załogi, ale w tych nielicznych momentach głębokiej medytacji durastal i quadanium stawały się drugą skórą, turbolasery pięściami, sensory oczami I uszami.
Dlatego też nikt nie musiał podawać mu żadnych raportów, by zauważył dwie zbliżające się jednostki: chissański Clawcraft i prom klasy Lambda.
Zatem już są. Mistrz pozwolił sobie na minimalne rozproszenie koncentracji: dzisiejsza medytacja okazała się być wyborna. Aż mu było szkoda ją przerywać.

Po piętnastu minutach dwójka postaci wkroczyła na mostek, przekraczając próg turbowindy. Harmonijnie zbudowana Chissanka i ciemnowłosy człowiek, oboje w mundurach Floty - kobieta w stopniu komodora, mężczyzna zaś komandora - stanęli na baczność kilka metrów za plecami Lupusa. Komandor cicho odchrząknął.
Czerwone światła w dysku pod stopami Marszałka powoli zgasły. Brodaty mężczyzna w biało-czarnym płaszczu Szkoły Śmierci powoli, bez pośpiechu obrócił się, lustrując gości zimnymi jak lód, błękitnymi oczami.
Zasalutowali. Marszałek szybko, wręcz od niechcenia oddał salut i przemówił niskim, cichym, lecz wyraźnym głosem.
- Na czas.
- Jesteśmy na twoje rozkazy, dowódco - odezwał się komandor Massny. Chissanka jedynie wbiła w Lupusa typowe dla jej rasy, enigmatyczne spojrzenie pałających, jednokolorowych oczu.
Lupus przez moment milczał. Po chwili przeniósł spojrzenie na wielki holoprojektor: powierzchnia stołu rozbłysła niebieskim światłem, zaś w powietrzu została wyświetlona wielka mapa Galaktyki. Marszałek dotknął kilku klawiszy sterujących i mapa pokryła się różnymi kolorami. Kas’sil’arani rozpoznała niewielki bąbel Federacji, kropkę Przestrzeni Sithów, kurczące się terytoria Nowej Republiki… i czerwone terytoria zajęte przez Yuuzhan Vongów, wyglądające jak nowotwór na tkance galaktyki. Skrzywiła się.
- Inwazja zaczyna wyglądać interesująco - zaczął Marszałek. - Dotarły do nas wieści, że Vongowie właśnie zdobyli Coruscant. Planety Nowej Republiki upadają jedna po drugiej.
- A Jedi? - zapytała Kass.
- Po zniszczeniu świątyni na Yavinie do tej pory nie znaleźli nic ciekawego. Kwaterą główną sił Nowej Republiki jest teraz Mon Calamari - rzeczowy wybór, biorąc pod uwagę obecność stoczni. Najeźdźcy zdobywają świat za światem.
Na mapie został podświetlony inny fragment: północ galaktyki. Ciemnoniebieskie przestrzenie płonęły na granicach z czerwienią Vongów.
- Resztki Imperium - powiedział Mistrz. - Są podzieleni. Słabi. Nie mają siły w jedności, zamiast tego skupiają się na pretendowaniu do tronu, którego od dawna już nie ma. Ale desperacka Nowa Republika odnalazła w nich sprzymierzeńca.
Kas’sil’arani nie poruszyła ani jednym mięśniem, zaś w Mocy nie zadrżała żadna fala jej emocji. Lupus spojrzał na nią przenikliwie.
- Pellaeon… Twój całkowity brak reakcji tylko zdradza mi, jak bardzo chcesz wyglądać na osobę, która nic nie czuje w takiej sytuacji - powiedział wolno Marszałek, delektując się w rozbawieniu każdym słowem. Kass sztywno patrzyła w mapę.
- Ja mam swojego własnego kapitana, Dowódco. Ten zdrajca nic dla mnie nie znaczy.
- A powinien, Komodor - głos Lupusa stał się zimny. - Nigdy nie pozwalaj osobistym przekonaniom zasłonić ci wizji czyichś umiejętności, kunsztu, użyteczności dla twoich własnych celów. To wybitny strateg, wiele się nauczył podczas Kontrofensywy. Niedocenianie go jest kardynalnym błędem. Związanie się z Nową Republiką to dla niego dobry krok. Niemniej… stał się naszym wrogiem i musi zostać zniszczony.
- Nie pozwalam sobie na niedocenienie przeciwnika, Mistrzu - odparła Chissanka spokojnie.
- A zatem wojna, Dowódco? - zapytał Massny.
- To początek - powiedział Lupus, studiując mapę galaktyki. - To, co się dzieje w galaktyce, jest… możliwością. Jeżeli Bractwo Sithów dobrze rozegra nadchodzącą partię, ostatecznie zniszczymy zarówno Nową Republikę… jak i ostatnich Jedi.
Słowa zawisły w powietrzu, tętniąc siłą. Sithowie niemalże bezwolnie poddali się ich brzmieniu, pozwalali, by znaczenie tej wypowiedzi pieściło ich uszy, rozpalało zapomniane sny o potędze. Sen założyciela Bractwa, Dartha Sidiousa, po wielu latach miał nareszcie się spełnić. Ziarno nieskończonej mocy już wkrótce miało wydać swój plon.
- Odradzam wam pośpiech - rzekł Marszałek, przerywając atmosferę zadumy. - To pierwsza faza konfliktu. Musimy pozostać w ukryciu. Przygotować się. Wykorzystać chaos i zamęt w galaktyce do naszych własnych celów. Zmiękczyć ich, uczynić ich słabymi, za pomocą sprytu, nie zaś brutalnej siły.
Na mapie wyświetliła się siatka przerywanych linii oplatających sektor Calamari.
- Komandorze Massny. To są aproksymowane szlaki zaopatrzeniowe Nowej Republiki: nie mamy aż tak dokładnych danych. Twoim zadaniem będzie ustalić dokładne położenia tych szlaków i sabotować je.
- Tak jest, Dowódco.
- Nikt nie może dowiedzieć się, kto tak naprawdę za tym stoi. Wykorzystaj najemników I piratów. Upozoruj atak odłamów Imperium, które nie zgodziły się na zawiązanie sojuszu między Republiką a Pellaeonem. Ich współpraca jest krucha, za dużo między nimi jest różnic. Nasze zadanie to uderzać w każde pęknięcie tego układu, pogłębić każdą rysę, rozdrapać każdą ranę, zniweczyć każdy wysiłek ku zjednoczeniu.
- Tak się stanie, Dowódco. - Massny zasalutował.
Lupus odwrócił się do Chissanki.
- Komodor Kas’sil’arani. Potrzebne nam będą maszyny Nowej Republiki, by zasiać chaos w ich szeregach. Powierzam Ci zdobycie jak największej ilości maszyn wroga wyposażonych w hipernapęd. Ponownie - nie wolno uświadomić im, że to robota Federacji, czy Sithów. Upozoruj ataki Yuuzhan. Piratów. Resztek Imperium. Nikt, kto pozna prawdę, nie może przekazać jej galaktyce. Kiedy już zdobędziemy myśliwce i powołamy korpus myśliwski, zaczniemy zadawać prawdziwie głębokie rany.
- Co takiego pan planuje, sir?
- Zniszczymy ich jedność. Zniszczymy ich obywateli: zabierzemy im nadzieję i bezpieczeństwo, korzystając z ich własnych symboli. Zasiejemy chaos i zamęt… zaś obywatele Republiki już wkrótce zrozumieją, jaką iluzją jest wolność, jak bardzo ich ukochany rząd nie będzie w stanie ochronić ich przed zagładą.
Zapadła cisza. Lupus panował nad swoją mimiką, ale w jego oczach błyszczała pasja I zaangażowanie.
- A Jedi? - zapytał wolno Massny. - Czy możemy już ich…
- Nie - rzucił Mistrz ostrym tonem. - Darth Alkern wyraził się jasno. Na tym etapie nie wolno angażować w to niedobitków Zakonu. Pułapka potrzebuje czasu, by się zatrzasnąć. Pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić w kontakt z Jedi.
- Tak jest.
- Macie swoje rozkazy. Ruszajcie i nie zawiedźcie mnie. Nie zawiedźcie Bractwa.
- Tak jest!
- Rozejść się.
Dwójka Sithów ruszyła w stronę turbowindy. W drzwiach Massny drgnął i obrócił się: Lupus wyczuł jego uwagę i spojrzał w jego stronę.
- Cierpliwości, komandorze - Mistrz odpowiedział na niezadane pytanie. - Nie będziemy wiecznie się ukrywać. Czas Sithów nadchodzi… i nadejdzie już wkrótce.

I

[Hiperprzestrzeń, Clawcraft komodor Kas’sil’arani]
Lecąc w hiperprzestrzeni Kas’sil’arani ciężko myślała nad swoim zadaniem.
Dywersja? Sabotaż? bal kostiumowy? Zgrzytnęła zębami: nie miała o tym pojęcia! Jak zbudować jednostki podobne do Vongów? Z czego? “Burzyciel” może i dałby radę wyciągnąć coś, co udawałoby koral yorik, ale to potrwa zbyt długo. Flimsiplast nie nadaje się, durastal odpada: dostatecznie zaawansowane skanery z miejsca wykryją metal, jakby go nie przyozdobić. Czy istnieją systemy mogące oszukać skanery Nowej Republiki? Czy można wytworzyć tak potężne iluzje?
Gdyby Lady Mirash mogła ją wspomóc! Kass nie wątpiła, że stworzenie całej floty Vongów nie byłoby problemem dla jej mentorki. W końcu takie wyczyny miały już miejsce. Ale Pani Dathomiry poleciała na swoją misję, więc iluzja odpada.
Westchnęła ciężko. Zleci to swoim inżynierom. Piraci i zdegenerowana frakcja imperialna była już łatwiejsza do wykonania. Po prostu podsmaży kilka statków, dospawa się trochę zardzewiałej blachy i gotowe. Ściągnie kilka Interdictorów, by gdzieś - Moc jedna wie, gdzie - wyrywać z hiper flotę Nowej Republiki. Tu musi sięgnąć po wywiad. Będą zatem trzy grupy bojowe.
No. Trochę uspokojona rozmościła się wygodniej w fotelu pilota.
Drugi etap to przeprowadzenie sabotażowych ataków na placówki NR. Tu też nie powinno być kłopotów: spuszczona ze smyczy horda żołdaków może rozrabiać jak pijane gundarki. Typowe zachowanie w tej części galaktyki. Sama nawet chętnie poudaje rebeliantkę.
Był tylko jeden problem.
Walka z różnego kalibru postimperialnymi kacykami pokroju Zsinja czy Krennela to wypełnienie obowiązku. Nikt nie będzie kręcił nosem. Ale Pellaeon - reprezentuje sobą najlepsze, co może dać Imperium. Lupus się nie mylił: podpisanie Traktatu w tamtym czasie było najlepszym wyjściem z możliwych.
Oczywiście, rozkazy Mrocznego Lorda są jasne i niepodważalne, jeśli będzie trzeba “Inkwizytor” stanie do walki. Jednak Kass miała nadzieję, że do takiego pojedynku nie dojdzie, albowiem według wszelkiego prawdopodobieństwa, musiałaby walczyć sama. Nie ma wyjścia. Musi tak kombinować, by ewentualne ataki na Ruiny Imperium przypuszczał ktoś inny.
Zmarszczyła brwi, a w sercu poczuła przypływ ohydnego mroku. Oślizgłego, zarażającego swoim wpływem wszystko, co było w niej dobre i jasne.
Ktoś inny.
Przy jej milczącej aprobacie.
Chciała z tym walczyć, ale jej wola była za słaba wobec rozrastającego się w niej nakazu I pragnienia. Czuła jak obojętnieje, jak kawałek po kawałku jej duszę skuwa lód.
Lód. A więc prawdziwa ona nie umiera.
Parsknęła ze złości, lecz nie mogła nic na to poradzić. Gdzieś daleko, na granicy świadomości ostatkiem sił usadowiła jedną myśl obleczoną w kryształ: lód można roztopić.
Po chwili, czując wewnątrz pustkę woli Mrocznego Lorda, zaczęła się śmiać.

- Dawać mi tu isalamira! - warknęła, ledwo dotknęła stopami pokładu “Inkwizytora”, swojego okrętu flagowego. Mistrz Lupus mówił jej, by robiła rzeczy po swojemu. I dobrze. Była wojownikiem. I będzie walczyć jak wojownik.
A Sithowie nie będą jej przeszkadzać.
Czuła się wpół ślepa i głucha, gdy wparowała na mostek ze stelażem na plecach i rozłożonym na nim wygodnie zwierzątkiem.
- Kapitanie, proszę wziąć kurs na “Burzyciela” - rzekła do Cesbrona - Odprawa za dziesięć minut. Mają być wszyscy.

[Planeta Rhelg, Szkoła Kreacji, godz.16:15 czasu lokalnego]
Lambda zawisła nad lądowiskiem Szkoły Kreacji na Rhelg, wypuściła łapy lądownicze i powoli opadła na płytę. Opuszczono trap i zszedł po nim Massny, ubrany w mundur Floty. Szybkim krokiem skierował się do kompleksu mieszkalnego.
Był w doskonałym nastroju. Powodem były rozkazy, które otrzymał od Marszałka Floty Lupusa. Oboje z komodor Kas’sil’arani otrzymali polecenia, które tylko potwierdziły ich wcześniejsze domysły - Sithowie ruszają na wojnę. Choć nie do końca tak, jakby to sobie wyobrażał Massny. Widział to w postaci płynących w przestrzeni niszczycieli, bombardowań planetarnych czy starć fal myśliwców... a tymczasem mieli działać w cieniu. Na początek może być, myślał. Marszałek dał do zrozumienia na koniec odprawy, że nadejdzie czas na spektakularne akcje. No i Jedi, mieli ich zostawić w spokoju, chwilowo.
Massny uśmiechnął się lodowato do swoich myśli. Nienawidził Jedi, za ich zakłamanie I fałszywą świętoszkowatość... no, może poza jedną Jedi. Przyjdzie czas i na nią, tak czy inaczej.
Dochodził już do swojego pawilonu, gdy zobaczył swoją załogę, Ann i Shira siedziały na ławce przed jego kwaterą.
- Co to za lenistwo? - rzucił pytanie, udając srogiego. - Krypa przezbrojona, że się tu obijacie?!
- Tak jest! - powiedziała Shira. - Rano wróciłyśmy ze stoczni. Wszystko zrobione tak, jak chciałeś.
- I bardzo dobrze - skinął głową.
Massny przed odlotem doszedł do wniosku, że ich nowa jednostka, kanonierka Krayt, ma za mało zróżnicowane uzbrojenie podstawowe i kazał dziewczynom wymienić działka laserowe z wieżyczki na działka jonowe, a także zwiększyć pojemność magazynku rakiet.
- Otrzymałem rozkazy. Idę teraz do siebie, ogarnę się po podróży i widzę was za pół godziny, jasne? Musimy obgadać parę spraw.
- Pewnie. Idź, za pół godziny będziemy.
Sith skinął głową i wszedł do swego pawilonu. Rozebrał się z munduru, przygotował lekki sportowy strój i poszedł pod prysznic. Stał pod strumieniem wody, myśląc nad czekającym go zadaniem.
Rozkaz był jasny: zlokalizować szlaki zaopatrzeniowe Nowej Republiki i zaatakować. Działania niejawne.
Stare szlaki były Massnemu znane. Teraz Nowa Republika i Sojusz Galaktyczny, to już jedno I to samo, na pewno przecierali nowe szlaki hiperprzestrzenne. Namiastka Senatu siedzi na Mon Calamari, więc tam teraz płyną ich dostawy. Zlokalizowanie ich nie powinno przysporzyć wielu kłopotów, po takich operacjach zawsze zostaje ślad. Pieniądze przechodzą z rąk do rąk, ktoś jest niezadowolony, ktoś coś powie za dużo. Tak, lokalizacja szlaków to nie problem. Gorzej sprawa wygląda z drugim członem rozkazu: „Działania niejawne”, czyli bez użycia sił Floty.
Tylko jedna opcja przychodziła mu do głowy, przemytnicy. Ze starych czasów pozostały mu dwa, trzy mocne kontakty, na które mógłby liczyć, mieli wobec niego zobowiązania. Ann ma rozległe znajomości, co już nie raz udowodniła. Będzie trzeba z nią o tym porozmawiać. Reszta przestępczego świata może i by w to weszła, ale tylko widząc dla siebie jakieś profity. Co moglibyśmy zaoferować za wzięcie udziału w takiej eskapadzie? - pomyślał Sith.
Pieniądze, tylko to do nich przemówi, Massny znał to z autopsji. Bractwo ma pieniądze, dużo pieniędzy, trzeba będzie ich trochę wydać. Wojna kosztuje. Ale na szczęście chociaż tą jedną rzeczą, ilością zer na koncie, nie musiał się w tym przypadku martwić.

Massny siedział na podłodze w luźnej wersji pozycji do medytacji, Ann i Shira na fotelach naprzeciwko Sitha. Już przekazał im treść rozkazu, czego się od niego oczekuje. Nadszedł czas na burzę mózgów.
- Plan wstępnie wygląda tak - zaczął Massny. - Mam dwa pewne kontakty z czasów przemytniczych. Są mi winni przysługi, więc na pewno wejdą do akcji. Nie wiem jaką ilością jednostek dysponują dzisiaj, ale flotyllę mieli zawsze dużą. Z mojej strony tylko tyle, wypadłem z obiegu. Jakieś sugestie?
- Niech pomyślę... - niezawodna Ann. - Tak, znam takiego jednego... - przerwała, spojrzała na Shirę, jakby oczekując złośliwości, ale Zabrakanka słuchała z uwagą.
- Nazywa się Scurron Almaht i ma całą flotę. Ale nie wejdzie do walki na piękne oczy - dokończyła.
- Nie znam typa. A to o czym mówisz zostało przemyślane wcześniej, tak przez Marszałka Lupusa jaki i przeze mnie. Pieniądze nie stanowią żadnego problemu, Ann. Jedyne co jest ważne to osiągnięcie celu - atak, którego nie będzie dało się powiązać z Federacją.
- W takim razie nie pozostaje nic innego jak lecieć, przeprowadzić negocjacje, skrzyknąć falangę i skopać tyłki Republice.
- Teraz to się nazywa Sojusz Galaktyczny - rzekł Massny. - Co gorsza, resztki Imperium zawarły z tym tworem układy i walczą z Vongami ramię w ramię.
- Świat się kończy - Shira pokręciła głową.
- Nie wszyscy, to trzeba jednak przyznać, zostało trochę wiernych starym zasadom. Całkiem możliwe, że z nimi pogadamy, zobaczymy co wskóramy u przemytników. Gdzie dokładnie znajdziemy twoich kompanów, Ann?
- Na Akrit'tar.
- Dobrze, to nawet nie daleko od moich kandydatów, nie stracimy czasu. Im szybciej zaczniemy ataki, tym lepiej. Ale z głową, nic na siłę. I najważniejsze, ani razu nie ma prawa paść słowo Sith. Nas nie ma... do czasu.
Massny uśmiechnął się, nie był to przyjemny uśmiech.
- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedziała Shira. - Jako twój pierwszy oficer wnioskuję o przyjęcie do załogi jeszcze jednej osoby.
Massny uniósł brwi w zdziwieniu.
- Jest jakiś szczególny powód? - spytał.
- Tak - odpowiedziała. - Krayt może i jest nieduży, ale po twoich przeróbkach do pełnej wartości bojowej potrzebuje obsługi trzech osób załogi, a idziemy do walki. Ciebie nie liczę, w czasie ataków i tak będziesz miał dość do roboty.
- Masz na myśli kogoś konkretnego?
- Najlepszy strzelec jakiego widziałam. Wiem, że jest na Tammar, mamy po drodze. Kobieta. Nazywa się Colle Stonn. Nienawidzi Republiki tak samo jak ty, jeśli nie bardziej.
- Następna kobieta? Facetów już nie ma, czy jak?
- Powtarzam, najlepszy strzelec.
- Dobrze. Zatrzymamy się tam na chwilę, tak z ciekawości, z jakiej jest rasy?
- Człowiek - odparła Shira. Massny skinął głową.
- Jutro koło południa ruszamy. Od samego rana szykujemy „Elassę”, prowiant, części zamienne, zapasowa elektronika i cała reszta... Pytania?
Cisza.
- Teraz do siebie, odpoczywać. Przed nami ciężka wyprawa.


II

[ISD Inkwizytor, 18:00 czasu pokładowego, początek operacji “Przechwycenie”]
- Dostaliśmy nowe rozkazy z Dowództwa Floty - zaczęła Kass bez żadnych wstępów. - Rozpoczynamy działania zbrojne przeciwko Nowej Republice, Sojuszowi Galaktycznemu czy jak tam ta zbieranina teraz się nazywa. Spadkobiercy Rebelii dostaną łupnia… - zawiesiła na chwilę głos - gdyż taka jest wola Mrocznego Lorda Sithów Dartha Alkerna Ventressa.
Gdyby nie isalamir na jej oparciu pewnie poczułaby reakcję ludzi na tę wiadomość, ale chciała przynajmniej początek rozegrać po swojemu, bez szperania w głowach i zdawaniu się na podszepty Mocy, na których już nieraz się przejechała.
- Jeśli ktoś się domyślał, to ma potwierdzenie. Jeśli ktoś żył w ułudzie lub błogiej nieświadomości, to już wie. Chcę być z wami szczera i tego samego oczekuję od was na każdym etapie.
Kilku mniej obeznanych w temacie szeptało między sobą. W końcu jeden z nich, porucznik logistyki, sumienny, wywodzący się z porządnej, imperialnej rodziny, podniósł rękę.
- Powiedziała pani Sith?
- Tak jest.
- Z całym szacunkiem, ale co to ma z nami wspólnego?
- Pomijając to, że samą myślą i w tej chwili dla własnego widzimisię mogą skręcić panu kark nie będąc nawet na pokładzie, to wypłacają nam żołd i serwisują „Inkwizytora”. Poza tym stworzyli „Burzyciela”, którego z takim poświęceniem broniliście od czasów Wielkiego Moffa Jackiego. Darth Alkern jest bezpośrednim spadkobiercą Imperatora Palpatine'a, gdyby ktoś nie wiedział.
Oficer znów chciał coś powiedzieć, ale Kass była lekko zirytowana.
- Przesłać broszurkę?
- E, nie, dziękuję, komodorze - bąknął cicho i zamilkł.
- Cała operacja jest podzielona na dwa etapy - wyjaśniała. - Zdobycie środków i właściwe działania dywersyjne. Naszym zadaniem będzie zdobycie jak największej ilości myśliwców Nowej Republiki wyposażonych w hipernapęd. Zostaną one później wykorzystane w operacjach false flag w celu destabilizacji Sojuszu. Nie możemy w żaden sposób zdradzić im, że to robota Federacji czy Sithów. Mamy więc upozorować ataki Yuuzhan Vongów, piratów albo resztek Imperium. Nikt, kto pozna prawdę, nie może przekazać jej galaktyce. Ostatnie meldunki porwanych okrętów nie mogą wskazywać na nic więcej poza atakiem Obcych. Kiedy już zdobędziemy myśliwce i powołamy korpus myśliwski, zaczniemy zadawać prawdziwie głębokie rany.
- W tej chwili lecimy do bazy. Wasze zadanie polega na wymyśleniu - pochyliła się do przodu, opierając łokcie na małym stoliku przez sobą - jak, do cholery, mamy nazbierać te kriffolone X-wingi. Poza myśliwcami typu X, A czy Y mamy zgarnąć kilka kanonierek i innych jednostek jednoznacznie identyfikowanych z Nową Republiką. Proponuję, by powstały trzy niezależne grupy łowców: Vongowie, piraci i imperialni renegaci. Każda z grup dostanie interdictora albo i dwa. Potrzebne nam są niezniszczone maszyny, użyjemy więc głównie dział jonowych. Jak na nich polować, gdzie ich szukać, jak robić zasadzki i jakie - to wasze zadania na, powiedzmy, najbliższe dwanaście godzin. - spojrzała na chronometr - Podzielcie się na zespoły. Równo o szóstej rano czasu pokładowego chcę usłyszeć wasze pomysły. Lecimy na wojnę, mamy więc do dyspozycji zasoby Floty Federacji. Nie ograniczajcie się. Każdy pomysł jest warty rozważenia. To wszystko. Są pytania?

Analityczne umysły oficerów już rozbierały zadania na czynniki pierwsze. Jednak Cesbron siedział z rękoma splecionymi na piersiach i ściągniętymi brwiami.
- Nowa Republika to sojusznik w walce z Vongami. - odezwał się - Wzięli na siebie główne uderzenie i zbierają niezłe cięgi. Nie dyskutuję z rozkazem, ale… to cios w plecy.
Kilku innych zgodziło się z nim, milcząco potakując głowami.
- Nie wnosił pan sprzeciwu gdy kilka lat temu preparowaliście akcję na górniczą stację Bizcore - zauważyła sucho Kass - Wtedy też Republika była sojusznikiem. Coś się zmieniło od tamtej pory?
- Nie, nic. - przyznał kapitan.
Gdy ani on ani nikt inny nie odzywał się dłuższą chwilę, komodor wstała. Czas powiedzieć kilka słów.
- Nie walczymy z naszymi sojusznikami. Nowa Republika to przepoczwarzona Rebelia. Ta Rebelia, która zwaliła z nóg Imperium Galaktyczne. Jeśli pokonają Vongów, jeśli podźwigną się z kolan, nie dadzą galaktyce nic ponadto, co miała dla swoich obywateli Stara Republika. Korupcja, obojętność, chaos, przymykanie oczu na nieprawość, panoszenie się wątpliwych obrońców pokoju zwanych Jedi. Mamy szansę do tego nie dopuścić. Jeśli dobrze wypełnimy obowiązki jest szansa na powrót ładu i harmonii, ale nie takich jakie wprowadzał Imperator Palpatine. Możemy stworzyć coś jeszcze lepszego, ale działając precyzyjnie i bez pośpiechu. Zemścimy się, ale nie wolno wpaść w pułapkę zaślepienia przez gniew. Trzeba działać jasno I rozważnie.
Zamilkła i omiotła zebranych spojrzeniem.
- Jesteście na służbie Imperium. Nasze zadanie to nie jest zdrada. Pakt Pellaeon-Gavrisom nie zostałby podpisany, gdyby nie musiał. Teraz, wreszcie, mamy szansę naprawić to nieporozumienie. Możemy sobie na to pozwolić.
Lekki szmer zabrzmiał w sali odpraw. Po chwili podniósł się pułkownik Tirritz, spojrzał w oczy swojemu chissańskiemu dowódcy i wyrzekł tylko jedno słowo:
- Carida.
Nastała cisza. Kass rozumiała. Lekko skinęła głową. W tej chwili dwie pozornie obce sobie istoty zdały sobie sprawę z łączącej je więzi. Przełamującej wzajemne uprzedzenia, silniejszej nawet niż wola medytującego Sitha. Braterstwo walki. Pośród tej ciszy w innej stronie sali wstał jeden z obecnych dowódców baterii.
- Endor.
Wojownicy jeden po drugim podnosili się ze swoich miejsc.
- Imperial Center. Yavin. Brentaal. Teshik - jedne za drugimi padały nazwy planet i nazwiska wielkich dowódców Imperium. Nie trwało długo, gdy wszyscy zebrani stali na baczność, oddając cześć pamięci poległych w walce z Rebelią. W końcu podniósł się i sam kapitan „Inkwizytora”.
- Bilbringi. - szepnął.

Kass została w sali odpraw i po raz pierwszy od bardzo dawna ręcznie wpisywała najnowsze pomysły i rozkazy w datapad, gdy ktoś przed nią stanął. Podniósłszy wzrok zobaczyła ciekawskiego oficera. Był dosyć młody jak na Człowieka. I wyraźnie zafascynowany odkryciem Sithów.
- Tak? - zapytała.
- Ja bym jednak poprosił tą broszurkę, jeśli można.

[„Elassa Huros II”, niska orbita nad Tammar, godz.18:53 czasu lokalnego]
Wyszli z hiperprzestrzeni w dużej bliskości planety Tammar, zbyt blisko jak na gust Massnego. Z lekką irytacją w głosie zwrócił się do Ann:
- Może pod samymi drzwiami trzeba było wyjść, co?
Twi'lekanka wzruszyła ramionami.
- Podobno się spieszymy, czy nie?
Massny machnął tylko ręką w odpowiedzi, wyszedł ze sterówki. Shira podała Ann dokładne namiary gdzie ma lądować, daleko za zamieszkałymi osadami i poszła do mesy gdzie nad datapadem siedział już Sith.
- Zaraz lądujemy. To pustkowie, nikt nic nie będzie widział... Idziesz ze mną?
- Nie. Jeśli będzie chciała dołączyć, to sobie obejrzy krypę... A właśnie, mam jej płacić czy co? Na jakiej zasadzie ją zaokrętujesz? - spytał Massny.
- Mówiłam, ma jakieś osobiste porachunki z Republiką, nie wiem jakie ale myślę, że z ochotą rozwali paru od siebie.
Sith skinął głową. - Nic tak nie pociąga do działania, jak zemsta.
Kanonierka zakołysała się lekko, zmienił się dźwięk silników i poczuli wstrząs lądowania.
- Idę, zaraz ją przyprowadzę.
- Ja się zastanowię, gdzie najpierw polecimy…
Shira wyszła z mesy, chwilę po niej weszła Ann. Klapnęła na ławę, spojrzała ponad blatem na ekran datapada:
- Mapy... gdzie lecimy dowódco?
- Myślę, do twoich znajomych skoro mówisz, że mają dużo jednostek.
Ann skinęła głową: - Zgadza się, ale zachowaj czujność, to narwane towarzystwo.
- To chyba dobrze. Narwańcy atakują z furią, bez zimnych kalkulacji, a tak właśnie nasze akcje mają wyglądać. Na niezorganizowane rajdy pirackie.
Zapadła cisza. Akolita przeglądał mapy, przyjmował i odrzucał różne opcje, Ann popijała sok. Wreszcie spytała:
- Masz jakieś domysły którędy te ich szlaki przebiegają?
Massny spojrzał na ekran datapada, na którym wyświetlone były starsze, znane trasy:
- Perlemiański, choć oczywisty, odpada. Blisko Calamari, ale aż tacy głupi by nie byli... Mają coś nowego.
- Jak je znajdziemy?
- Przyczajka przy Calamarii, obserwacja przylatujących, z jakiego kierunku przybywają, wyliczyć możliwe trasy, no i ilość frachtowców i ich osłony...
- Czasochłonne zajęcie.
- Tak. Masz rację, ale nie zaatakujemy nad ich bazą przecież... - przerwał, bo weszła Shira. Tuż za nią do mesy wkroczyła średniego wzrostu kobieta.
- Jesteśmy. Pozwól, że przedstawię... z lewej Ann, pilot i nawigator, obok dowódca i prowodyr akcji, Massny - wskazała na gościa. - Colle, najlepsza w obsłudze central ogniowych jaką widziała galaktyka.
Przybyła skinęła bez słowa głową, Sith przyglądał się kobiecie. Na oko trzydzieści lat, długie lekko falowane blond włosy, duże jasnoszare oczy, pełne usta, proporcjonalna figura. Dojrzała, ładna kobieta.
- Shira, wytłumaczyłaś pani Colle nasze zamiary? - spytał.
- Tak, wszystko już wie - potwierdziła.
Massny nie wierzył własnym uszom:
- Wszystko?
- No... tyle, że wynajęli nas Huttowie, którym Republika bruździ w interesach... - Sith skarcił się w myślach, Shira by się nie wygadała.
- Co pani na to? Wchodzi pani na jakiś czas do załogi? - zwrócił się do kobiety.
- Colle, żadna pani... wchodzę - krótka odpowiedź, pewne spojrzenie.
- Dobrze, poczekamy aż przyniesiesz swoje rzeczy i lecimy, czas nas goni.
- Nie potrzebuję niczego, możemy lecieć od razu... Nic mnie tu nie trzyma.
Massny spojrzał z zainteresowaniem. Tak jak stoi, gotowa do działania. Muszę poznać jej historię, pomyślał.
- Shira, oprowadź Colle po łajbie... Ann, skok do twoich przyjaciół na Akrit'tar, szkoda czasu.
Dziewczyny wraz z nową załogantką wyszły z mesy, Sith pochylił się na powrót nad mapami galaktyki.

[Planeta Akrit'kar, godz. 09:12 czasu lokalnego]
Wyszli z hiperprzestrzeni już nie tak blisko jak nad Tammar, dlatego by dać czas przemytnikom na spokojne przyjrzenie się intruzom. Czekali na wywołanie. Planeta ta była dla Massnego obca, nic o niej nie wiedział. Ann wspomniała tylko, że szmuglerzy mają bazę w opuszczonym więzieniu Republiki na Akrit'tar.
- Niezidentyfikowany Krayt nad 59 równoleżnikiem, przedstaw się - zabrzmiało w nadajniku. Ann uniosła brwi patrząc na Sitha, ten skinął głową. Twi'lekanka wzięła mikrofon do ręki:
- Prywatny Krayt w interesach do Scurrona Almahta, na pokładzie cztery osoby. Mówi Ann Glie.
Zapadła cisza, przemytnicy trawili to co usłyszeli.
- Ann, skąd znasz tylu ludzi tej profesji? Nie przestaje mnie to zadziwiać - powiedziała Shira. - Jestem od ciebie starsza i to sporo, a nie znam nawet znikomej części z nich.
- Zanim was spotkałam pracowałam z wieloma - wzruszyła ramionami zapytana. - Oni z kolei współpracowali z innym, i tak poszło...
- Ann Glie, tam jest? - odezwał się głośnik potężnym basem. - Powiedz no skarbie, jeśli to ty, co ci powiedziałem na odchodne?
Massny spojrzał na krzywiącą się właśnie pilotkę. - Że zawsze będę tą drugą - powiedziała do mikrofonu. Odwróciła się do załogi:- Nie pytajcie.
Zeszli w niższe warstwy atmosfery.
- Witamy w domu - zabrzmiał nadajnik. - Za chwilę powinniście zobaczyć nasze myśliwce. Spokojnie, to eskorta. Wskaże wam drogę na lądowisko.
Po chwili na monitorze centrali ogniowej zabłysły trzy czerwone kropki. Aż trzech?, pomyślał Sith.
- Colle, pilnuj ich w razie jakby co - powiedział na głos.
Kobieta przytaknęła. Już dało się słyszeć zbliżające wycie silników jonowych. Znał ten dźwięk, myśliwce TIE.
Jeden z nich przemknął od góry, zwolnił do ich prędkości i znalazł się około sto metrów przed iluminatorem sterówki, dwa pozostałe zajęły zaś pozycje po bokach Krayta.
Massny patrzył na prowadzącego TIE. Dawno nie oglądany widok, oby mieli ich więcej, pomyślał.
Po dziesięciu minutach lotu zeszli niżej, nad kompleks budynków.
- Ale ponure miejsce - powiedziała Shira patrząc na monitor z widokiem z kamery pod brzuchem maszyny.
- To byłe więzienie, czego się spodziewałaś? - rzuciła Ann podchodząc do lądowania.
- Miejsce idealne na bazę wypadową - stwierdził Sith.
Silniki zawyły na odwrotnym ciągu, łapy lądownicze wysunęły się z kluz i Krayt opadł na płytę lądowiska. Ann wyłączyła silniki, eskorta zniknęła za sporym, ośmiopiętrowym budynkiem, naprzeciw którego wylądowali.
Czekali.
- Nikt nas nie wita - rzuciła Shira.
- Czekają aż pył opadnie, nie chcą sobie oczka zaprószyć - powiedziała Colle. Massny obejrzał się z uśmiechem w jej kierunku.
- Małomówna Colle błysnęła dowcipem? - zapytał. Nie doczekał się odpowiedzi, bo Ann wykrzyknęła:
- Idą, Scurron we własnej osobie się pofatygował.
Sith spojrzał, trzech rosłych mężczyzn, ten w środku ubrany był w stary mundur floty imperialnej, ci po bokach w cywilnych ubraniach trzymali blastery. Massny zmrużył oczy.
- Ann, czy nie zapomniałaś przypadkiem wspomnieć, że twój znajomy to oficer Imperium?
- Jaki oficer? - prychnęła. - Był pilotem TIE, jak i połowa jego ludzi.
- Coraz ciekawiej... - mruknął Sith. - Dobra idziemy, ja i Ann.
Shira i Colle potwierdziły. - Oczy dookoła głowy - dodał jeszcze i razem z Twi'lekanką ruszyli
korytarzem do wyjścia.
Klapa trapu opadła, schodzili powoli przyglądając się oczekującym mężczyznom.
- Ann, dziewczyno, miło cię widzieć - powiedział ten w mundurze.
- Ciebie też, mimo wszystko - odpowiedziała. Massny zauważył że zesztywniała, gdy mężczyzna objął ją na powitanie.
- To jest mój szef Massny. Scurron Almaht, przywódca tej hanzy.
Mężczyźni podali sobie dłonie.
- Zapraszam na powitalnego kielicha - przemytnik wskazał na budynek.
Idąc za komitetem powitalnym Sith obrzucił wzrokiem budynek, faktycznie ponury. Z niektórych okien przyglądały się im ciekawskie twarze, dużo twarzy. Massny skupił się, wyostrzył zmysły na wyczuwanie niebezpieczeństwa.
Weszli do dużej sali, która kiedyś musiała być stołówką, stało w niej kilka rzędów długich stołów. Usiedli przy jednym, Scurron naprzeciwko nich. Znikąd nadjechał niski droid, na stelażu wokół korpusu miał całkiem porządny asortyment butelek i szklanek.
- Czego goście sobie życzą? - spytał gospodarz.
- Jeśli jest, to proszę forwijskie piwo - rzekł Massny. Zasmakował w tym napitku, od chwili gdy Kas'sil'arani go nim poczęstowała. Ann kręcąc głową odmówiła poczęstunku.
Scurron podał Sithowi butelkę z piwem, sam wybrał to samo. Typy z blasterami nie pili, stali z tyłu.
- Za pomyślność - uniósł trunek w toaście. Massny oddał toast.
- Tak... - Scurron wtarł dłonią usta po wypiciu słusznego łyka. - Ann ze mną nie będzie gadać, co zrozumiałe, po tym jak ją... odrzuciłem. Twi'lekanka odwróciła wzrok do okna. - Słucham więc ciebie, panie Massny, mowa była o jakiś interesach.
- Zapewne wiesz co się dzieje w galaktyce? Vongi, sojusz Republiki z Imperialnymi resztkami, by tych pokonać lub choćby zatrzymać?
Przemytnik wydął wargi: - Nawet mi nie przypominaj o tym, jak to Imperium chadza za rączkę z Republiką...
Sith skinął głową. Dobrze, jest niezadowolony z tego sojuszu. Kontynuował:
- Senat teraz jest na Calamari, zastanawia się jakby tu powrócić do starych porządków, co nie podoba się pewnym wpływowym i bogatym kręgom, które reprezentuję.
- Zainteresowałeś mnie, mów dalej...
- Otóż ci wpływowi chcą uprzykrzyć Republice życie, sabotując szlaki transportowe idące na Calamari - spojrzał w oczy Scurronowi. - Pełna eliminacja. Wtedy wyjdą ze swoją propozycją pomocy w transportach, nie za darmo.
- Rozumiem co masz na myśli. Nie zapytam o te kręgi, zapytam co ja z tego będę miał, jeśli oczywiście wejdę w to z moimi ludźmi?
- Zanim padną sumy, chciałbym wiedzieć czym byś wspomógł tą prywatną inicjatywę. Ilu ludzi i jaki sprzęt byś był gotów oddać pod moją komendę?
Przemytnik pociągnął z butelki, spojrzał na Sitha:
- Wszyscy moi ludzie wejdą w tą zabawę, żyć jakoś muszą, nie? - mrugnięcie okiem. - A sprzęt... Widziałeś już trzy TIE, dolicz do tego jeszcze piętnaście takich, cztery bombowce, TIE Interdictor - zamyślił się na chwilę. - Mam jeszcze dwadzieścia sześć kanonierek I uzbrojonych frachtowców, ale oddać do dyspozycji mogę dwanaście, powiedzmy. Nie będę wszystkiego narażał…
Massny milczał z kamienną twarzą. Ann miała rację, licząca się siła. Skąd taki typek miał tyle sprzętu?
- Powinno wystarczyć - powiedział Sith.
- Teraz ja zapytam, zanim padną sumy - Scurron odstawił pustą butelkę. - Na które z tych szlaków chcesz uderzyć?
To pytanie zaskoczyło Sitha. Szlaków? Więc jest ich więcej. Zakładał jeden ze względu na kurczące się terytorium pod kontrolą Republiki.
- Twoje milczenie świadczy o jednym, nie wiesz nic o tych szlakach. Ile ich jest i gdzie, prawda?
Massny potwierdził skinieniem głowy. Scurron uśmiechnął się.
- Panie Massny, ja wiem gdzie są te szlaki, wiem gdzie są ich węzły logistyczne, skąd zabierają towary i surowce. Ile taka informacja jest dla ciebie warta? - spytał biorąc drugą butelkę piwa.
- Milion kredytów za twoje wejście do gry - odpowiedział Massny.
- Milion plus udział moich ludzi w przyszłych transportach twoich zleceniodawców. Ale to tylko za udział w akcjach. Za informacje o szlakach i węzłach płacisz extra. Ile, pytam?
Massny myślał. Potrzebował tej informacji, potrzebował jego, jego ludzi i sprzętu. Mógłby rozpocząć działania. Dodatkowym plusem było to, że Scurrona rzuca na myśl o sojuszu Imperium z Republiką.
- Nie będę zgadywał na ile te informacje wyceniasz, strzelaj.
- Nie zgadujesz, ja się nie rozdrabniam. Drugi, okrągły milionik i jesteśmy do twoich usług - powiedział przemytnik patrząc twardo na Sitha. - Usługa wykonana z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem, by nie wróciły czasy Republiki.
- Myślę, że się dogadaliśmy - Massny pochylił się do przemytnika, mrużąc oczy. - Ann ręczy za ciebie, to mi wystarcza, ale jak coś skrewisz, to cię zabiję. Ta akcja to nie jakaś zabawa, rozumiemy się?
- Ja nie znam ciebie, ty nie znasz mnie, ale gdyby nie twój cel, dać kopa w dupę Republice, to już byś stąd odlatywał nie mając niczego. Więc proszę bez teatralnych wypowiedzi, mamy ten sam punkt widzenia na te rzeczy.
- Cieszę się, że wszystko jasne - Massny wstał - Idę ruszyć bankowców, jakiś numer konta?
- Za chwilę ktoś ci przyniesie na statek. Potem zapraszam na prezentację twojej nowej flotylli, byś miał pełny obraz. Zakładam, że operować będziemy stąd? Tu mamy zaplecze i wszystko inne potrzebne do wypadów. Szykować kwatery w budynku, czy zostajecie na statku?
- Kwatery będą w porządku.
Scurron wyciągnął rękę do Sitha: - Cieszę się z naszego spotkania, naprawdę. Pieniądze to sprawa drugorzędna, założenia mi się spodobały.
Massny skinął głową i razem z Ann wyszli z budynku kierując się na „Elassę”.

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Flota

#2

Post autor: Alkern » 24 lut 2016, 23:09

III

[System Quelli, Burzyciel Słońc, godzina 6.00 czasu pokładowego]
Jeśli ktoś nie wiedział, jaka była prawdziwa natura „Burzyciela Słońc”, odbierał go jako zimny, martwy i nieprzyjazny twór. Kilometry durastalowych łączy i pylonów ciągnęły się we wszystkie strony, tworząc gigantyczny szkielet. Potężne magnetyczne pola kierowały rozpaloną do białości plazmę słońca Quelli do wielkich gardzieli kolektorów, w których z kolei odbywał się cud kosmicznej kreacji: wodór w hel, hel w węgiel, węgiel w tlen, krzem w żelazo.
Jeżeli spojrzało się poprzez Moc, widziało się niemal żywą istotę, nieustannie pulsującą energią. Puls fuzji pierwiastków, tętniące serce gwiazdowej kuźni.
To właśnie tu Kass urządziła swoje centrum dowodzenia, w jednej ze sterowni przerobionej na salę konferencyjną. Sala miała okna od podłogi do sufitu, holoprojektor, spory stół z czarnej plastali z naprawdę wygodnymi fotelami, kilka stanowisk do pracy z komputerem oraz autoryzowane łącze do bazy danych Wywiadu. Potężne, przyciemnione maksymalnie iluminatory ukazywały kłębiący się na wprost nich ocean ognia, huraganowe burze widoczne na powierzchni i strzelające na wiele klików w górę płomienie płonącej ogniem fuzji gwiazdy. Poprzez podwójną warstwę połyskliwych tarcz ochronnych można było podziwiać wyciągnięte ku niej duraceramitowe palce iglic pobierających energię, wiecznie głodne zebranej w rozszalałym żywiole materii. Pobliskie pylony dostarczające łup drżały, a ich powłoki, jak zresztą i powietrze we wszystkich pomieszczeniach tej części stacji były cieplejsze o kilkanaście stopni. Jednak nie topiły się ani nie ulegały korozji. Stworzono je bowiem dzięki potężnej, liczącej sobie tysiące lat magii Sithów. Potęga i Moc stwórców „Burzyciela” nigdzie indziej nie była tak namacalna jak tu, w najdalej wysuniętej sali dostosowanej do przebywania istot żywych.

Nie wszyscy z zebranych doceniali walory estetyczne panoramy. Słońce wypełniało sobą cały widok i było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Świadomość, że stacja działała bez problemów już od kilku lat, nie podnosiła na duchu. Wytłumiony pomruk klimatyzacji i nieustanne buczenie pobliskiej turbiny sprawiało, że zebrani czuli się bardziej gośćmi w maszynowni niż na spotkaniu w tajnej bazie Sithów. Kass uznała jednak, że zmiana otoczenia dobrze im zrobi.
Poza przedstawicielami załogi „Inkwizytora” na spotkanie zostali zaproszeni kapitanowie sześciu Interdictorów stacjonujących w najmniej newralgicznych systemach oraz inżynierowie z samej stoczni.
- Dowódcy naszych hiperwyciągarek zapoznali się z najnowszymi rozkazami, więc są na bieżąco. Tak jak mówiłam wcześniej, na każdą grupę operacyjną przypadają dwa krążowniki przechwytujące. Bardzo was proszę, postarajcie się, żeby nie zostały zniszczone. Do osłony dostaną kilka kanonierek - tu zwróciła się do kapitanów - proszę podać dokładnie jaka ilość I czego będzie satysfakcjonująca.
- Tak jest.
- Grupy bojowe będą trzy: piraci, Imperialni i Vongowie. Może zaczniemy od tych ostatnich. Jak zamienić nasze maszyny w pojazdy Vongów, panowie technicy, macie pole do popisu.

Z isalamirem na plecach świat był szary i płaski, ale Kass potrzebowała tej odmiany. Po kilkunastu godzinach odpoczynku i wyciszenia zmysłów czuła się jak po orzeźwiającej kąpieli w chłodnej, górskiej wodzie. Wystukała kod połączenia z centralą Wywiadu na Koros Minor, bezpośrednio do szefa tej szacownej instytucji, Wojownika Sithów Arvisha Wolfie.
- Witaj, Bracie. - zaczęła - Jest sprawa.
Młody mężczyzna uśmiechnął się kwaśno, co nadało jego pokiereszowanej twarzy upiorny wygląd.
- No co ty nie powiesz? Właśnie mam wytrzasnąć z powietrza tuzin republikańskich transporterów piechoty, nie wiadomo ilu agentów i kilka terabajtów danych. Przebijesz to?
Chissanka uśmiechnęła się radośnie: - Bez problemu, szefie.
Sith westchnął ciężko. W końcu sam tego chciał.
- Co dla ciebie, Siostro?
- Dowiedz się, gdzie są jednostki floty Nowej Republiki…
- Sojuszu Galaktycznego - przerwał jej.
- Sojuszu Galaktycznego - powtórzyła - odcięte od głównych sił, enklawy z własnymi myśliwcami, na wpół zapomniane kolonie, którymi szlakami skacze ich flota. Czy dalej działają mniejszymi grupami?
Arvish skinął głową.
- Bawią się w rebelię, wygląda na to, że zbierają gdzieś główne siły by zdecydowanie uderzyć, a na pewno by zapewnić sobie solidną… no, w miarę solidną obronę.
- Kalamar?
- Kalamar.
- Zatem ten rejon będziemy omijać. Poza tym dowiedz się, kto wyprzedaje X i A-wingi, łamacze blokad i inne maszyny łączone z Sojuszem. Kup je przez pośredników, tylko mają być sprawne.
- Zrobi się.
- Dziękuję. Przesyłaj mi na bieżąco co uzbierasz.
- Gdzie jesteś?
- W systemie Quelli. I przez tydzień czy dwa się stąd nie ruszę.
Sith parsknął: - Takiej to dobrze. Coś jeszcze?
- Pewnie Marszałek zwróci się do ciebie w sprawie fazy drugiej. Ja potrzebuję tylko ich szlaków.
- Dobra. Miłej zabawy.
- Wzajemnie.
'Arani uśmiechała się, odkładając stelaż z isalamirem w ręce adiutantki. Arvish od początku palił się do oczyszczania galaktyki z zarazy Jedi. A gdy wreszcie Sithowie dostali na to zgodę, biedak musi siedzieć za biurkiem i łapać wszystkie sznurki Wywiadu.

Przeszła do przylegającego do sterowni mniejszego pokoju, w którym było o wiele cieplej, a na środku przytwierdzony był wygodny formfotel z panelem sterowania na poręczach. Zdjęła bluzę munduru i ułożyła się wygodnie, kładąc ręce na czujnikach i kontrolkach. Teoretycznie nie było to już potrzebne, ale wolała dosłownie trzymać rękę na pulsie.
Powoli weszła w stan głębokiej medytacji i system za systemem łączyła się poprzez Moc ze stacją. Po kilku godzinach jej oczami były kamery pokładowe, a ustami głośniki, komunikatory I ekrany datapadów. Wydawała polecenia całemu „Burzycielowi” w dowolnych miejscach jednocześnie poprzez neuronową sieć łączy komputerowych. Miała natychmiastowy dostęp do każdego doku, każdej turbiny i każdego mechanizmu. Ta potęga upajała.
Skupiła się na centralnym module projektowym i komunikując się z nim w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić, zaczęła materializować teorie pokładowych inżynierów. Otóż należało zbudować mineralny szkielet na kadłubie Z-95 Headhunter, który z kształtu może przypominać skoczka koralowego i ramę tą obudować tworzywem organicznym. Do poboru odpowiednich materiałów przeznaczyła jedną z iglic, a cała pobliska sekcja zamieniła się w stocznie floty Vongów. Kilka odpowiednich myśliwców znalazła w hangarach Bractwa, kilka innych się przerobi. Do tego dorzuci dwie korwety koreliańskie typu CR90, które docelowo mają wyglądać jak yuuzhańskie krążowniki Miid Ro'ik. Za niedługo jednostki te zadokują, a w tym czasie ona-Burzyciel stworzy z roztopionej gwiazdy ich nowe kokony.

Na datapady podległych jej ludzi popłynęły rozkazy sprowadzenia do bazy systemów zakłócających łączność, dział jonowych, kupna, kradzieży tudzież wygrania w sabaka statków mogących udawać flotę piratów. Później osmali się kadłuby kilkoma seriami działek laserowych, namaluje oznaczenia jakiejś pobliskiej grupy, dospawa się trochę złomu i banda piratów jak znalazł. Dowodzenie tą formacją wziął na siebie dowódca pilotów „Inkwizytora” Jax Maalik.
Dopóki jednak nie mają na czym latać on i inni piloci, a także kilkudziesięciu z innych eskadr, będą się szkolić na symulatorach. Odpowiedni sprzęt również lada dzień powinien pojawić się na „Burzycielu”. Wgranie właściwego oprogramowania zajmie kilka sekund.
Drugi zespół, Vongów, komodor poprowadzi osobiście. Trzecim, resztkami Imperium, będzie dowodzić kapitan Cesbron z pokładu „Inkwizytora”, przemianowanego na „Wściekłego”. Każda jednostka dostanie dwa Interdictory z obstawą, oddział szturmowców, pilotów i mechaników. Potem Arvish prześle namiary korytarzy hiperprzestrzennych wykorzystywanych przez flotę Sojuszu.
A potem wyruszą na łowy.

[Planeta Akrit'kar, baza Scurrona Almahta, godz.14:12 czasu lokalnego]
Massny stał na płycie parku maszynowego, omiatał wzrokiem stojące jednostki. Obok niego Scurron wskazywał właśnie na stojącą najbliżej Pinasę, małą ale silnie uzbrojoną kanonierkę.
- Takich mam cztery, mogą wesprzeć myśliwce w eliminacji osłony transportów, ale sądzę, że TIE wystarczą. Republika lata ostatnio w niewielkich konwojach. Trzy, cztery frachtowce, parę myśliwców, jeszcze nie widziałem większego transportu.
- Sojusz nie ma tylu jednostek, aby szaleć - pokiwał głową. - To nam na rękę, nie napracujesz się za bardzo.
- Jak sam mówiłeś, to nie zabawa, a walka jest walką.
- Tak, walka jest walką... - Sith ruszył powoli w głąb szpaleru jednostek, kierował się na stojące na podnośnikach TIE.
- Czy jest wielką tajemnicą, jak spytam, skąd masz tyle myśliwców Imperialnych? - spytał.
- Czy Ann nie wspomniała, kim byłem przedtem? - Scurron odpowiedział pytaniem.
- Coś wspomniała, ale nie rozwodziła się za specjalnie.
- Skoro tak, to ja też, pozwolisz, nie będę rozwijał tematu - przemytnik spojrzał na Sitha. - Ja nie wnikam w twoje sprawy. Wynająłeś mnie do określonego zadania i zadanie będzie wykonane. Przyjaciółmi nie musimy być i nie będziemy się sobie zwierzać.
Massny przytaknął, patrzył na szereg TIE, podniósł datapada z mapą szlaków Sojuszu, które przekazał mu Scurron.
- Dysponujemy w tej chwili sporą siłą, to fakt, ale i tak za małą, by zaatakować równocześnie parę z tych szlaków. Ich węzła nie liczę, atakiem na niego sam pokieruję. Ty możesz z tym co masz, zniszczyć dwa szlaki naraz, nie więcej.
Odwrócił się do Scurrona:
- Jesteś przeciwny paktowi Pellaeona, czy znasz podobną brygadę do twojej? Tych poimperialnych niezadowolonych?
Scurron bez słowa patrzył na stojącego Sitha, zastanawiał się. Massny już umiał ukryć swoje myśli, ale nie potrafił czytać cudzych. Czasami bardzo tego żałował.
- Chodzi o to bym kogoś jeszcze skaptował do ataków? - spytał po chwili przemytnik. Massny przytaknął.
- I mam się dzielić z nimi swoją kasą? Ten numer nie przejdzie.
Akolita uśmiechnął się, w myślach. Więc są i zna innych jemu podobnych, dobrze, głośno zaś powiedział:
- Twoje pieniądze, są bezpieczne. Mam elastyczny fundusz, starczy dla innych chętnych, więc?
- Niczego nie obiecuję, spytam. Jeszcze dziś dostaniesz odpowiedź.
- Dobrze. Jutro rzucę okiem na ten węzeł logistyczny. Zastanawia mnie dlaczego te magazyny nie mają tak silnej obrony, jak mówiłeś. Będę na swojej krypie jakbyś miał wiadomości od innych grup.
Scorron skinął głową.
- Będziesz wiedział od razu - odwrócił się i poszedł do swojego centrum łączności.
Massny popatrzył jeszcze chwilę na stojące TIE i skierował się do „Elassy”.
Gdy wszedł do mesy, zastał tam Colle siedzącą przy stole, piła coś z dużego kubka. Nie chciała kwatery, wolała zostać na statku. Massny podszedł i usiadł naprzeciw niej.
- Co pijesz? - zagadnął.
- Jakieś coś, co udaje czekoladę. Musicie zamienić automat kuchenny na nowszy... Jak sprawy?
- Zmierzają w dobrym kierunku.
Przytaknęła, lekko się uśmiechnęła do swoich myśli.
- Opowiedz mi swoją historię. Dlaczego tak nie cierpisz Republiki? - spytał.
Pokręciła głową: - Nie. Zachowam ją tylko dla siebie. - spojrzała na niego. - A ty? Czy tylko chęć zarobku tobą kieruje? Nie każdy przemytnik, czy nawet grupa przestępcza stojąca za nim, nie porwała by się zaatakować Republikę.
- Zapytam, czy podobał ci się porządek wprowadzony przez Republikę?
Zacisnęła usta, milczała.
- Jak widzę nie, mi także. Chcę to zmienić... i ludzie stojący za mną.
- Huttowie? - uniosła brwi w zdziwieniu. - Nigdy nie mieli ciągot do polityki czy zmian systemu, liczył się tylko zarobek.
Sith patrzył w jej szare oczy i się zastanawiał. Czyżby za tą ładną twarzą ukrywała bystry umysł? Przerwał milczenie:
- Gdy zakończymy to, co mamy do zrobienia, zostaniesz w załodze, czy wracasz?
- To do czego bym chciała wrócić, już dawno nie żyje... wolałabym zostać z wami, jeśli byś był zadowolony ze mnie.
- Wkrótce się przekonamy. Jutro polecimy obejrzeć sobie jedno miejsce. Jednostka w porządku?
- Nie licząc automatu do napojów, wszystko gra - uśmiechnęła się.
- Spytam Scurrona jak przyjdzie, może ma nowy - odpowiedział ze śmiechem. Cenił sobie poczucie humoru, a Colle coraz bardziej się otwierała na nich. - Mimo wszystko, pogrzebię w maszynowni, na łajbie zawsze jest coś do zrobienia.

Przy drobnych pracach Massnemu zeszło ponad godzinę, gdy do maszynowni zajrzała Colle:
- Przyszedł Scurron, chce z tobą gadać, jest w mesie.
- Idę - rzekł w odpowiedzi. Wytarł ręce w szmatę i skierował się do wrót grodzi.
Wszedł do mesy, przemytnik siedział przy stole i bezczelnie przyglądał się Colle stojącej przy wejściu.
- Coś masz parcie na moje dziewczyny, widzę - rzucił siadając naprzeciw.
- Masz gust, trzeba przyznać... wszystko co najlepsze w galaktyce masz na jednym pokładzie - wyszczerzył się przemytnik.
- Nie rozmawiamy o przedmiotach to raz, dwa w ogóle na ten temat nie rozmawiamy. Przejdź lepiej do rzeczy.
- Dobrze, już dobrze. Tak jak się zgadaliśmy, popytałem tu i tam. Dwa odłamy, które dość obcesowo odmówiły jakiejkolwiek współpracy z Pellaeonem są zainteresowane udziałem w walce z Republiką. W imię starych czasów, jeśli dobrze zrozumiałem. Nie chcą kasy, tylko logistyki i zaplecza.
- To im możemy zapewnić. Kim są? To jakieś pionki? - spytał Massny.
- Nie, to nie pionki. Jeden służył na drugiej Gwieździe Śmierci jako pułkownik, drugi był dowódcą eskadry myśliwskiej. Mają trochę sprzętu, ale nie wiem jakiego.
- Nie przyszło ci do głowy zapytać? - Sith spojrzał na Scurrona ze zdziwieniem.
- A po co? Sami ci powiedzą, przylatują pojutrze na rozmowy, obaj. Będą po południu.
- Pojutrze... dobrze. Jutro robię rekonesans nad magazynami w tym pasie asteroid, o którym mówiłeś.
Scurron wstał:
- Dobra, sprawa dograna. Idę. Trzeba pogonić ludzi, bo czuję, że szybko ruszymy do akcji po tej wizycie.
Gdy przemytnik wyszedł, Colle podeszła do stołu, usiadła i spojrzała na Masnego:
- Rozkręca się na całego. Całe szczęście, że Shira sobie o mnie przypomniała i dzięki, że mnie przyjąłeś do ekipy.
- Jeszcze może się zdarzyć, że przeklniesz ten dzień - spojrzał jej w oczy.
- Nie sądzę, widzę jak traktujesz dziewczyny. Chciałabym być tak traktowana, z szacunkiem...
- Jesteś tak traktowana, Colle. I nie istotne, czy jesteś na chwilę, czy zostaniesz z nami.
Zawahała się i niepewnie powiedziała:
- Słuchaj... widzę i słyszę o czym tu się mówi. Wiem, że za tym nie stoją Huttowie, ich by to nie interesowało... przerwała widząc twardniejący wzrok Sitha, ale kontynuowała:
- … i nie pytam kto. Może mi powiesz, może nie, ale dla mnie najważniejsze jest, by się odpłacić Republice za moją krzywdę, moją i mojej rodziny. Dzięki wam, mogę tego dokonać…
Massny milczał, wpatrywał się w jej oczy coraz bardziej zaintrygowany przeszłością Colle, skinął głową:
- Czas pokaże co będzie, Shira cię wybrała, a to wiele znaczy.
- Dzięki. Idę skonfigurować konsolę ogniową pod siebie. Jutro wylatujemy.
Sith przytaknął.
Kiedy wyszła zastanowił się czy zdać meldunek marszałkowi Lupusowi już teraz, czy po rozmowach z imperialnymi. Postanowił, że złoży meldunek po spotkaniu, gdy już wszystko będzie wiedział. Na chwilę obecną raport byłby niepełny.

[System Quelli, Burzyciel Słońc]
Kolejne dni zmieniły zimne i stosunkowo ciche pokłady stoczniowe w pełne gwaru i życia koszary. Oddziały szturmowców ćwiczyły abordaż i walki na pokładzie okrętów, a Kass miała dziki ubaw w nagłym zmienianiu im warunków: a to padła sztuczna grawitacja, a to nastąpiło rozszczelnienie kadłuba, a to awaria systemu łączności. Kiedy przez jeden dzień dała im popracować w spokoju, zrobili się tak ostrożni i powolni, że “zaatakowana” przez nich załoga odparła ich I “wystrzelała” co do jednego.
Należało również przyzwyczaić pilotów do nowych maszyn: latanie myśliwcem TIE było równie odległe od prowadzenia X-Wingów i Y-wingów co coruscański balet od egzotycznych tańców shaar-rath z Dathomiry. Piloci musieli ćwiczyć i trenować, by osiągnąć maksimum skuteczności.
Jedynym znanym Kas’sili pilotem Y-winga był Akolita Mercer, który niedawno dołączył do Bractwa. Dobrze rokujący Sith, lecz stereotypowy przykład Korelianina. Ściągnięty na kilka dni jako instruktor miał przeszkolić pilotów w prowadzeniu starych, republikańskich maszyn. Moc jedna raczy wiedzieć, jakie statki uda się im ukraść, dlatego Chissanka nakazała, by jej ludzie potrafili odlecieć, a nawet walczyć, we wszystkim, co mogli tam spotkać.
Mercer popatrzył na stojących w szeregu pilotów. Doświadczenie niby mieli, lecz nie z tego rodzaju maszynami. TIE może i nie miały dla nich tajemnic, ale Y-Wing to zupełnie inny pojazd. Przede wszystkim TIE to myśliwiec, a Y-Wing - ciężka maszyna szturmowa.
- Jakie macie doświadczenie z lataniem na tych maszynach?
- Żadne! - padła konkretna odpowiedź. Przeszedł jeszcze raz przed szeregiem.
- Do symulatorów. Chcę zobaczyć jak latacie. - rzucił, a oni pobiegli natychmiast sadowiąc się w udających myśliwce kabinach.
Na ekranie obserwował widoki z ich symulatorów. Wrzucił w wirtualną przestrzeń eskadrę myśliwców typu TIE. Dla utrudnienia, były to Interceptory. Ustawił je na pozycjach, po czym sam poszedł do jedynej wolnej kabiny.
Momentalnie znalazł się w centrum bitwy. Do tej chwili został zniszczony jeden TIE i dwa Y-Wingi. Wiedział jak toporna jest to maszyna, ale wykorzystywał to na swoja korzyść. Nie starał się wykonywać gwałtownych zwrotów, a skupiał się na wytrzymałości i osłonach, oraz nieocenionym zestawie działek jonowych nad kabiną, które umiejętnie prowadzone potrafiły zrobić sporą krzywdę. Sterowanie na raz myśliwcem i działkami było trudne, ale nie niewykonalne.
Bitwa zakończyła się porażką szkolonych, został jeden Y-Wing, Mercera oraz cztery TIE. Nie dał odpocząć pilotom, tylko od razu ustawił kolejną symulację, jednak tym razem był sam. Przez komunikator kazał im obserwować oraz analizować na bieżąco. Po skończonym pokazie zebrał znowu pilotów w szereg.
- Przede wszystkim. Koensayr BTL-S3, zwany również “procą” albo popularnie Y-Wingiem to myśliwiec szturmowy i tego należy się trzymać. Jest mało zwrotny, więc nie dacie rady wymanewrować nic poniżej kanonierki a i to nie każdej. Pamiętajcie, że jest to też duża maszyna, więc łatwiej was zobaczyć i trafić. Dobra, koniec czarnowidztwa. Kto zauważył dobre strony?
- Jest wytrzymały, sir! - rzucił jeden z pilotów.
- Owszem. Jak przystało na maszynę szturmową, ma miejsce na mocne osłony i dobry pancerz. Dodatkowym atutem są działka nad kabiną. Sami widzieliście. Jeżeli będziecie lecieć w odpowiednim szyku, to dacie radę osłaniać się nawzajem, nawet przed atakiem z tyłu albo z góry. A i pamiętajcie o jednym. Nie wolno nie doceniać jego siły ognia. Dwie wyrzutnie torped protonowych i osiem pocisków to siła, z którą trzeba się liczyć. Ta kruszyna potrafi zrobić krzywdę. No, do symulatorów! - ruszyli.
Tego dnia nie było już przerw w szkoleniu.

- Za pierwszym razem kogoś musimy wypuścić. - w sali konferencynej Maalik obstawał przy swoim - Jednego, żeby powiedział, gdzie natknął się na którąś z naszych grup.
- Wystarczy, że przekaże meldunek. - Cesbron był sceptyczny wobec tego pomysłu - Może się zdarzyć, że przy ucieczce on albo jego sensory wykryją coś, co nie będzie pasowało do reszty.
- Zgadzam się z kapitanem - metaliczny, kobiecy głos zabrzmiał z konsoli u szczytu stołu - Rozkazy są jasne: nikt nie może wyjść z tego żywy. Rebelianci nie zostawiają na swoim terenie białych plam. Przylecą sprawdzić, co się stało. Ich również przechwycimy, a potem zwiniemy się stamtąd. Pamiętajcie, by nie operować więcej niż dwa razy w jednym miejscu. Czy myślał pan już o swojej bazie, pułkowniku?
Jax rozejrzał się nieco zdezorientowany: nie mógł się przyzwyczaić do jedynie wirtualnej obecności komodor.
- E, tak, jedna z asteroid wokół planety Merson na Wewnętrznych Rubieżach w systemie Stenness będzie idealna.
- Świetnie. Kiedy zaczniecie budowę?
W odpowiedzi pilot zaciął tylko usta i wstukał coś w datapad.

[MSiSD “Krytos”, 11:32 czasu pokładowego]
- Ostatni transport, sir.
- Doskonale. Doskonale się spisaliście: wysyłać i jesteście wolni - rzucił Lupus, nadzorując załadunek.
Wielki pokład startowy niszczyciela przeszedł ostatnio duży remont. “Krytos” jako okręt dowodzenia, pełnił również rolę lotniskowca i jego możliwości przenoszenia mniejszych pojazdów były jeszcze większe niż na typowym niszczycielu klasy Sinister. Marszałek ostatni raz rzucił okiem na kontenery ładowane na pokład “Yavinoretty”, bardzo starego frachtowca typu YT-1000, po czym odprowadził wzrokiem startujący statek. Dyskoidalny pojazd klasy starszej nawet niż YT-1300, którym był chociażby słynny “Sokół Millenium”, rzężąc podwójnymi silnikami opuścił wielkie wrota hangaru i pomknął ku gwiazdom, by po chwili zniknąć w nadprzestrzeni.
Amena. Uk’sori. Aviq Sqi. Buhhesza. Kaladami. Pięć kolonii, które miały wkrótce upaść.
Lupus stwierdził, że należy zacząć powoli. Jego podwładni zajęli się dywersją, Kas’sil’arani pracowała nad zdobyciem maszyn Republiki. Mistrz Sithów z kolei jeszcze wcześniej położył fundamenty pod plan destabilizacji Galaktycznego Sojuszu
Ostatni miesiąc spędził głównie w laboratorium na Syyli, w głębokiej medytacji przestawiając Mocą geny najróżniejszych zjadliwych bakterii i wirusów galaktyki. Uzyskał pięć nowych organizmów rozsiewających wyjątkowo paskudne choroby.
Amena. Uk’sori. Aviq Sqi. Buhhesza. Kaladami. Pięć zaraz, które miały zniszczyć Republikę.
Amena była rekombinacją rodiańskiej gorączki krwotocznej ze znaną od tysiącleci coruscańską hrellą, tworząc gorączkę krwotoczną zarażającą jakieś osiemdziesiąt procent rozumnych ras. Pierwsze badania na więźniach z kolonii karnej ujawniły fascynujące wybroczyny pod skórą I dziewięćdziesięcioprocentową śmiertelność.
Uk’sori powodowała hiperkalcynację kości i egzoszkieletów. Istoty zakażały się przyjmując mikroba z wodą, po czym w dość bolesny sposób traciły możliwości ruchu, kiedy ich kości przerastały przez inne tkanki i blokowały stawy.
Aviq Sqi z kolei działała w drugą stronę - rozrost osteoklastów powodował rozpuszczanie się kości ofiar. W ciągu kilku dni testowane istoty umierały od skomplikowanych powikłań, kiedy ich szkielety nie były w stanie utrzymać ich wagi.
Buhhesza była całkowicie szaloną metaboliczną karuzelą neuroprzekaźników: w łagodnej postaci powodowała ataki epilepsji, w ciężkiej zaś ogarniała ludzi morderczym, ślepym szałem niszczenia, zarówno siebie jak i napotkanych istot. Nie trzeba dodawać, że postać łagodna rozwijała się w poważną w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin.
Kaladami, ostatnia plaga stworzona przez Sitha, doskonale naśladowała proces vongizacji. Skóra ofiar odpadała, ujawniając rosnące pod nią kostne płyty, rozkładały się także chrząstki nosa I uszu. Rezultaty były wizualnie przerażające.
Wszystkie wirusy i bakterie zostały bezpiecznie opakowane w kanistry chronione najlepszym pancerzem, na jaki było stać Sithów - alchemiczne doonium wytrzymywało cięcia mieczem świetlnym i strzały z działek laserowych - i precyzyjnie rozesłane do granicznych światów Republiki. Dzięki współpracy z Arvishem i jego Wywiadem ładunek wkrótce miał trafić do punktów uzdatniania wody, portów kosmicznych, szpitali i centrów medycznych, zakładów przetwórstwa żywności - wszystko przez wyjątkowo pokrętną sieć podstawionych kontrahentów i firm-córek, uniemożliwiając prześledzenie nadawcy. W celu sfinansowania tej intrygi Lupus wydawał garściami pieniądze Bractwa, ale właśnie na taką okazję były one oszczędzane.
Już za kilka dni ładunek trafi w odpowiednie miejsca, czekając na sygnał.
Lupus nie bez przyczyny zaprojektował swoje plagi na wzór broni biologicznej Vongów. W sumie nie musiał się nawet bardzo starać: poziom paranoi i paniki w Galaktyce był na tyle wysoki, że poważniejsze przeziębienia siały terror. Gdy nadejdzie właściwy moment, obwodami łączności podprzestrzennej posłany zostanie kod otwierający zamki ładunków, infekując w ciągu kilku dni większość mieszkańców zaatakowanych planet i utwierdzając ich w przekonaniu, że najeżdźcy spoza Galaktyki postanowili zaatakować ich podstępem.
Oczywiście, że obywatele zechcą uciekać. Oczywiście, że będą błagać o pomoc. Ale loty rekonesansowe Floty już zlokalizowały większość przekaźników nadprzestrzennych, przez które mogłyby popłynąć meldunki o katastrofie na zaatakowanych planetach. Slicerzy w współpracy z mistrzem mechu-deru, Lordem Hagorathem, już pracowali nad złamaniem właściwych kodów.
To będzie też doskonała okazja do przetestowania zdobycznych maszyn Sojuszu: przechwycenie i zestrzelenie wszystkich, którzy zechcą uciekać z zarażonych planet. Oczywiście pod barwami Nowej Republiki. Morale ludzi spada dość gwałtownie, kiedy zdają sobie sprawę, że ich eksterminacja została wpisana w rubrykę “wybrać mniejsze zło”. Lepiej zatrzymać umieranie obywateli na poziomie kilkuset milionów niż kilkudziesięciu miliardów, kiedy choroby rozprzestrzenią się dalej.
Nie wszystkie kanały komunikacji zostaną zamknięte: będzie ich dostatecznie dużo, by do galaktycznych mediów popłynęły cywilne holowidy z X-wingami bombardującymi promy uciekających cywilów.
Cała ta misternie zaplanowana farsa powoli, nieubłaganie zbliżała się do wielkiego finału - dnia, w którym Republikę ogarną płomienie.
Lupus nie mógł się doczekać.


IV

[Burzyciel Słońc, drugi tydzień operacji “Przechwycenie”]
Tryby Przeznaczenia zgrzytnęły i niejedna ścieżka życia zmieniła swój bieg. Fale najbliższej przyszłości ustaliły się, a strumienie Mocy popłynęły nowym korytem.
Piracka flota Jaxa Maalika brała na pokłady oddziały szturmowe, „Inkwizytor” opuszczał swój dok, a sześć fałszywych skoczków koralowych i dwa krążowniki Miid Ro'ik ruszały w swój dziewiczy rejs wokół stoczni.
Na koniec pozostało tylko przestrojenie na powrót sektorów “Burzyciela”, wprowadzenie informacji z Wywiadu, podzielenie między trzy grupy tras hiperprzestrzennych, wybranie najdogodniejszych miejsc do zastawienia pułapki, przeanalizowanie parametrów zmodyfikowanych jednostek i lekki dotyk Mocy otworzył połączenie z okrętem flagowym Floty Sithów.
- Mistrzu - zabrzmiał głos Kas'sil'arani gdy Lupus odebrał - Przygotowania zakończone. Możemy ruszać.
Marszałek skinął lekko głową. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, kiedy przejrzał strumień danych odebrany razem z transmisją.
- Doskonale. Owocnych łowów, Kas'sil'arani.
- Nie będziesz zawiedziony, Mistrzu.
- Niech Moc służy twojej woli - rzekł Lupus i rozłączył się.

[Sektor Thanium, Układ Felucja, „Elassa Huros II”, godz.08:13 czasu pokładowego]
Wyszli z hiperprzestrzeni daleko od asteroidy, na której miały być magazyny Sojuszu Galaktycznego. Lecieli bez pośpiechu bocznym kursem, nie kierując się na nią bezpośrednio, lecz mimo tego się zbliżając. Massny nie chciał zwracać na siebie zbytniej uwagi.
Pas asteroid o współrzędnych R-6, zdawał się dobrym miejscem na przerzut surowców I materiałów. Na Mon Calamari nie było daleko.
Wszyscy na pokładzie byli poważni, nie było zwyczajowych żartów. To już nie było latanie tam i nazad w poszukiwaniu ludzi, którzy by byli chętni i zdolni do ataku, to już była akcja zwiadowcza. Rekonesans, bo Scurron stanowczo zapewniał, że obrona tego węzła logistycznego jest znikoma, w co Sith do końca nie wierzył. On by tak ważnego punktu strategicznego nie zostawił samemu sobie. Albo Republika celowo nie chce się afiszować z jakąś szczególnie silną defensywą, albo jest tak w istocie, baza była słabo chroniona. Był tylko jeden sposób by to sprawdzić i właśnie to robili.
Wszystkie aktywne skanery działały, co było zrozumiałe w przelocie przez pas asteroid, i co ważniejsze: nikogo to nie zdziwi, gdy „przyjrzą” się magazynom.
Ann była skupiona na pilotowaniu, Shira na monitorach i odczytach skanów i Colle przy centrali artyleryjskiej, wszyscy mieli zajęcie, tylko on stał i gapił się na widok w iluminatorze.
- Coś się zbliża do nas, od sterburty - powiedziała bez emocji Shira, pełny profesjonalizm.
- Colle? - rzucił Massny w stronę stanowiska ogniowego.
- Widzę. Dwa obiekty, namierzam i pilnuję - krótka odpowiedź Stonn.
- Ann, kurs i prędkość taka sama jak do tej pory. Niech podlecą i nas obejrzą - pochylił się do monitorów Shiry. - Co do nas leci?
- Już za chwilkę... są, dwa Y-wingi. Starszego typu - odpowiedziała Zabrakanka.
- Phi... - padło prychnięcie z tyłu sterówki. - Dajcie mi 3 sekundy czystego kąta i po nich.
- Wiem, że cię świerzbi, ale spokojnie - powiedział do Colle przez ramię. - Jeszcze postrzelasz, ale nie dzisiaj.
- Do Krayta w pasie asteroid R-6, tu para Y-wingów z Republiki. Jesteśmy z waszej prawej... - nadajnik zamilkł na chwilę.
- Co on myśli? - Shira uniosła brwi w zdziwieniu. - Że o nich nie wiemy?
Massny już miał mikrofon w ręku:
- Daj ich częstotliwość - zwrócił się do Shiry, gdy go przełączyła wdusił przycisk nadawania:
- Widzimy was. Co jest chłopaki? - rzucił lekko.
- To jest zastrzeżona strefa, natychmiast zawróć. - padło w głośniku.
- Chwileczkę panowie... - przerwał na moment, popatrzył na przelatujący przed dziobem obcy myśliwiec. Na burcie miał znienawidzony symbol Republiki. Colle zgrzytnęła słyszalnie zębami.
- Mój komputer nawigacyjny nic takiego nie podaje - kontynuował po chwili. - Nic zastrzeżonego, jedynie zalecana jest ostrożność w przelotach.
- Powtarzam, to jest strefa zastrzeżona, zawróć, inaczej otworzymy ogień.
- Shira, dalekie skany, zbieraj ile wlezie. Szybko reagują, ale tylko parą myśliwców - włączył nadawanie, - Dajcie nam parę minut. Nie było by nas tu gdyby nie mały wyciek, kończymy usuwanie usterki i znikamy.
- Skąd i dokąd lecicie? - Głośnik wypluł pytanie pilota myśliwca.
- A co go to kurwa obchodzi? - nie wytrzymała Colle.
- Kierunek Makem Te, lecimy z Indu San. Interesy - odpowiedział Massny. Nie chciał, by piloci Republiki się zniecierpliwili. No i potrzebowali jak najwięcej czasu na skanowanie.
- Przemytnicze szumowiny... - pełen pogardy głos z nadajnika. - Masz pięć minut.
Drugi z myśliwców przeleciał przed dziobem. Sith miał ochotę splunąć, ale nie będzie sobie pluł na pokład przecież.
- Gdy na to patrzę, to w pełni cię rozumiem, Colle - popatrzył na nią. - Sam bym go chętnie zdmuchnął…
Ta się uśmiechnęła, pogłaskała drążek kierowania ogniem wieży na grzbiecie „Elassy”, w tym ruchu było dużo lubieżności. Massny się uśmiechnął na ten widok, pokręcił głową. Odwrócił się do Shiry:
- I jak, masz coś?
- Dane lecą... faktycznie pustawo jeśli chodzi o bojowe jednostki, nie licząc tych pajaców tutaj, cztery Y-wingi w hangarach. Cztery duże hangary na wpół ukryte w skale. Osiem frachtowców w dokach, spory ruch, ładują się. Jeden frachtowiec właśnie wchodzi. Sporo istot żywych, naprawdę sporo.
- Zbieramy się - uruchomił nadawanie. - Eee... chłopaki, właśnie skończyliśmy i odlatujemy. Robimy manewr, odsuńcie się trochę i bez nerwów…
Myśliwce odleciały natychmiast, ale niezbyt daleko. Shira prychnęła.
- Ann, masz skok w nawigacyjnym? - spytał, kiwnięcie potwierdzające. - No to spadamy, mamy wszystko.
„Elassa Huros II” zamigotała i zniknęła w hiperprzestrzeni.

[Planeta Akrit'kar, baza wypadowa, godz.08:45 czasu lokalnego]
Nazajutrz po zwiadzie na R-6, Massny siedział w stołówce, obok chodził tam i z powrotem Scurron, rozpierała go duma, że sprawdziło się to, co mówił o słabej obronie magazynów Sojuszu. Czekali na dwóch dowódców postimperialnych gotowych do wzięcia udziału w atakach. Już się zgłosili i lada moment mieli lądować.
- Swoją drogą, to ciekawe skąd ich znasz? - spytał Massny. - Przemytem to oni raczej się na trudnią.
- Tu byś się zdziwił - Scurron przystanął na chwilę. - Czasy mamy takie, że ja i tacy jak oni
współpracują ze sobą…
To stołówki wpadł jeden z ludzi przemytnika:
- Szefie, właśnie lądują! - faktycznie, słychać już było dźwięk silników. - Dwie Lambdy.
- Tradycjonaliści, co? - rzucił Scurron. - Idziesz?
- Nie. Nie będę się im kłaniał, po drugie ty jesteś gospodarzem tego miejsca.
Przemytnik wzruszył ramionami i wyszedł. Sith siedział spokojnie, zastanawiał się co przyniesie ta rozmowa. Przeszło mu przez głowę jak też sobie radzi Siostra Kas'sil'arani. Miała dużo trudniejsze zadanie od niego, ale ani przez chwilę nie wątpił, że wywiąże się z niego znakomicie.
Po chwili Scurron wprowadził do stołówki dwóch ludzi, podeszli do stołu gdzie siedział Massny. Lekko wypłowiałe oficerskie mundury floty imperialnej, twardy wzrok wbity w Sitha, który nie wstał, czekał.
- Oto ludzie, którzy są zainteresowani naszą eskapadą. Pułkownik Harrida, oraz kapitan Snowden, panowie przedstawiam pana Massnego, sponsora i przywódcę naszego ruchu przeciw Sojuszowi Pallaeona i Republiki.
Sith zauważył grymasy na twarzach oficerów na brzmienie nazwiska Pellaeon.
- Witam, nie będę się bawił w rzucanie wzniosłymi frazesami, powiem krótko. Znamy nowe szlaki i magazyny Sojuszu. Mam zamiar jak najbardziej utrudnić im dostawy materiałów, co niektórzy mogą to odebrać jako przejaw głupoty, ponieważ walczą oni z Vongami. Zapewniam, że nasza grupa jest jedną z wielu, a w przyszłości zajmiemy się także i tą plagą.
Massny przerwał, wstał i podszedł do słuchających w skupieniu wojskowych.
- Jeśli chcecie odpłacić się Republice za wszystkie klęski jakich doznaliście, to lepszej okazji już nie będzie. Oczekuję od panów oddania i zaangażowania w sprawę, a także waszego sprzętu na tą wstępną fazę operacji. Czym panowie dysponują?
- Myślę, że mogę mówić za nas obu... - odezwał się pułkownik, patrząc na kapitana, ten skinął głową potwierdzając.
- Razem możemy wystawić do walki około 35 jednostek bojowych, różnego typu. Od TIE poprzez StarWingi, kończąc na Preybirdach. W zamian oczekujemy wsparcia logistycznego, warsztatów i zaopatrzenia. Z tym u nas krucho. Nie stoi za nami nikt, tak jak to ma Pellaeon. - ostatni wyraz prawie wypluł.
- O to proszę się nie martwić - rzekł Massny. - W tym urokliwym miejscu mamy wszystko czego potrzebujemy.
- W takim razie - odezwał się po raz pierwszy kapitan - może uznać pan nas za sojuszników. Ale to my będziemy wydawać rozkazy naszym ludziom.
Sith spojrzał na młodego oficera.
- Nie mam zamiaru niczego im rozkazywać, nie jestem z Imperium. Oczekuję, że to wy panowie będziecie słuchać mnie. I to wystarczy.
Oficerowie potwierdzili skinięciem głów.
- Tak będzie dobrze.
- W takim razie, proszę zebrać razem swoje maszyny i ludzi. Oczekuję waszego przylotu do tej bazy w dniu jutrzejszym. Rozlokowaniem zajmie się pan Scurron. Dokładne informacje i dogadanie spraw technicznych pozostawimy gdy już się zakwaterujecie... i obejrzę wasz park maszynowy. Miło było panów poznać, do zobaczenia jutro.
Massny podał rękę oficerom, po czym wyszedł ze stołówki kierując się do „Elassy”.
Wszedł do mesy, dziewczyny siedziały przy kawie. Shira podniosła wzrok.
- I co, wchodzą?
- Tak. Jutro tu przylecą ze wszystkim co mają. Są wściekli na Pallaeona, to dobrze... Idę nawiązać łączność, proszę mi nie zawracać niczym głowy przez jakiś czas.
Massny wszedł do sterówki, usiadł przy konsoli łączności, wywołał na kodowanej częstotliwości okręt flagowy marszałka Lupusa. Łączności holo nie miał, będzie tylko rozmowa na fonii.
- Słucham, komandorze Massny. - głos Mistrza Lupusa zabrzmiał w słuchawkach.
- Sir, melduję ukończenie przygotowań do wstępnych ataków. Szlaki zlokalizowane oraz magazyny skąd Sojusz odbiera dostawy. Dysponuję na chwilę obecną trzema dobrze uzbrojonymi grupami. Jedna grupa przemytnicza, dwie zbuntowanych oficerów Floty Imperialnej. Ataki chcę przeprowadzić równocześnie, w tym samym czasie, atak na węzeł logistyczny poprowadzę osobiście.
- Zrozumiałem. Oczekiwać dalszych rozkazów wkrótce - połączenie zostało przerwane.
Massny wyłączył nadajnik, z westchnieniem rozparł się w fotelu. Pozostało oczekiwanie.


[Środkowe Rubieże, Velmor, 11.43 czasu lokalnego]
- Uważaj na siebie - Caleene pocałowała męża w policzek i przytuliła się do niego.
- Ty też, kochanie - Garren uścisnął ją mocno i wziął na ręce córeczkę - I na naszą małą iskierkę.
- Tata lecisz z nami? - zapytała uśmiechnięta, jasnowłosa dziewczynka.
- Obok was. Zawsze tuż obok.
Spojrzał na ukochane kobiety i cieszył się, że mogą odlecieć z Velmora na południe galaktyki, gdzie było o wiele spokojniej. Sam z piątką innych pilotów będzie je eskortował do Bothawui, a później miały lecieć na Naboo. On wróci, by stawiać czoła najeźdźcom.
Transportowiec z setkami pasażerów uniósł się ku błękitnemu niebu, tuż za nim wzbiło się sześć myśliwców Sojuszu Galaktycznego. Na pokładzie oprócz wysoko postawionych Velmoran były najcenniejsze skarby dziedzictwa planetarnego. Inwazja Yuuzhan Vongów zbyt blisko podeszła do granic systemu, więc rząd postanowił działać.

Silny wstrząs i wycie systemów pokładowych wyrwały Garrena z rozmyślań. Szybki przegląd sytuacji pokazał, że coś wyrwało z hiperprzestrzeni ich konwój.
- Spinacz, co jest? - zapytał swojego droida astromechanicznego.
Ten wyświetlił informację, a po chwili w głośnikach zabrzmiał głos dowódcy X-wingów.
- Imperialni zrobili zasadzkę na Vongów. Czekajcie aż wyłączą generatory, ale bądźcie czujni.
Garren aktywował systemy i ruszył w stronę wiszącego w przestrzeni szarego klina identyfikowanego jako “Wściekły”. Jeden rzut oka na odpowiedź Spinacza i na transportowiec upewnił go, że poza niespodziewanym wypadem wszystko jest w porządku. Niedaleko niszczyciela powoli obracały się dwa krążowniki przechwytujące i kilka mniejszych jednostek eskorty. Widocznie czekali na jakąś większą armadę.
Pisk konsoli powiadomił go, że Imperialni wypuścili swoje myśliwce. Rój TIE Interceptorów na pełnej szybkości ruszył w stronę konwoju. Po chwili znaleźli się w zasięgu… i otworzyli ogień. Okrzyki zdziwienia i złości posypały się na kanale eskadry. Transportowiec jak najszybciej chciał uciec z pola działania Interdictorów, lecz ku przerażeniu Garrena “Wściekły” skierował ku niemu swoje działa I bluznął zielonymi boltami turbolaserów.
- Nie! - ryknął blady ze strachu pilot - Co wy robicie, do cholery!
Szarpnął stery i rzucił się prosto ku mostku zdradzieckiego okrętu, ślepy i głuchy na ostrzegawcze nawoływania Spinacza i systemów namierzania. Nie zauważył jednego z TIE, który zaszedł go z boku i potraktował serią, a gdy tarcze X-winga padły, przyłożył strzałem z działka jonowego: coś, czego kompletnie się nie spodziewał.
Na wpół sparaliżowany wstrząsem Garren w ciemnej kabinie swojego myśliwca mógł tylko bezradnie patrzeć, jak potężne działa rozdzierają na strzępy statek z jego ukochaną żoną i córką.

Promień ściągający niszczyciela zgarnął X-wingi do swojego hangaru. Tam z zewnątrz otwierano kabiny i wyciągano pilotów, którzy byli w stanie chodzić. Ci, którzy nie byli w stanie, lądowali na pokładzie z dziurą w głowie. Garrena zawleczono ku trójce pozostałych, pilnowanych przez szturmowców w dziwnych, szarych zbrojach. Nie kojarzył tego wzoru opancerzenia.
- Zapłacicie za to! - warknął dowódca X-wingów.
Zanim jednak zdążył coś dodać, jeden z oficerów przyłożył mu blaster do czoła i pociągnął za spust. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył wściekły i wstrząśnięty Garren, był oślepiający blask kanonady blasterowej.
- Za burtę i zniszczyć. - rozkazał Cesbron, chowając broń do kabury. - Myśliwce przejrzeć i odesłać na “Burzyciela”.

***
Wbrew powszechnej opinii piloci Sojuszu Galaktycznego nie dostawali zawału serca ani ataku paniki na widok statków Yuuzhan Vongów. Mag Sithów Kas’sil’arani miała okazję prześledzić ich tok myślenia, gdy sześć podwójnych działek jonowych jej korwety i tyle samo z drugiej chciało poczynić spustoszenia wśród wyciągniętych z hiperprzestrzeni maszyn Nowej Republiki. Pech chciał, że trafili na fregatę typu Nebulon B w asyście czterech A-wingów. Rebelianci zdążyli wysłać sygnał o ataku i o ile fregata z miejsca została unieszkodliwiona i wysłano na jej pokład oddziały abordażowe, o tyle piloci myśliwców zorientowali się, że są zakłócani i rzucili się w poszukiwaniu dovin basala. Skoczki musiały same uważać, by nie oberwać.
Kass stała na mostku i na ekranach taktycznych patrzyła na zwinny balet myśliwców.
- Potrafią latać. - przyznała - Szkoda, że trzeba ich zabić.
- Tak jest. - przytaknął odruchowo kapitan, badając o ile gorzej lata się i walczy w tym dziwnym kamuflażu. Musiał jednak przyznać, że system sprawdził się bardzo dobrze: skanery uznawały ich za twory organiczne, a o to przecież chodziło. Systemy zakłócania i działka jonowe również działały bez problemu. - Pani? Szturmowcy zajęli fregatę. Mają kilkoro jeńców. Pytają, co z nimi zrobić.
Chissanka spojrzała na niego przelotnie: - Zneutralizować i odesłać na Khar Delbę do Maga Sithów Xanora V’an-Ro.
Naraz jej brwi podskoczyły ku górze, gdy jeden skoczek dał się trafić i zadymił: - O, nasz dostał! Odzyskać maszynę, a pilota dorzućcie do transportu.
- Tak jest. - rzekł dowódca korwety i wydał odpowiednie rozkazy.
- Zostaniemy tu kilka dni, kapitanie. Sojusz powinien wysłać kogoś dla potwierdzenia raportu. Poczekamy na nich i przechwycimy.

[System Quelli, Burzyciel Słońc, szósty tydzień operacji „Przechwycenie”]
Kas'sil'arani opierała się o barierkę galeryjki ponad głównym hangarem stacji i wzrokiem pożerała cztery eskadry zdobycznych X-wingów stojące poniżej. Oprócz tęponosych myśliwców złowili jedenaście A-wingów, dwa koreliańskie frachtowce i jedną fregatę typu Nebulon. Do tego cywilny jacht, którego Maalik nie chciał się pozbyć za żadne skarby. Resztę wyciąganych jednostek rozpylili na atomy.
Obecnie technicy wydobywali z komputerów pokładowych wszelkie informacje o flocie Sojuszu, planach, bazach i aktualnych kodach.
- To profanacja. - zauważył kapitan Cesbron, omiatając myśliwce pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Jax był na dole i szukał maszyny dla siebie. Podobno miała do niego przemówić.
- Nie zgodzę się z panem. Incom robił je na zamówienie Imperium, z tego co słyszałam. Trafiły więc we właściwe ręce.
- Mimo wszystko. Jak je nazwiemy?
Kass uśmiechnęła się zimno: - Eskadra Łotrów, Eskadra Niebieskich… Może dorzucimy jeszcze jakieś kolorki.
- A pani będzie Antillesem?
Pokręciła przecząco głową: - Jak znam życie, ten przywilej weźmie sobie Marszałek Lupus. Ja będę Łotrem Dziewięć.
- Łotr Dziewięć - zmarszczył brwi szukając w pamięci nazwiska pilota, lecz po krótkiej chwili dał za wygraną - Ktoś konkretny?
- Corran Horn.

[Planeta Akrit'kar, baza wypadowa grupy Massnego, 09:21 czasu lokalnego]

Siedzieli w stołówce we czwórkę, Massny, Scurron Almaht, pułkownik Harrida oraz kapitan Snowden. Każdy trzymał w dłoniach datapady z mapami szlaków Sojuszu.
- Panowie, otrzymałem zielone światło, ruszamy - zaczął Sith.- Planujemy ataki w tym samym czasie, by Republika nie miała pojęcia co się dzieje. Jeden atak wzięty by został za incydent, kilka, da im do myślenia. No i dojdzie do tego zamieszenie w już i tak bezładnym pionie ich dowodzenia i jurysdykcji.
Obecni pokiwali głowami, wiedzieli jak chwiejny i słaby był Sojusz. Oficerowie postimperialni odkąd przylecieli ze swoimi siłami palili się do akcji, chęć wzięcia odwetu na Republice determinowała ich działania. Swoje jednostki odremontowali i wyposażyli tego samego dnia co przylecieli. Massnemu podobało się ich zaangażowanie.
- Ja wezmę udział w ataku na magazyny w pasie asteroid R-6 - kontynuował. - Nie licząc Krayta, potrzebne będą cztery bombowce Tie, 9 kanonierek, sprzęt zapewni Scurron.
Przemytnik przytaknął:
- Pokieruję swoimi z Pinasy. Trzeba powspominać stare dobre czasy.
- Atak będzie miał dwie fazy - mówił dalej Sith. - Faza pierwsza - Mój Krayt i cztery kanonierki Pinasa wychodzą z nadprzestrzeni blisko ich węzła logistycznego. Ruszamy na asteroidę, z której powinna się poderwać osłona bazy. Reagują szybko, jak to już sprawdziłem. Wiążemy ich walką, mamy przewagę więc nie powinno być problemów, bo nie sądzę by wysłali od razu wszystkie Y-wingi. Gdy zobaczą co się dzieje, wyślą resztę. To faza pierwsza, kluczowa.
Massny przerwał, wstał i zaczął powoli spacerować:
- Faza druga. Po pięciu minutach, nie dłużej, z hiperprzestrzeni wychodzi reszta grupy, pięć pozostałych kanonierek - uśmiechnął się lekko. - Kanonierki ruszają od razu na magazyny, nie zwracają uwagi na walkę, jeśli będzie jeszcze trwała… Po rozwałce myśliwców, dołączamy do grupy atakującej hangary. Niszczymy wszystko co się da. Użyjemy także rakiet z opóźnionym zapłonem, strzelając we wrota magazynów częściowo ukrytych pod powierzchnią. Eksplodują wewnątrz siejąc zamęt i zniszczenie. Czy wszystko do tej pory jasne? - spytał.
- Dlaczego sami tego nie zrobiliśmy? - rzucił kapitan do pułkownika.
- Bo nie wiedzieliśmy gdzie są, to raz. Dwa, jak to słusznie zauważył pan Massny, jeden atak niczego by nie zmienił, incydent. To by było jak skrobanie po szkle - odpowiedział Harrida. Zwrócił się do Sitha:
- A gdzie miejsce dla nas?
- Panowie zaatakują konwoje. Zaczniecie od szlaku z Ultaar do Calamari. Przyczaicie się przy Jabiim. Zniszczyć wszystko, nie potrwa to długo. Konwoje nie są duże, cztery, góra pięć frachtowców plus szczątkowa osłona. Pamiętajcie by dać im chwilę na wysłanie meldunku. Senat ma wiedzieć, co się dzieje.
Pułkownik spojrzał na mapę:
- Jabiim jest pośrodku trasy, jak mam ich zaatakować w nadprzestrzeni?
- Prawda, zapomniałem poinformować - Massny przystanął. - Dzisiaj popołudniu dołączy do naszej flotylli krążownik Interdictor. Wyrzuci konwój z hiperprzestrzeni wprost pod wasz ogień. Załogi będą skołowane po nagłym wyjściu, co jeszcze bardziej ułatwi zadanie.
Po tych słowach zapadła cisza. Widać było, że dowódcy grup są zaszokowani wiadomością o przybyciu krążownika. Sith uśmiechał się lekko.
- Tak panowie. Mówiłem, że nie jesteśmy sami, jest nas więcej. To nie będzie pojedynczy zryw bez echa. Odpłacimy Republice za wszystko. To dopiero początek.
Oficerowie spojrzeli po sobie. Kapitan Snowden wstał, stanął na baczność:
- Dziękujemy za możliwość wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. Wypełnimy każdy rozkaz, zadania zostaną zrealizowane, dowódco - zasalutował.
Massny patrzył na młodego kapitana, nie wiedział co zrobić właściwie. Pierwszy raz był w takiej sytuacji. Oddał salut oficerowi. Załoga „Elassy” to jedno, ale dowodzenie całą grupą uderzeniową to co innego. Dopiero teraz w pełni dotarło do niego, że bierze odpowiedzialność za wszystko co postanowi, co zostanie zrobione i za życie tych wszystkich ludzi.
- Dziękuję, kapitanie - powiedział w końcu. - Kontynuujmy... Natychmiast po zniszczeniu konwoju nad Jabiim, grupa wykonuje skok i robicie kolejną zasadzkę przy Toong'l. Gdy pokaże się następny konwój niszczycie go i wtedy wracacie na Akrit'kar. Na początek trzy ataki wystarczą, potem naradzimy się ponownie. Szykować ludzi i sprzęt, jutro rano ruszamy. Odprawa przed odlotem o godzinie 06:15. Do zobaczenia panowie.
Massny ruszył do wyjścia.
- Panie Massny... - Sith przystanął, odwrócił głowę.
- Dziękujemy - pułkownik Harrida stał na baczność. - Nie zawiedziemy.
Akolita skinął głową i wyszedł.

[Burzyciel Słońc, godzina 16:00 czasu pokładowego]
I to by było na tyle, jeśli chodzi o Łotra Dziewięć - pomyślała Kass, patrząc na nowe rozkazy od Mistrza Lupusa. Nie miała najmniejszej ochoty dowodzić dwoma eskadrami myśliwców, bo nigdy nie dowodziła osobiście nawet jedną, no ale nie zamierza sprzeczać się z Marszałkiem. Podniosła wzrok na grupkę ludzi: pilotów, którzy zawzięcie rozprawiali o osiągach nowych maszyn i trzech żołnierzy, którzy cierpliwie czekali, aż Flota łaskawie powie im, czego od nich chce.
- Nasz cel - zaczęła - to układ Aviq Sqi w Środkowych Rubieżach. - taktyczna holomapa galaktyki zapłonęła na żółto wspomnianym sektorem - Udajemy, że ewakuujemy ważną strategicznie fabrykę i ignorujemy ludność cywilną. Mają pozostać na powierzchni... - spojrzała na datapad - planety Aviq III. W rzeczywistości pułkownik Ur’quhart ze swoimi szturmowcami zejdzie na dół i zrobi co w jego mocy, by zwiększyć zamieszanie i panikę. Vongowie są tuż tuż, a Sojusz zostawia swoich obywateli na pastwę losu. Mamy rozkaz sprowadzić na ziemię każdy statek jaki wzbije się w powietrze. Czy to jasne?
Zebrani pokiwali głowami.
- Dobra. Eskadra Łotrów będzie eskortować promy typu Gamma, które wiozą naszych żołnierzy w republikańskich pancerzach. Eskadra Niebieskich zostaje na orbicie i wyłapuje tych, którzy się przez nas przedrą. Ja dowodzę Łotrami, kapitan Veser z “Krytosa” Niebieskimi. Jax, będziesz moim skrzydłowym.
Maalik przewrócił oczami: - Skrzydłowy Jedynki to zawsze…
- Cicho bądź. Będziesz odwalał całą robotę, kiedy ja będę synchronizować akcję. Porucznicy Appo i Nuri to dowódcy drugiego i trzeciego klucza: Piątka i Dziewiątka. Do pańskiego składu się nie wtrącam, kapitanie. Can’nterei i DaLaria w A-wingach zbiorą odczyty i będą je od razu analizować. Nam zostaje pięć A-wingów, sześć odeślemy komandorowi Massnemu na Kaladami. Pytania?
Nie było.
- Świetnie. Wylot za dwie godziny. To wszystko.

[MSiSD “Krytos”, gabinet Marszałka Floty Sith, 22:00 czasu pokładowego]
Holoprojektor zgasł. Utkana z błękitnego światła twarz komodor Kas’sil’arani rozpłynęła się w powietrzu.
Lupus przez chwilę stał nieruchomo, zamyślony. Czasami jeszcze miewał wyrzuty sumienia. Ale odebrał zbyt rygorystyczny trening, by traktować je poważnie: nie zostałby Mistrzem, gdyby zjadały go wątpliwości.
Lord Gorthuar, były Mistrz Lupusa, nigdy nie przejmował się mniejszymi od siebie. Bez litości niszczył w swoim Uczniu jakikolwiek przejaw współczucia i zwątpienia, czy akcje Sithów są właściwe.
Robił Sojuszowi rzecz etycznie straszną. Od chorób umrą miliony. Najbardziej wstrząsające było jednak to, jak planował wykorzystać ich śmierć: do zniszczenia wizerunku Sojuszu jako galaktycznej siły. Z ostatniej ostoi galaktycznej cywilizacji miała stać się okrutnym reżimem, preferującym poświęcenie kilku planet na rzecz zachowania reszty swojego terytorium. Kimś, kto wyrzuca za burtę przyjaciół, którzy zbytnio obciążają szalupę ratunkową.
Jednak nie to było w tym wszystkim najbardziej szokujące: okazało się, że wykonanie jego rozkazów przypadło istocie bardziej niż ktokolwiek z jego podwładnych wierzącej w honor i szacunek. A Lupus właśnie z pełną świadomością ją okłamał, zaś zamiast wyrzutów sumienia, czuł jedynie…
Ciekawość.
- Sir, Eskadra Sztyletów jest gotowa - zameldował przez radio kapitan Guyeers, jeden z jego najlepszych pilotów.
- Doskonale. Wylot za dziesięć minut.
Mężczyzna miał jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Wprowadził odpowiednią kombinację na klawiaturze i aktywował kanistry z wirusami. Lupus, Mistrz Sithów, Strażnik Wiedzy i Marszałek Floty Sith, jednym ruchem skazał na okrutną śmierć dwadzieścia osiem milionów świadomych istot i podpisał wyrok na Sojusz Galaktyczny. Głęboko zanurzony w Ciemnej Stronie Mocy, zmiażdżył swoje wyrzuty sumienia niczym nic nie znaczącego robaka.
Chwycił hełm pilota i opuścił gabinet. 

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Flota

#3

Post autor: Alkern » 24 lut 2016, 23:09

V

[Środkowe Rubieże, pas asteroid nad Aviq III, dzień pierwszy]
Świat otoczony pierścieniem szarych skał nie odznaczał się niczym wartym uwagi poza potężnymi zakładami produkcyjnymi komponentów odżywczych Getessa. Te dodatki uzupełniały racje żywnościowe większości armii galaktyki i ekspresowych dań na pokładach statków kosmicznych. Odcięcie zakładu w ciągu dwóch tygodni spowoduje spore kłopoty logistyczne. Przynajmniej jedna pożyteczna rzecz.
Lecąc do układu Aviq Sqi swoim X-wingiem, Kas’sil’arani - teraz ciemnoskóra kapitan floty Sojuszu Mira Felorn - zapoznawała się z historią sektora. Nie była porywająca: po upadku Imperium przeszedł bez walki pod skrzydła Nowej Republiki i dalej produkował i eksportował swoje odżywki.
- A teraz przestanie. - mruknęła. Sam zakład oddalony był od głównych miast jedynej zamieszkanej planety i posiadał własny kosmoport. Łatwo będzie go zniszczyć nie wzbudzając podejrzeń.
Astromech pisnął i poinformował, że zaraz wychodzą z hiperprzestrzeni. Chissanka miała wielką ochotę wystrzelić go w próżnię, ale musiała utrzymywać pozory: X-wing musiał mieć tą kupkę złomu na pokładzie. We flocie Chissów i na Nirauan nigdy nie współpracowała z droidami, a ostatnio w ogóle przestały jej być do czegokolwiek potrzebne.
Niemal odruchowo wyłączyła hipernapęd, migoczący tunel zmienił się w smugi, a te zajaśniały miliardami odległych gwiazd. Po chwili za nią zmaterializowała się reszta małej flotylli: Łotry, Niebiescy, Zieloni w A-wingach, Nebulon, transportowiec ze szturmowcami i ich sprzętem I jeden koreliański łamacz blokad.

Nikt ich nie witał, nikt się ich nie spodziewał, toteż dowództwo obrony nie miało nic do gadania, gdy Kass-Mira przejęła dowodzenie i rozstawiła swoje myśliwce wokół planety, część zaś wysłała do patrolowania systemu.
Cztery niedługie skoki nie powinny zmęczyć jej pilotów, choć zdawała sobie sprawę, że nie byli przyzwyczajeni do tak długiego siedzenia w kabinach. Przeczuwała jednak nieuchronną konfrontację Maalika i Vesera. Zanim wsadzą się nawzajem do bacty, niech trochę popracują. Może gdy będą wykończeni nie pobiją się aż tak bardzo?

Niestety. Sprzeczka odbyła się wczesnym rankiem następnego dnia. Dwóch asów pilotażu, z niezrozumiałych dla Chissanki przyczyn musiało sobie nawzajem udowodnić, który z nich jest lepszy. Pozwoliła im na to: odwlekanie tego starcia tylko niepotrzebnie podgrzewałoby atmosferę. Czuła i obserwowała ich bijatykę poprzez Moc. Nie była specjalnie uczciwa, ale obaj przeżyli. Głębokich ran ciętych nie znaleziono. Wniosek: pilotów z “Inkwizytora” należy częściej wysyłać na szkolenie w walce wręcz. Pod tym względem “Krytos” faktycznie ma lepszą załogę… albo ich dowódca inaczej podchodzi do walki. W końcu sam jest Człowiekiem, może po prostu lepiej ich rozumie.
Na odprawie nie było już między oboma oficerami konfliktu, napięcie opadło, tuk’aty uzgodniły hierarchię w stadzie. Obaj mieli widoczne ślady pobicia, ale nikt tego nie komentował.
- Już? - spytała Kass - Przedszkole uzgodniło, kto ma ładniejsze wieszaczki? Jesteście w stanie podjąć swoje zadania?
Obaj przytaknęli.
- To dobrze, bo w przeciwieństwie do prawdziwych eskadr Sojuszu mamy was kim zastąpić. Jeśli wasze zachowanie będzie nieodpowiednie, osobiście wyciągnę konsekwencje. - omiotła wzrokiem zebranych pilotów - To dotyczy wszystkich. Znajdujemy się w obliczu wroga i w stanie wojny. Za podobne idiotyzmy podczas akcji nie zawaham się rozpylić was na atomy, pamiętajcie o tym. Dziś: Niebiescy - szeroki zwiad, Łotry - polatamy nad planetą, niech nas widzą. Zabraniam odpowiadać na kontakt. Mamy ważniejsze sprawy niż pogadanki z cywilami. Start za godzinę. To wszystko.

***
Zaczęło się niepozornie.
W ciągu dwudziestu czterech godzin od chwili zero do piętnastu szpitali Dorsiv, jednej z trzech metropolii na Aviq III, trafiło piętnaście procent więcej pacjentów. Czterdzieści osiem godzin później było to już trzysta procent.
Istoty zgłaszające się do placówek medycznych okazywały niezwykłe objawy. Zaczynało się gorączką i kaszlem, niczym niewinna grypa. W ciągu ośmiu godzin po hospitalizacji stan pacjentów diametralnie się pogarszał: zaczynały pojawiać się absurdalne złamania kości, zwyrodnienia szkieletów i skomplikowane wewnętrzne wylewy.
Po trzech dniach tajemnicza choroba zaczęła zbierać śmiertelne plony o gigantycznej skali. Ci, którzy nie umarli od złamań i wylewów, zmieniali się w nieruchome masy mięśni o rozpuszczonych szkieletach, błagające o śmierć: ból był potworny.
W mediach zapanował popłoch: nikt nie wiedział, co się stało. Ludzie tylko domyślali się, ale każda spekulacja na temat nagłej zarazy była skażona cieniem strachu. Mieszkańcy Aviq Sqi doskonale zdawali sobie sprawę, że ich układ leży niedaleko granicy terytoriów Sojuszu, zaś jeżeli Vongowie zdecydują się wykonać następny ruch, będzie to ruch między innymi przez ich domy.
Podczas wieczornych wiadomości stanu wyjątkowego, reporter na głos wypowiedział najgorsze obawy mieszkańców planety: zostali zaatakowani przez Yuuzhan bronią biologiczną, incognito umieszczoną na planecie.
Szybkie śledztwo pozwoliło znaleźć wypalone resztki jakiegoś pojemnika w instalacji uzdatniania wody dla całej metropolii. Analiza spektralna ujawniła kompozycję pierwiastków podobną do popiołów korala yorik. Lupus dobrze się bawił, modyfikując alchemicznie materiał kapsuły z wirusami.
Mijały godziny, ilość chorych się powiększała, a Sojusz nie zajął w sprawie infekcji żadnego stanowiska.
W cyberprzestrzeni HoloNetu anonimowi publicyści zaczynali umieszczać pierwsze teksty atakujące rząd za brak pomocy. Z godziny na godzinę głosy ludzi stawały się coraz bardziej radykalne i histeryczne.
W końcu gdy z HoloNetu Aviq Sqi zaczęły znikać posty opisujące sytuację, w której Sojusz nie ma lekarstwa na nową zarazę, a w obecnym stanie nie może sobie pozwolić na wybuch pandemii I bardziej opłaca mu się usunąć źródło zagrożenia niż je wyleczyć - posty rzekomo wykasowane przez policję i służby bezpieczeństwa - tama pękła. Chorzy, przerażeni i wściekli ludzie wyszli na ulice, próbując uciec.
Zgodnie z planem.

[Środkowe Rubieże, pas asteroid nad Aviq III, dzień trzeci]
Nabrzmiałe dobrobytem, holograficzne oblicze szefa zarządu firmy Getessa w mgnieniu oka stało się purpurowe.
- Co to znaczy, że nie możemy wysłać żadnego transportu? Mamy kontrakty! Musimy je zrealizować!
- Nic z tego, dyrektorze. - tłumaczyła kapitan Mira Felorn już od dobrego kwadransa - Moje rozkazy są jasne: żadna jednostka nie może opuścić planety.
- A jeśli jednak wyślemy?
- Zostanie zestrzelona. Ruch w tym sektorze musi być jak najmniejszy. Cywilne statki będą przeszkadzać naszej flocie. Nie mogę na to pozwolić. Rozumie pan?
- Ale to…
- Rozumie pan? - przerwała mu, marszcząc brwi.
- Tak, ale to głu… - tracąc powoli opanowanie odwrócił się do kogoś poza kamerą i chwilę z nim rozmawiał. Gry na powrót spojrzał w obiektyw, wyglądał jakby nagle przybyło mu lat - Podobno Vongowie roznieśli na Aviq zarazę. Dlaczego temu nie zapobiegliście? - zerwał się z fotela - Strzelajcie do woli. Wszystkich nie zabijecie. - i wyszedł z gabinetu nie gasząc holokamery.

Siedząca w centrum łączności fregaty Kass natychmiast połączyła się z Veserem i DaLarią: Niebiescy pilnowali orbity, a Zieloni zbierali wieści z powierzchni.
- Raport - rzuciła sucho.
- Dowódca Niebieskich - niemal natychmiast usłyszała głos kapitana - Spokój, boją się nas. Jedyny ruch to pojazdy atmosferyczne, chociaż kilka większych statków grzeje silniki.
- Miejcie oko na przetwórnię, chcą wysłać transporty.
- Tak jest.
- Tu dowódca Zielonych - usłyszała przyjemny zaśpiew drugiego pilota - HoloNews podaje jakieś ploty o epidemii ciężkiej grypy czy bliżej nieznanej choroby. Trzy lata temu mieli tu pomór nerfów i wybili wszystkie, a teraz panikują o kichnięcie.
- Kiedy nie masz pełnego obrazu sytuacji boisz się własnego cienia. Dobra, meldujcie o wszystkim. Felorn bez odbioru.
Do zrzutu pozostało pięć godzin. Kass rozparła się w swoim fotelu i zamknęła oczy: krótka medytacja odświeży umysł. Jednak gdy tylko rozpuściła wici Mocy, poczuła promieniujące z powierzchni planety strach i ból. Skrzywiła się: to musiało być coś więcej niż grypa. Zastanawiała się, czy komandosi nie przywloką tego czegoś na pokład i cieszyła się, że sama nie musi schodzić na powierzchnię. Dlatego właśnie wolała służyć na pokładach okrętów. Przy tym podziwiała odwagę tych, którzy walczyli z wrogami oko w oko.
No, skoro nie medytacja - opuściła centrum łączności i poszła do siebie - to mały trening. Wyjęła z torby dwa miecze świetlne: swój, o czerwonym ostrzu i ten, który otrzymała w darze od Mistrza Lupusa - niebieski. Teraz żaden nie pasował ani do cery ani do oczu, bo na czas tej operacji Chissanka zmieniła genetycznie kolor skóry na ciemnobrązowy, a w oczy włożyła soczewki kontaktowe. Wzięła dwa zdalniaki i poszła do jednego z magazynów, by po krótkim rozruchu rozświetlać mrok pomieszczenia czerwono-niebieską poświatą nieprzeniknionej kurtyny światła.

[Środkowe Rubieże, orbita Aviq III, Godzina Zero]
Pancerz X-winga rozgrzewał się, gdy maszyna przechodziła przez górne warstwy atmosfery. Dla wszystkich pilotów galaktyki był to najgorszy moment: nie wiadomo, co na nich czeka za warstwą ognia, a skanery były ślepe i głuche. Jednak Kas'sil'arani wolała to niż siedzieć zakuta w hermetyczną zbroję w jednym z promów piechoty. Nie dość, że nie widzieli co się dzieje, to jeszcze rzucało nimi na wszystkie strony. Nie, nigdy w życiu się nie zamieni. Piloci mają lepiej.
Po kilku minutach tarcie zmniejszyło się, a systemy odżyły. Jak na dłoni widziała teraz transportowce trzech kompanii i swoją eskadrę. Niebiescy roztoczyli parasol ochronny na wysokiej orbicie Aviq III, a trzy klucze Łotrów schodziły nad kosmoporty w trzech głównych miastach planety. A-wingi dostały za zadanie uziemić transporty z fabryki odżywek.
Im schodzili niżej tym szum na nasłuchu wzmagał się. Na ulicach i placach wokół lądowisk przewalał się tłum mieszkańców, gdzieniegdzie w niebo wzbijały się słupy dymu, nad miastem śmigały chaotycznie pojazdy służb bezpieczeństwa, prywatne śmigacze ni stąd ni zowąd spadały na ziemię albo wbijały się w przypadkowe budynki, a wiadomości, jakie zbierał astromech mroziły krew w żyłach: pandemia, powrót wirusa przypominającego krytos, kwarantanny, walki z policją...
- Klucz drugi i trzeci: trzymamy się planu. - rozkazała na wewnętrznym kanale eskadry.
- Tak jest. Jedynka, słyszysz, co tu się wyrabia?
- Piątka, nie jesteśmy tu by potwierdzać plotki. Masz swoją robotę. Wykonać.
- Tak jest, dowódco Łotrów.
Drugi klucz odbił na zachód, trzeci już wcześniej poleciał na drugą stronę planety. Kass ze swoimi zbliżyła się do stolicy i po chwili zawiśli nad kosmoportem, w strefie zrzutu wojska.
- Łotry, miejcie oczy szeroko otwarte.
- Jasne, Jedynka. - Maalik zajął się analizą sytuacji, dwoje pozostałych pilotów patrolowało okolicę na niskim pułapie.
Po chwili 'Arani poczuła falę paniki ze strony tłumu napierającego na jedno z wejść na teren lotniska. Okazało się, że powodem był nisko zawieszony myśliwiec.
- Dowódca Łotrów do Czwórki! Co ty do cholery wyprawiasz? Chcesz na nich wylądować?
- Nie, Jedynko. - chłodny głos zupełnie nie pasował do przejętej losem obywateli pilotki Sojuszu, ale uniosła trochę maszynę - Patrzę na demonstrację i… o co im chodzi?
- Wyjaśnij.
- Transparenty. Rzeźnicy Republiki, zostawiliście nas, nie damy się poświęcić... - odczytywała napisy.
- Wysiądź i ich zapytaj. Dowiesz się jutro z HoloNetu.
Tłum falował zbijając się coraz bardziej, świeżo desantowane oddziały nie tylko nie uspokoiły atmosfery, ale wprowadziły jeszcze więcej chaosu. Co prawda od myśliwców trzymali się z daleka, ale pokazywali ich sobie nawzajem i chyba dowiedzieli się, że to bohaterowie Rebelii, najsławniejsza z eskadr Sojuszu: Łotry. Kass zauważyła nawet kilka holokamer wycelowanych w jej maszyny. Próbowała skontaktować się z kimś, kto uspokajał cały ten bajzel w dole, ale nikogo takiego nie znalazła. Nawet władze planety były niedostępne…
Nagle zjeżyły się jej włoski na karku: wyczuła zagrożenie z lewej strony. Automatycznie sięgnęła w Moc, czas zwolnił, najbliższa przyszłość wykwitła oślepiającym blaskiem wybuchu jej myśliwca… Spojrzała w lewo: między ludźmi na placu stał mężczyzna w znoszonym mundurze, na ramieniu trzymał wyrzutnię PLX-2M, potocznie zwaną pleks. Wściekłość i poczucie zdrady emanowały z niego jak strugi wody z fontanny. Wpatrzony w dowódcę Łotrów nacisnął spust - Kass uniosła rękę, telekinezą zatrzymując rakietę w wyrzutni.
Nawet nie zdążył się zdziwić. Ani on, ani istoty wokół niego. Ogień i fala uderzeniowa, szczątki ciał, sprzętów, kawałki durabetonu - wszystko to rozprysnęło się o tarcze rebelianckich maszyn.
W tym momencie na komunikator Chissanki przyszedł kodowany rozkaz od Marszałka Floty Sithów: zaatakować wszystkie statki zdolne do opuszczenia systemu.
To nie był rozkaz do negocjacji. Odetchnęła głęboko, by jej głos nie zdradzał żadnych emocji I kliknęła transmisję do swoich oddziałów.
- Łotry, Niebiescy, Zieloni, mówi dowódca. Mam potwierdzenie, że to Vongowie użyli nowej broni biologicznej. Widzicie, co się tu dzieje. Nie możemy pozwolić, by ta zaraza rozniosła się na inne planety. Nic, powtarzam: nic nie może opuścić przestrzeni Aviq III. Nawet w pełni zautomatyzowane jednostki. Strzelajcie do wszystkiego co jest zdolne do opuszczenia systemu. Powtarzam, do wszystkiego.
Przez Moc przetoczyła się fala zrozumienia, ale i sprzeciwu.
- Wiem co czujecie i rozumiem was doskonale - ciągnęła - ale jeśli cokolwiek wydostanie się na inne światy, zarazi innych mieszkańców Sojuszu. Chcecie by wasi bliscy umierali w męczarniach? Nie. Zatem jedyne co możemy zrobić, to zatrzymać tą plagę na dole - zgrzytnęła zębami - za wszelką cenę.
Po tych słowach szarpnęła swoją maszynę do góry.
- Zablokować płaty w pozycji bojowej.
Zgromadzeni w dole mieszkańcy Aviq City, przerażeni, chorzy, zdezorientowani, pozostawieni na pastwę Yuuzhan Vongów widzieli jak legendarna eskadra ustawia się do ataku… na nich. Istoty wciskające się na pokłady zapchanych do granic możliwości promów i transportowców patrzyły w niemym przerażeniu, jak smukłe myśliwce nadlatują nad lądowiska i biorą ich na cel. Moc zatrzęsła się eksplozją strachu, nienawiści i bezradności.
Kas'sil'arani z Falandi Syndyka Mitth'raw'nuruodo zamknęła się na te emocje. Wzięła na cel silniki pierwszego z brzegu promu i wydała komendę, po której już nie miała prawa należeć do ludu Chissów.
- Ognia.
Czerwone bolty energii poszybowały ku stojącym, pękatym kadłubom. W ślad za nimi wystrzeliły torpedy protonowe. Kosmoport zamienił się w piekło.

[Planeta Akit'kar, lądowisko bazy wypadowej, godz.06:45 czasu lokalnego]
Massny wraz ze Shirą stali na płycie lądowiska i patrzyli na startujące TIE. Myśliwce leciały na orbitę do czekającego już na nie Interdictora, który miał je zabrać i służyć za bazę podczas ataku w okolicach Jabiim.
Shira westchnęła:
- Ładny widok, nie powiem. Wiesz... - oderwała wzrok od jednostek, spojrzała na Sitha. - Tak sobie z Ann rozmawiałyśmy i doszłyśmy do wniosku, że po tym wszystkim wstąpimy do Akademii Floty. Czas zalegalizować nasz status przy twoim boku.

- To w sumie dobrze - odpowiedział Massny. - Dano mi ostatnio do zrozumienia, że nie najlepiej wygląda to, że się włóczę po galaktyce z cywilnymi pilotkami…
- I nie raczyłeś nam o tym powiedzieć?
- Po co? To nie był rozkaz, a sugestia. Oczekuję od was posłuszeństwa, ale w tej kwestii nie będę wam niczego narzucał, to musi być wasza decyzja - powiedział powoli Akolita.
Ruszyli w stronę „Elassy” lawirując wśród innych kanonierek z grupy skierowanej do ataku na węzeł logistyczny Sojuszu na R-6, w sumie dziesiątka mocno uzbrojonych jednostek. Z taką siłą należało się liczyć.
- A co z Colle? Ona nie wie kim naprawdę jesteś - drążyła Shira. - A też mogłaby wstąpić do Floty.
- Za wcześnie na takie dyskusje - uciął szorstko. - Najpierw niech pokaże co umie, czy potrafi się dostosować. To, że nie cierpi Republiki, nie oznacza, że pokocha inną opcję, naszą opcję, rozumiemy się? Wrócimy do tego później…
Przerwał, bo zbliżali się do trapu Krayta przy którym czekały Ann z Colle.
- No to w drogę - powiedział do dziewczyn. - Ann lecimy na miejsce zbiórki…
Kobiety wbiegły na pokład „Elassy”. Massny podniósł do ust komunikator:
- Scullon, gotowy?
- Tak jest.
- Przyjąłem, lecimy za punkt zborny. Przekaż swoim, niech wyjdą nie później niż pięć minut po nas…
- Wiedzą i wszystko jest zsynchronizowane.
- No to lecimy…
Sith schował urządzenie i wszedł na pokład.

[Sektor Thanium, Układ Felucja, pas asteroid R-6]
Pięć kanonierek wyszło z hiperprzestrzeni. Od razu uformowały szyk klina. Massny spojrzał na odczyty skanerów.
- Uwaga Scullon, na monitorach mam ruch.... Trzy Y-wingi startują. Komitet... dwa frachtowce wchodzą właśnie do hangarów…
- Widzę... co robimy?
- „Elassa” i jedna Pinasa za mną, strącimy te frachty przy wejściu... zrobi się bajzel. Wy zajmijcie się myśliwcami.
- Z przyjemnością - nawet przez radio słychać było zawziętość w głosie pirata.
Dwie kanonierki odbiły w prawo, pozostałe trzy leciały na wprost myśliwców osłony bazy.
- Gotowe? - rzucił pytaniem Massny do swojej załogi.
- Ty się martw o siebie... i siadaj. Przypomnij sobie lądowanie na Hoth - Shira spojrzała na chwilę na niego.
Sith lekko się skrzywił na to wspomnienie. Od czasu do czasu, nogi jeszcze przypominały o sobie po tym wypadku.
- Skupić się... - spojrzał na ekran. - Następna trójka myśliwców startuje...
Widział na monitorze, jak trzy czerwone kropki zmieszały się z trzema zielonymi.
- Zaczęło się. Gaz na magazyny - powiedział do Ann. - Colle, pilnuj pozostałych…
- Jasne.
Pinasa rwała na pełnym ciągu nieco niżej „Elassy”. Trójka myśliwców Republiki skierowała się prosto na nich.
- Uwaga... Ann w górę! Pinasa 3 w dół na lewą... - rzucił do mikrofonu. Gołym okiem widać było zawahanie pilotów Y-wingów, nie wiedzieli co który ma robić. Amatorzy, pomyślał Sith.
Rozbłysk światła, kula ognia i tyle pozostało po jednym z Y-wingów, gdy Pinasa huknęła ze swoich działek. „Elassa” zawinęła się w skręcie przed nosami pozostałych myśliwców, ci spikowali za nią.
- Colle... - Massny odwrócił się do centrali ogniowej.
- Nie mam kąta... trochę w górę!
Sith natychmiast się skupił, Mocą wspomógł reakcję Ann. Krayt zwinnym ruchem zmienił kurs. Poświata na szybach iluminatora i znikające kropki na skanerach potwierdziły kunszt Colle.
- Piękna robota - skinął głową. - Teraz na te dwa frachtowce które wchodzą... Jonowymi w nich - dodał.
- Jest reszta naszych- Shira zameldowała. - Wyszli z hiper…
Massny spojrzał na skany, pozostał tylko jeden Y-wing.
- Jedna Pinasa zostaje by zezłomować tego marudera, reszta skrzydła na magazyny. Najpierw rakiety, po dolocie z działek... Macie rozwalić tyle ile się da…
Z nadprzestrzeni wyszła reszta grupy, dołączyła na pełnym ciągu do atakujących. Rozpoczęła się rzeź.

[Środkowe Rubieże, pas asteroid nad Aviq III, okręt dowodzenia komodor Floty Sithów, godzina 23:54 czasu pokładowego]
Po pół butelki k'rell'nska whiskey nie była znowu taka zła. Wcześniej smakowała jak stęchła kora, teraz nie miała wcale smaku. Kass dała sobie spokój ze szklaneczką, piła prosto z butelki, siedząc na podłodze swojej kajuty i opierając się o durastalową, zimną ścianę. To, czego dzisiaj dokonali na wiszącej poniżej planecie było konieczne, ale złe. Bardzo złe. Nie mieściło się w kategoriach etycznych Chissanki, jakkolwiek by nie były rozciągliwe. Po powrocie na fregatę spakowała wszystkie chissańskie oznaczenia, rangi i kody dostępu do pudełka, zapieczętowała je I rozkazała odesłać na Copero w najbliższym możliwym terminie. Nie czuła się już godna swojego nazwiska i właśnie zastanawiała się, jak ma teraz siebie nazywać, gdy ktoś zapukał do jej drzwi.
- Wejść!
W drzwiach stanął Jax.
- Wyjść! - powiedziała i pociągnęła spory łyk. Ale pilot nie przejął się tym i usiadł ciężko obok niej.
Odebrał butelkę, pooglądał, otarł dłonią gwint i też się napił. Potem znów otarł szyjkę i oddał jej. Gdy nie miała tych swoich czerwonych oczu nie była tak odrażająca, a w ciemnej barwie skóry było jej całkiem do twarzy.
- To było… - zaczął, ale uniosła ostrzegawczo dłoń.
- Nic nie mów. Wolałabym zostawić ich i nie ruszać, aż sami by poumierali. DaLaria zebrał dane i pokazał mi, co to za plaga. Chcesz wiedzieć?
Pokręcił przecząco głową.
- I tak ci powiem. Rozrost osteoklastów powoduje rozpuszczanie się kości. W ciągu kilku dni zarażone istoty umierają od skomplikowanych powikłań, kiedy ich szkielety nie są w stanie utrzymać ich wagi. Prawie jak krytos.
- Prawie. - zmarszczył brwi, pociągnął łyk whiskey i zapytał - Co to są ostroklasty?
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Ktoś kto to wymyślił powinien przejść się pieszo po słońcu oddychając próżnią.
- To nie musieli być Vongowie. - zauważył.
- A kto?
- Konkurencja, Brygady Pokoju, ktokolwiek.
- Czyli Vongowie też.
- Vongowie też.
Kass oparła głowę o chłodne płyty ściany. Jax siedział obok w podobnym nastroju jak ona, milczał, popijając co jakiś czas koreliańską. Miała chwilę spokoju i zamyśliła się nad przeczuciem Lupusa. Skąd wiedział? Moc? Miał na tym zapyziałym świecie swoich szpiegów? Po co? Jakkolwiek nie było trzeba przyznać, że miał wyczucie, iż rzucił Łotrów i Niebieskich akurat tutaj… chyba że to nie było wyczucie - wytrzeźwiała w mgnieniu oka i wyprostowała się - a o zarazie wiedział…
… bo sam ją tu wysłał.
Drgnęła, dźgnięta nagłym impulsem szału.
- Zbieraj się - wstała wściekła i sięgnęła po oba miecze. Te po sekundzie wylądowały w jej dłoni, a po kolejnej wisiały na pasie. Chwilę później na plecy trafił charric - Jeśli nie wrócę, przejmujesz dowodzenie i dla własnego bezpieczeństwa wykonuj rozkazy Lupusa.
Maalik patrzył na nią zdziwiony:
- A ty dokąd?
Mimo soczewek kontaktowych wściekła czerwień zapłonęła w białkach oczu Chissanki.
- Zapytać się o tą zarazę u źródła. - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

[MSiSD “Krytos”, gabinet Marszałka Floty, 23:21 czasu pokładowego]
Lupus medytował w gabinecie. Nawet się nie poruszył, gdy z elektronicznym sygnałem drzwi otworzyły się i wpuściły chmurę burzową w postaci Kas’sil’arani.
Oczywiście, że czuł jej gniew. Jej wściekłość. Jej wręcz niedowierzanie.
Podobały mu się.
Kobieta nabrała w płuca powietrza, jednak gdy już miała zacząć mówić, Marszałek otworzył oczy i przerwał jej stalowym głosem, nieznoszącym sprzeciwu.
- Zapominasz się, ‘Arani - warknął. Zrobił to celowo, by jeszcze bardziej zdenerwować Chissankę.
Impuls Mocy dotknął zamka. Nastąpił koniec protokołu i dyscypliny.
- Okłamałeś mnie! - wrzasnęła, gdy zamknęły się drzwi. Chętnie uderzyłaby w Marszałka całą mocą swojej złości, ale w tym przypadku mogłoby to się dla niej źle skończyć. I tak przeginała. Zacisnęła więc tylko zęby i rozproszyła gniew. - Powiedziałeś, że będziemy atakować fabryki. Nie było mowy o takich potwornych zarazach!
- Ostatnio chyba mieliśmy wojnę do wygrania - odparł absolutnie niewzruszony Mistrz Sithów. - Co w tym dziwnego? Nie widzisz, co udało się osiągnąć?
- Jedna kolonia, jedno miasto - to potrafię zrozumieć, ale cała planeta?! Kilka planet!? Całych?
- Wolałabyś ostrzał planetarny? Bardziej… - udawał, że szuka właściwego słowa - humanitarne, tak?
- Jasne, że tak! To co stworzyłeś jest ohydne i podłe!
Na te słowa Mistrz Sithów uśmiechnął się w taki sposób, że Kass cofnęła się o krok. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie kombinezon lotniczy - dlaczego?
- Z… zgłaszam sp...sprzeciw przeciwko temu. - wydukała, prostując się, lecz czuła rozlewający się po jej wnętrzu lód - Jestem wojownikiem, nie rzeźnikiem.
Lupus zmrużył oczy.
- I rozumiem że zgadzasz się, by zaprotokołować ten sprzeciw.
Zapadła chwila ciężkiego milczenia. Kas’sil’arani ciężko oddychała, nie mogąc spojrzeć w oczy zwierzchnika: teraz spojrzenie Lupusa nie miało w sobie ani krzty człowieczeństwa, była w nim tylko mordercza precyzja i lodowata konsekwencja. Jego oczy zapłonęły jaskrawą żółcią Ciemnej Strony, jeszcze bardziej niż zazwyczaj przywodząc na myśl ślepia śmiertelnie groźnego drapieżnika polującego w kanionach Korribanu.
- Wiem, co chcesz mi powiedzieć, Kass - rzucił tym swoim miękkim, niskim, rezonującym jej w kościach głosem Lupus, przewiercając ją na wylot błyszczącymi oczami. - Że łatwo mi tak mówić, kiedy siedzę w laboratorium albo na mostku, a ty i twój szwadron ma do wykonania brudną robotę, prawda?
- Tak - jęknęła Chissanka, rozpaczliwie próbując zachować resztki godności. - Zleciłeś to nam, by nie pobrudzić sobie rąk.
Twarz Lupusa stwardniała, tak, że Kass przez chwilę chciała w obronie sięgnąć po charric. Mistrz Sithów wyciągnął rękę i przywołał do niej hełm pilota TIE. Czarna durastal rozbłysła odbitym światłem.
- Ile statków uciekło, Kass? - zapytał ostro.
- Było ich zbyt dużo… sir. Nie udało nam się zniszczyć wszystkich.
- Jak myślisz, czemu żadne siły Sojuszu nie interweniowały w tym szaleństwie?
- Ja… Ja nie wiem, sir.
Lupus rzucił hełm na biurko. Chissanka wzdrygnęła się na gwałtowny huk.
- Ponieważ je zestrzeliłem, Kass - warknął złowieszczo Mistrz. - Eskadra Sztyletów również działała w systemie. Osobiście dowodziłem dwunastką SMB-88, nie są w stanie zobaczyć tych myśliwców na sensorach. Posprzątałem wszystko, co mogłoby przeszkodzić ci w przedstawieniu. Przekaźniki HoloNetu zostały zhakowane przez moich slicerów: Sojusz odbiera od tych planet fałszywe raporty. Nie mają pojęcia, co się tam wydarzyło. Przywrócę im łączność, gdy będzie już za późno, by naprawić to czego dokonaliśmy.
- Nic nie wiedziałam, sir.
- Proszę - rzucił pogardliwie Marszałek. - Daruj sobie retorykę krwi na rękach. Skoro ty czujesz się odarta tym czynem z godności, co może czuć Sith, który z pełną świadomością to wszystko stworzył? Który wykorzystał lata studiowania alchemii, by powołać do życia plagę? Sith, któremu nie wolno było spudłować ani jednym strzałem, ani jednym pociskiem, kiedy ryzykujesz jednym fałszywym ruchem ujawnienie naszych tajemnic przed Galaktyką?
Kass zebrała w sobie całą odwagę i wyrzuciła z siebie, nieco zbyt szybko przez poddenerwowanie.
- To było pozbawione honoru, co zrobiłeś, Mistrzu. To było poniżej pasa. Ci ludzie nie musieli tak umierać. Nie zmienię mojego zdania.
Lupus był jedynie rozbawiony.
- Kass. Kass, Kass, Kass… To wszystko jedynie sprawa narzucenia woli. Mojej woli. A moją wolą jest zniszczenie Jedi i Republiki. Moja ciężka praca dała mi wiedzę, czym mogę w nich uderzyć. Ciemna Strona dała mi do tego narzędzia i rozwagę, aby z nich korzystać. Tylko głupcy dążą do potęgi, której używanie uważają za niewłaściwe. Ta galaktyka należy teraz do nas i myślę że najwyższy czas, byś pogodziła się z konsekwencjami tego faktu. Przyjęła swoje nowe prawa… i obowiązki.
Chissanka milczała. Nie miała już nic więcej do powiedzenia.
- Zbieraj się - rzekł Lupus, zabierając z biurka hełm. - Mamy jeszcze trzy układy do przeprowadzenia operacji. Na Uk’sori i Buhhesza już wiedzą, że Sojusz postanowił dokonać na nich amputacji, by nie umrzeć od zakażenia krwi. Zamieszki już się zaczęły. Za dwadzieścia minut odprawa. Weź się w garść, do ciężkiej cholery.
- … Tak jest, sir.
Tak zakończyła się nocna rozmowa w gabinecie.


EPILOG

[Cytadela Mrocznego Lorda, Korriban, 18:56 czasu lokalnego]
Darth Alkern siedział na tronie. Dziesięć metrów przed nim, klęcząc na prawe kolano oddawał mu honory Mistrz Lupus.
- Mroczny Lordzie.
- Mistrzu Lupusie.
- Twoja wola została wykonana, mój panie - powiedział Człowiek, unosząc wzrok. - Szlaki zaopatrzeniowe Sojuszu są teraz regularnie atakowane. Cała Nowa Republika pogrążyła się w chaosie. Liczba ofiar chorób przekroczyła trzydzieści milionów. Mieszkańcy podnoszą regularne bunty i protestują przeciwko rządowi: najbardziej radykalna organizacja nazwała się Zdradzonymi z Aviq Sqi.
- Dostarczymy im zatem broni - rzekł władca Bractwa. - Doskonale przemyślane, Mistrzu. Twoja znajomość alchemii i ludzkiego strachu poważnie uderzyła w Sojusz. Wyrafinowane oszustwo, które doceniam.
- To zasługa twego brata, mój panie. Byłbym dzisiaj nikim bez jego nauk.
- Mam nadzieję, że posiadasz odpowiednie zapasy antidotów na swoje kreacje, Mistrzu? Nie chciałbym, żeby obywatele mojej Federacji złapali to samo.
Lupus uśmiechnął się pogardliwie.
- Stworzyłem te zarazy, Mroczny Lordzie. Serce tej plagi bije w tym samym rytmie co moje własne. Zakończenie jej lub wyleczenie naszych ludzi z tych chorób to kwestia wyłącznie mojej woli.
Odziany w ceremonialną szatę Codru-Ji skinął głową z aprobatą.
- Wycofaj swoich ludzi, Lupusie. Zadaliśmy im bolesne ciosy, ale to tyle, jeżeli chodzi o działania w ukryciu. Sprawą nareszcie zajęli się Skywalker i Jade, więc stawka urosła na tyle, by przestać bawić się w przebieranki i pokazać im prawdziwą potęgę Bractwa.
- Tak zrobię, mój panie.
- Zmobilizuj wszystkie formacje. Wychodzimy z cienia. Chcę mieć całą potęgę Floty do dyspozycji w ciągu miesiąca.
- Tak się stanie.
- Powstań, Mistrzu Lupusie. Pozwalam ci odejść.
Kroki Marszałka długo cichły wśród kamiennych korytarzy i wysokich sklepień pałacu Dartha Alkerna.

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Flota

#4

Post autor: Alkern » 28 lut 2017, 23:13

I

[Niska orbita Onderon, skyhook “Armaiter IV”, południe czasu pokładowego]
Nad niebieskim globem, na wysokości, z której planeta była zajmującą połowę nieba mozaiką bieli, zieleni i błękitu, wisiały kształty. Kształty zbyt znajome dla Galaktyki: najeżone antenami fregaty typu Nebulon, wzdęte generatorami cienia masy Interdictory, a pośrodku zbieraniny gigantyczne kliny niszczycieli klasy Imperial. Okruchy i drzazgi dawnej potęgi, dostatecznie jednak ostre, by dalej ranić wrogów dawnego porządku.
Między wiszącymi na orbicie okrętami dryfował skyhook: składająca się z opływowych kształtów konstrukcja pełna wdzięku, elegancji i luksusu, kusząca krągłościami pokładów i karmazynowym napisem “Armaiter IV”. Stacja orbitowała tuż na krawędzi atmosfery, okrążając planetę w niecałe dwie godziny. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że w strategicznych miejscach stacji kryją się śmiercionośne baterie turbolaserów i wyrzutnie rakiet. Bractwo Sithów dobrze chroniło swoich gości.
Niektórzy jego członkowie woleliby słowo: kontrolowali.
Centralną częścią skyhooka była wielka sala konferencyjna: wręcz nieprzyzwoicie luksusowa, w połowie przeszklona zbrojoną transpastalą, posiadająca piękny widok na obracającą się w dole planetę. Przy stołach siedzieli ludzie, rozmawiając: dookoła kręciły się usługujące im droidy, zaś wejścia do sal obstawiali odziani w białe pancerze szturmowcy.
Przy gigantycznych stołach dyskretnie konwersowali ludzie w szarych mundurach: dygnitarze odłamów Imperium, dalej trzymający się dzięki zaciętej dumie i uporze. Byli to przedstawiciele prawdziwie imperialnego porządku, przywódcy całkiem licznych sił resztek Imperium, które wzgardziło Pellaeonem i jego sojuszem z Nową Republiką. Niektórzy byli wyprostowani i dumni, inni otyli przez brak dyscypliny i zdradzający słabość, wszyscy jednak mieli swój początek w Imperium.
Syknęły podwójne drzwi, rozsuwając się na boki. Zaciekawione spojrzenia oficerów i żołnierzy skierowały się na wrota.
Przez otwarte drzwi wmaszerowały dwie kolumny szturmowców w nieimperialnych, szarych pancerzach. Wyglądały o wiele bardziej nowocześnie niż standardowe, plastoidowe zbroje szturmowców starego Imperium: niesiona przez nich broń również wyglądała na groźniejszą. Regulaminowo ustawili się po obu stronach drzwi, tworząc opancerzony korytarz. W sali zapadła cisza, w której słychać było wyłącznie szum klimatyzatorów.
Rozległy się kroki dwóch osób. Przez szpaler szturmowców przeszły dwie sylwetki: średniego wzrostu człowiek o długich, związanych w kucyk brązoworudych włosach i starannie przystrzyżonej brodzie, oraz nieco wyższy, czerwonoskóry Nautolanin o pozbawionym emocji wyrazie twarzy. Obaj mieli na sobie tuniki, płaszcze i lekkie pancerze. Ubiory były czarne z subtelnymi białymi akcentami: wyglądały jak ubiory nastawione na praktyczne wykorzystanie w walce, nie zaś na ceremoniał. Poza standardową krótką bronią przy pasach obu mężczyzn wisiały miecze świetlne. Uwadze imperialnych dygnitarzy nie uszły również dystynkcje noszone przez obu z nich: według imperialnych wzorów człowiek miał rangę wielkiego admirała, stopień Nautolanina z kolei nie był znany nikomu na sali.
Człowiek stanął w miejscu, rozglądając się po sali i podchwytując spojrzenia. Miał zimno patrzące, szarobłękitne oczy, okolone subtelnymi obwódkami zmęczenia. Jego wzrok zatrzymywał się na kolejnych oficerach przez kilka sekund, po czym mężczyzna odchrząknął i przemówił mocnym, wyraźnym głosem.
- Witajcie, szacowni goście. To wielki zaszczyt gościć zwolenników prawdziwego Imperium na pokładzie “Armaitera IV”. Nazywam się Alexander Peetrav, to zaś jest Impus Ka’Thoo - przedstawił Nautolanina. - Jak zapewne wiecie, reprezentujemy organizację nazywaną Bractwem Sithów. Do niedawna ukrywała się ona w całkowitym, głębokim cieniu, do stopnia całkowitego zniknięcia z map Galaktyki. Jednak czasy uległy zmianie. Z rozkazu Dartha Alkerna, Mrocznego Lorda Sithów, ujawniamy naszą obecność… i oferujemy wam współpracę.
Na sali rozległy się szepty i szum pośpiesznych rozmów. Lupus uważnie, lecz nie nachalnie obserwował obecnych w pomieszczeniu ludzi, równocześnie otwierając zmysły na Moc, absorbując płynące w powietrzu emocje i odczucia. Wyczuwał przede wszystkim niedowierzanie, strach, ale i gniew, zniecierpliwienie i irytację. Szybko zlokalizował oficerów żywiących podobne uczucia: zbijali się w grupki, dyskutując półgłosem na temat ujawnionych rewelacji. W końcu padły pierwsze pytania.
- Bractwo Sithów? Co to takiego, wielki admirale? - zapytała kobieta w średnim wieku o mysich włosach i zmęczonej stresem twarzy. Lupus zapisał w pamięci jej obraz - ją wystarczyło oczarować wizjami potęgi.
- W naszym wojsku jestem marszałkiem floty, ale ma pani wyrazy mojego szacunku za znajomość regulaminu i odznaczeń - powiedział Lupus, uśmiechając się lekko. - Jesteśmy bezpośrednimi następcami Imperatora i Lorda Vadera. Przed bitwą o Endor Bractwo powstało jako organizacja służąca utrwaleniu i zachowaniu wiedzy o tradycjach Mocy, jednak po śmierci naszego założyciela zyskaliśmy autonomię. Przez dwie dekady ukrywaliśmy się w cieniu, gromadząc potęgę i własne siły.
Ktoś gwałtownie wypuścił powietrze z płuc. Lupus powstrzymał się od uśmiechnięcia się: pewnie jakiemuś oficerowi ze smykałką do historii galaktyki i zadawania niewygodnych pytań sprawdziły się jakieś podejrzenia odnośnie tego, co konkretnie wymazał Sheev Palpatine z kronik Imperium.
- Czy chcecie odzyskać wszystkie terytoria należące do Imperium? - zapytał jakiś moff, zdecydowanie mało dystyngowanie otyły.
- Odtworzenie Imperium jest jednym z celów Mrocznego Lorda, tak - odpowiedział Sith. - Prawdziwego Imperium. Tego, które dalej żyje w waszych sercach, nie zaś tworu, który zbratał się z Republiką. Ale moffie, to nie jest mój cel, to jest nasz cel. Weźmiecie udział w tej rekonstrukcji razem z nami - potrzebujemy ludzi dzielących wspólne wizje.
- A Yuuzhan Vongowie? - spytał jakiś jasnowłosy major. - Galaktyka jest w stanie wojny. Nie można tego tak po prostu zignorować.
- Wojna z obcymi jest przez nas dokładnie monitorowana, panie majorze - odezwał się Impus, zakładając ręce za plecy. - Zamierzamy uderzać w słabe punkty. Niech wygrywają nasze bitwy niech osłabiają Republikę. My przyjdziemy później, by dobić resztki tego, co z tego zostanie. Ta wojna jedynie nam pomaga… a samych obcych nie trzeba się obawiać, mamy swoje sposoby i technologię do walki z nimi.
Lupus czuł zmianę nastrojów w sali. Ci oficerowie byli dumni i uparci, ale rządzili malutkimi królestwami, mieli do dyspozycji zaledwie okruszki dawnej potęgi, nawet wtedy tracąc zasoby na walki między sobą o dominację. Oni potrzebowali jednego przywódcy, byli przyzwyczajeni służyć Imperium, ale w jego dawnej formie. Lupus nie zamierzał odmawiać im iluzji dążenia do tego stanu. Już czuł ich zainteresowanie, ciekawość, ulokowanie w Bractwie przyszłości lepszej niż rządzenie prowincjonalnymi planetkami za pomocą myśliwców TIE z demobilu.
Był jeden, który nie pasował do obrazka. Lupus nie musiał nawet szukać: spodziewał się konfrontacji z takim typem. Wzgardliwe parsknięcie przerwało rozmowy oficerów, po nim rozległy się kroki. Wysoki, ubrany w pompatyczną wariację na temat imperialnego munduru, lecz z dołożoną dużą ilością złota, łysy mężczyzna stanął przed Sithami i założył ręce na piersi.
- Każdy może nazwać się wielkim admirałem i obiecywać nam bajki - odezwał się nieprzyjemnym głosem wojskowy. Miał wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy. - Jednak moi ludzie tego nie kupią. Nie zamierzam brać udziału w czymś co jest planowane przez organizację, której nikt nie zna i nawet o niej nie słyszał. I jeszcze ten Mroczny Lord Sithów, każdy może się za niego podawać. Nie. Ja, admirał Rathyn Velu i moi ludzie nie weźmiemy udziału w tej operacji.
Po sali przeszedł cichy szmer. Lupus i Impus powoli przenieśli wzrok na agresora.
- Ależ panie admirale. Przecież to jest dobra okazja do odbudowy potęgi Imperium - odezwał się siedzący obok oficer w randze komandora. - Wszystkie próby zjednoczenia spełzły na niczym. Ale teraz się uda. Wierzę w to.
Admirał odwrócił głowę w stronę swojego podwładnego z niewypowiedzianą groźbą w spojrzeniu, ale na twarzy komandora nie było nawet cienia lęku. Wszyscy obecni na sali przyglądali się tej scenie z zaciekawieniem, znalazłszy konflikt, na którym można było skupić uwagę, jednocześnie bezpiecznie w nim nie uczestnicząc.. Sytuacja, w której oficer niższy stopniem jawnie sprzeciwił się swojemu dowódcy i to w obecności innych wysokich oficerów, nie była rzeczą często spotykaną.
- Proponuję ogłosić kilkuminutową przerwę - przerwał ciszę Lupus - Do podjęcia decyzji oraz omówienia wszystkich szczegółów musimy mieć otwarte umysły i chłodne głowy.
Admirał aż poczerwieniał na twarzy, a w jego spojrzeniu można było ujrzeć czysty gniew.
- Kimże ty jesteś żeby mi rozkazywać? Powiedziałem już nie będę brał w tym udziału. A z panem komandorem to sobie jeszcze coś niecoś wyjaśnimy później. Bo widać trochę dyscyplina kuleje w mojej załodze. - powiedział to z lekkim uśmiechem i szyderstwem w głosie, następnie zwrócił się do Lupusa - Służyłem Imperium gdy ty co najwyżej byłeś oficerem w jakiejś zapadłej dziurze. Jeśli w ogóle jesteś wojskowym. Nie, ja nie będę brał w tym udziału.
Kilku szturmowców chciało zajść admirałowi drogę, ale Mistrz Sithów dał im znak aby go przepuścili. Drzwi otworzyły się z sykiem i admirał wyszedł na korytarz.
Marszałek Floty tylko lekko się uśmiechnął.

Velu skierował się do turbowindy, którą miał zjechać do hangaru i opuścić stację. Wyciągnął komunikator i włączył go:
- Mówi admirał Velu, szykujcie prom do startu.
Potem wsiadł do windy i wcisnął guzik poziomu hangaru.Gdy ruszyła uspokoił się nieco. Bractwo Sithów. Dobre sobie. - pomyślał o tych wszystkich słabych admirałach, gubernatorach i innych, którzy chcieli zająć miejsce po Imperatorze. Wszyscy oni byli słabi lub szaleni w swoich planach i dlatego przegrali. Poza tym nie wierzył w Moc i zawsze uważał Imperatora za starego, zwariowanego akolitę dawno wymarłej religii.
Winda niespodziewanie zatrzymała się na jednym z poziomów. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna rasy Zabrak odziany w imperialny roboczy mundur służby naziemnej. Widząc admirała skłonił się lekko i nie chcąc przeszkadzać stanął bliżej drzwi. W lustrzanym odbiciu dostrzegł niezadowolenie na jego twarzy.
- Serwisowa turbowinda ma awarię więc musiałem skorzystać z tej. - powiedział Zabrak z lekkim wyrzutem w głosie. - Sam pan admirał rozumie. Schodów przecież tutaj nie ma.
Winda zmniejszyła prędkość, docierając na poziom hangaru. Admirałi przesunął się bliżej wyjścia, przygotowując się do szybkiego opuszczenia kabiny. Zabrak cofnął się gwałtownie, aż skrzynia z narzędziami, którą trzymał w lewej ręce uderzyła admirała w biodro. Ten syknął z bólu, a uderzenie było tak silne, że admirał uderzył głową w obudowę windy.
- Najmocniej przepraszam. Proszę o wybaczenie. - pochylił się nad admirałem - Jestem gotów ponieść konsekwencje za swoją niezdarność.
Chwycił admirała lewą dłonią i pomógł wstać.
Jednocześnie prawa powędrowała do kieszeni i wyjął z niej igłę z iniektorem.
Jednym wprawnym ruchem wysunął niezwykle cienkie ostrze i niezauważenie ukuł admirała w szyję. Trutka trafiła do obiegu krwi.
Admirał wreszcie wyprostował się i nie patrząc na Zabraka odparł z nieukrywaną wściekłością:
- Powinien pan zostać aresztowany za niechlujstwo, narażenie wyższego stopniem na niebezpieczeństwo. - mówiąc te słowa wyszedł z turbowindy gdy ta otworzyła się i z lekkim utykaniem podążył do czekającego promu.
Zabrak poczekał jeszcze, aż admirał wejdzie na pokład i wzbije się do lotu. Dopiero wtedy wyjął ukryty komunikator.
- Zadanie wykonane. Admirał Velu już nam nie przeszkodzi.
Gdy tylko prom wystartował, oficer, drugi pilot udał się do przedziału pasażerskiego aby zawiadomić admirała, że niedługo będą na miejscu. Podszedł do dowódcy, zameldował że niedługo będą na okręcie flagowym i już miał odejść, kiedy zauważył ,że głowa admirała lekko opadła na bok. Oficer nachylił się nad admirałem i zamarł. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że Velu nie żyje. Sprawdził tętno. Było ledwo wyczuwalne, zawołał do pilota żeby zawracał na stację.
- Tu prom admirała Velu. Potrzebna jest pomoc medyczna. Admirał zasłabł.
- Tu "Armaiter IV", zrozumiałem. W hangarze będą czekać służby medyczne. Lądowisko 21.
W kompleksie medycznym, w małej sali przy drzwiach, przy których stała ochrona, wokół łóżka z pacjentem zebrało się kilku lekarzy dyskutujących nad diagnozą. Przeprowadzono wszystkie możliwe badania. Po godzinie ogłoszono, że admirał Velu z niewyjaśnionych jeszcze przyczyn doznał urazu głowy. Urazy były tak rozległe, że medycy podjęli decyzję o utrzymywaniu go w śpiączce farmakologicznej.
Tego samego dnia siły Niezależnego Triumwiratu Złotego Świtu Velu przeszły pod kontrolę komandora Byyrsa, podpisany został traktat z Bractwem Sith, zaś wszyscy oficerowie otrzymali rozkaz pozbycia się okropnych złotych zdobień ze swoich mundurów.

[Rhelg, Szkoła Kreacji, świt]
Postrzępione wierzchołki odległych szczytów kąpały się w purpurze wstającego słońca. Ponad nimi, rzucając ku dolinom świetliste cienie, zwolna unosiła się złocista tarcza. Dolinami gnał wiatr, ze świstem przelatywał przez szczeliny skał, z głuchym hukiem rozbijał się o ściany kotliny Rel’liin, by zginąć w końcu gdzieś daleko, na rozległych równinach płaskowyżu. Nieustający podmuch, zdawałoby się że niemal odwieczny, zawsze jednakowo chłodny, przenikliwy do szpiku kości ciągnął od Czarnej Twierdzy, wspinał się po chropowatej grani i targał połami szaty postaci stojącej na skraju klifu. Niósł ze sobą suche, trujące powietrze, ale spowita w Moc postać zdawała się tego nie zauważać. Splotła ręce na piersiach i wystawiła ku wschodzącemu słońcu twarz.
Od kilku dni zadawała sobie pytanie, kim jest.

Kas’sil’arani z Falangi Syndyka Mitth’raw’nuruodo, kapitan i ambasador ludu Chissów odeszła kilkanaście dni temu w zapomnianym przez Moc systemie Aviq Sqi. Ona i jej ludzie zrobili rzecz konieczną, lecz w jej oczach ohydną. Do tej pory była wojownikiem pełnym poświęcenia, odpowiedzialności i honoru. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Zgadzając się na masakrę cywili, złamała samą siebie. Nie była już godna swego nazwiska, nie pozwalała sobie nazywać się wojownikiem Chissów. Nie dawała sobie prawa przebywania nawet w ich przestrzeni międzygwiezdnej. Nikt z jej ludu nie wiedział o tym, co tak naprawdę stało się nad Aviq III, Uk’sori i Buhheszą, lecz ona wiedziała. I gdyby nie opuściła swojej przeszłości, tradycji i rodziny, gdyby udawała, że nic się nie stało, gdyby nadal nazywała siebie Kas’sil’arani, nie mogłaby spojrzeć sobie w twarz.
Zatem odeszła. Odesłała swoim bliskim wszystko to, co łączyło ją z nimi. Rozumieli. Wiedzieli, że żyje, ale pojmowali, iż musiało stać się coś potwornego. Pozostała im tylko nadzieja, że Kass spłaci swój dług, jakikolwiek by nie był i kiedyś do nich powróci.
Ostatni tydzień spędziła na Korribanie, teraz wróciła na Rhelg. O ile Akademia Sithów, gdzie była Nadzorcą Nowicjuszy tętniła życiem, o tyle Szkoła Kreacji, której chwilowo przewodziła zdawała się być wymarła: rozkazy Mrocznego Lorda zagoniły wszystkich do mniej lub bardziej tajnych zadań na odległych światach Galaktyki, po którą Bractwo chciwie wyciąga ręce, a lada dzień nadejdą nowe rozkazy dla Floty, tym samym i dla niej.
Owinęła się ciaśniej połami bluzy i spokojnym krokiem ruszyła ku wejściu na teren szkoły, co dzięki iluzji nałożonej na placówkę wyglądało, jakby kobieta wnikała w kamień.
Przepełnione Mocą planety Sithów nie dały jej jednoznacznej odpowiedzi. Kass była zła. Bądź co bądź przechodziła dosyć istotny etap w swoim życiu. Może zadawała niewłaściwe pytania? Może odpowiedzi były w zasięgu ręki, należało tylko je zrozumieć i właściwie zinterpretować?
Zatrzymała się na jednym z placów zalanych słońcem, zamknęła oczy i wyciszyła umysł. Wyrzuciła z głowy irytację i złość, uspokoiła swoje wnętrze i otworzyła się na otaczający ją świat. Już po chwili zmarszczyła brwi i przechyliła głowę lekko w bok, jakby nasłuchiwała.
Cisza. Ciągły szept Rhelg przestał rozlegać się w jej umyśle. Odwróciła się powoli: zgrzyt żwiru pod butami był dziwnie wytłumiony, a z pobliskiej dżungli również nie dolatywał do niej żaden dźwięk. Otworzyła oczy, rozejrzała się czujnie i sprawdziła na ręcznym datapadzie stan bezpieczeństwa, ale wszystko było w porządku.
Opuściła ręce ocierając je o dwa miecze świetlne wiszące u pasa… i zaśmiała się lekko: poszukując wielkich znaków nie zwróciła uwagi na coś, co miała ciągle przed oczyma: dopiero teraz uświadomiła sobie, że sam Korriban był wskazówką.
Zdaje się, że za bardzo przyzwyczaiła się do otrzymywania instrukcji od swoich mentorów i informacji podawanych jej dosłownie na tacy poprzez systemy pokładowe. Potarła brwi i wyprostowała się. Przeszłość i utracone dziedzictwo ma wokół siebie. Spuścizna władców Mocy jest przecież jej własnym. Ile razy słyszała to z ust innych Sithów? Kiwała głową i mówiła, że wie i rozumie. Ale nie rozumiała. W pełni pojęła to dopiero teraz. Dopiero teraz poczuła się częścią tej wspólnoty, dziedziczką Wygnanych Jedi, spadkobiercą mistrzów alchemii i władców Ciemnej Strony. Roześmiała się i sięgnęła Mocą wokół siebie, a planeta odpowiedziała jej tak dobrze znanym szmerem oraz śpiewem ptaków i skrzekiem istot zamieszkujących dżunglę.

Natychmiast poszła do jednego z pawilonów, gdzie kilka pięter pod ziemią mieścił się skarbiec Szkoły. Miała kody dostępu więc szybko weszła do głównej sali, gdzie na marmurowym postumencie, na miękkiej poduszce (poduszka była jej pomysłem) spoczywał najcenniejszy dla Magini skarb.
Rękojeść kryształowego miecza Mrocznego Lorda Ludo Kressha.
Nie sposób było nie podziwiać maestrii wykonania, ogromu pracy i skupienia włożonego w wykucie tej wspaniałej broni. Co prawda z samego ostrza pozostał tylko ułamany kawałek i kilka mniejszych kryształów, ale to wystarczało, by delikatnie rezonował w Mocy. Niemal z nabożną czcią dotknęła starożytnej, skórzanej rękojeści i poczuła lekkie mrowienie w opuszkach palców. Uśmiechnęła się. Pomyślała, że musi nauczyć się wreszcie postkognicji. Gdyby potrafiła, dzięki Mocy ujrzałaby losy tej niezwykłej broni. Może nawet ujrzałaby jej twórcę? Powoli i ostrożnie zamknęła na niej dłoń, drobną i małą w porównaniu do artefaktu.
- Oto jestem - powiedziała w niemal zapomnianym języku synów tej ziemi - by walczyć za Imperium Sithów.

Nastaje nowy Złoty Wiek, potężna flota sunie przez kosmiczną pustkę, na powierzchniach podbijanych planet tysiące wojowników… Skały barwy rdzy, jest wieczór lub niebo tak zasnute pożogą, że zdaje się wieczór, sterczące klify skał rozrzucone po płaskowyżu, między nimi, po ziemi płynie niekończąca się fala czerwonoskórych Massassi. Na każdym z klifów stoi jeden Sith - wyciąga przed siebie ramiona, rozpościera nad wojskiem swoją Moc. Prądy władców Mroku łączą się ze sobą, dają siłę im nawzajem i ich armii, unoszą się zaklęcia, zrywa się wiatr…

Magini Sithów otrząsnęła się z niespodziewanej wizji. Spojrzała na artefakt, na którym wciąż zaciskała palce i otworzyła dłoń. Wiedziała już kim jest i co ma robić.
- Mae Lyaww - wymówiła powoli, smakując brzmienie słów swojego nowego imienia - Jestem Mae Lyaww z Rhelg.
Jeszcze chwilę postała przy mieczu, po czym skinęła lekko głową jakby do własnych myśli i czując wzbierającą w sobie Moc, wyszła ze Skarbca. Skierowała się ku swojemu pawilonowi. Tam nakazała służącej przynieść próbki niebieskich materiałów, a gdy wybrała piękny, głęboki błękit, kazała uszyć z tego płaszcz. Potem zamknęła się w laboratorium, by nadać dusze dwóm amuletom, nad którymi pracowała od miesięcy, w przerwach między ważniejszymi zadaniami. Korzystając z możliwości “Burzyciela Słońc” wytopiła w sercu gwiazdy dwa kryształy: przeźroczyste stożki o błękitnym odcieniu, o średnicy trzech centymetrów. Potem kazała wykuć dla nich dwa gniazda z litego złota. Kryształy z obudową złączyła magią Sithów, do tego doszły durajedwabne paski i teraz wygodnie oba talizmany dały się założyć na zewnętrzną stronę dłoni.
Idzie na wojnę, więc potrzebuje tylko dwóch rzeczy: broni oraz osłony. Nie zwlekając już dłużej, zagłębiła się w Moc i zabrała do roboty.

[Keldabe, stolica planety Mandalore]
Yormi siedział naprzeciwko starszego, ciemnoskórego mężczyzny rasy ludzkiej, którego twarz pokrywały blizny - pamiątki po czasach, kiedy był on sławnym w całej galaktyce łowcą nagród. Obecnie Boba Fett pełnił funkcję Mandalora, przekazaną mu przez Fenna Shysę. Patrzył na przybyłego, jakby chciał ocenić jego wiarygodność.
Propozycja, z którą Bothanin przybył, wydawała się zaskakująca. Chociaż w swojej karierze Fett stykał się z Ciemną Stroną Mocy, po raz pierwszy widział Mandalorianina, który oprócz zwykłej broni używał również tego rodzaju oręża. Zaintrygowany przedstawioną ogólnikowo przez hologram prośbą Blaaka, zgodził się na spotkanie twarzą w twarz.
Siedzieli w jednej z kantyn, sami, co było dowodem zaufania ze strony Boby. Na zewnątrz znajdował się co prawda oddział ochrony Mandalora, ale były łowca zabronił im przeszkadzać sobie i gościowi.
- Cóż - odezwał się w końcu Boba. - Jesteś tu, więc myślę, że pora przedstawić propozycję, z którą tu przybyłeś.
- Mandalorze - skłonił się Bothanin. - Przybywam z polecenia Bractwa Sithów...
- Słyszałem, że jest ich zwykle dwóch. Czyżby coś się zmieniło?
- Tak, Mandalorze. - W tym miejscu Yormi skrótowo przedstawił historię Bractwa, zaś Fett, popijając ciemne piwo zwane ne'tra gal, słuchał uważnie. Nie oceniał, nie reagował emocjonalnie: chłodno przyswajał podawane mu informacje, aktualizując na ich podstawie swój własny obraz Galaktyki.
- Co zaś do mojej, to znaczy naszej sprawy - podjął Blaak - jest ona następująca: Yuuzhanie zbierają się w systemie Bandomeer. Proponuję sojusz w celu dokonania ataku wyprzedzającego. - Zanurzył pysk w swoim kubku, dając starszemu człowiekowi czas na zastanowienie.
- Hm - mruknął Fett. - Podejrzewam, że wygrana Vongese nie wpłynie dodatnio na pozycję Bractwa? - roześmiał się. - Nie ma się co jeżyć, ner vod - zauważył, że Yormi zesztywniał. - Pamiętaj, że możesz mieć Moc do swojej dyspozycji, ale nie ma to jak dobry blaster w ręce, która nie zatrzyma się, zabijając.
Bothanin uśmiechnął się również i skłonił.
- Wybacz, Mandalorze.
- Cóż, myślę, że będziemy w stanie wam pomóc. Daj mi czas na powiadomienie ludzi. Skontaktuję się z tobą. A tymczasem...
Podniósł kubek i zaśpiewał popularną pieśń biesiadną "Buy'ce gal, buy'ce tal", do której wkrótce dołączył Sith. Obaj wybuchnęli śmiechem i stuknęli się naczyniami. Dobrze być na sławnej planecie Mando’ade - pomyślał Bothanin. - No i dowiedzieć się, że Fett ma poczucie humoru.

Kilka dni później stary Mandalorianin wyraził zgodę.

[Khar Shian, godzina 23.30 czasu miejscowego]
Rozległe plantacje drzewek baffor i łączące się z nimi laboratoria przypominały potężną podziemną fabrykę, schowaną głęboko w trzewiach Cytadeli Strażników Wiedzy. Mae Lyaww nie wchodziła nawet na główną salę: lata badań i pracy mogłyby zostać zniszczone przez kogoś, kto nie poznał dokładnie całego procesu wzrostu, pozyskiwania i przetwarzania pyłku. Dlatego z isalamirem na szyi stała za transpalstalową szybą i podziwiała dokonania Lorda Ventressa i jego zespołu. Do wykonania swojego zadania w zasadzie nie musiała przylatywać na Khar Shian, ale nie mogła odmówić sobie tej przyjemności.
Za to nowa misja trochę ją rozczarowała. Zamiast floty uderzeniowej pod osobiste rozkazy ma rozwinąć formułę Vabium Gamma jak daleko się da i to jak najszybciej, kiedy cała dotychczasowa dokumentacja była równie obszerna jak rozciągające się przed nią pola drzewek.
Zirytowana Mae podrapała się po czole. No trudno, zarwie kilka nocy, ale wyczaruje z tego coś cudownie morderczego, żeby raz na zawsze zetrzeć z powierzchni planet vongową zarazę.
- Całą dokumentację z próbkami toksyny do badań prześlijcie mi na Rhelg - zwróciła się do Uyanny, młodej Czarownicy Sithów, która ją oprowadzała - Jak tylko uda mi się coś zmienić, wdrażać będziemy to tutaj.
- Tak jest, Magini. - odparła dziewczyna, słusznie dumna z wrażenia, jakie zrobili na Chissance.

Biały myśliwiec typu Nssis ciężko chodził pod rękami pozbawionymi wsparcia Mocy, ale Lyaww musiała na nowo przyzwyczaić się do takiego działania. Podczas starcia z Vongami Moc mogła równie dobrze pomieszać szyki jak agent obcego wywiadu, a na porażkę, nawet najmniejszą nie mogła sobie pozwolić. Lecąc w błękitno-białym tunelu hiperprzestrzeni myślała nad najbardziej efektywnym podziałem floty i zasobów… no, jak już będzie co dzielić. O walki w przestrzeni się nie bała, jednak gdyby przyszło do lądowania lub abordażu… jeśli na te ich statki można wejść w jakiś cywilizowany sposób, wypadałoby mieć wojowników, którzy dadzą sobie radę z tymi ampistafami i nie padną po pierwszym ciosie. W jednej łapie charric, w drugiej…
Uśmiechnęła się do siebie. Elementy układanki zaczynały pasować. Wyjęła datapad i zaczęła wklepywać rozkazy dla swoich oddziałów.

[Rhelg, Szkoła Kreacji, dwa dni później]
Główne laboratorium Szkoły Kreacji zapchane było nowym sprzętem, próbkami testowymi, droidami analitycznymi, a na głównym stole ziała w Mocy wielka, lodowata dziura: były to kawałki koralu yorrik, części zbroi z kraba vonduun, a także kilka fragmentów ciała jakiegoś zestrzelonego Vongi.
Mae Lyaww skrupulatnie przygotowała wcześniej całe pomieszczenie, tak jak do każdej bardziej skomplikowanej transmutacji. Potem usiadła wygodnie i otworzyła się na Moc.

Potężna, pierwotna energia planety drgała wokół niej, oplatając ją szczelnym całunem, przenikała i łączyła z każdą rzeczą w laboratorium. Gdy gęsta sieć wzajemnych powiązań została utkana, Chissanka pchnęła swoją Wolę poprzez wszczepione implanty cybernetyczne do droidów, dataterminali i całej aparatury badawczej. Sala jakby ożyła: rozbłysły kontrolki, holoprojektory i ekrany monitorów, a serwomotory i różne czujniki zagrały nierównym wizgiem. Po chwili elektroniczne impulsy stały się przedłużeniem krwiobiegu Magini Sithów. To było proste. Teraz czeka ją naprawdę trudne zadanie.
Mae sięgnęła głębiej w Moc i dotknęła mikstury z Khar Shian zwanej Vabium Gamma. Modyfikowany pyłek z drzew baffor, zabójczy dla krabów vonduun udoskonalono, ale to nie był jeszcze koniec. Czy paradoksalnie dzięki Mocy Sithowie potrafili stworzyć toksynę zmieniającą kod genetyczny niewidzianych poprzez Moc istot? Jak daleko można było się posunąć? Na te pytania miała znaleźć odpowiedź.
Zatem rozpoczęła recytowanie pradawnych inkantacji pomagających w rytuale transmutacji. Eterycznymi palcami dotknęła mikstury wnikając w jej strukturę aż do poziomu DNA, zmieniając ustawienie cząstek. Monitorująca skład chemiczny aparatura potwierdziła zmianę. Dobrze. Jeszcze raz. I jeszcze…
Mae widziała zmiany w Mocy, a dzięki mechu-deru od razu miała analizę rzeczywistą. Prowadzone jej Wolą droidy co jakiś czas sprawdzały jakość specyfiku na próbkach, łańcuchy cząstek rozpadały się, łączyły i znów rozpadały, by za każdym razem połączyć w jeszcze innej kombinacji, niebezpieczniejszej, zjadliwszej.
W pewnym momencie kobieta zdała sobie sprawę, że do tej pory nie miała styczności z równie potężną trucizną. Zmieniła nieco jej strukturę molekularną i dodała nowy składnik. Jeden z terminali pisnął, wyświetlając nowe informacje, ale Mae nie musiała patrzeć na holoekran, by wiedzieć, że stworzyła coś nowego. Ale to ciągle było za mało. Zmieniając w innym miejscu, modyfikowała zasadę działania. Dopiero na tym etapie było to możliwe. I tu zaczynała się najlepsza zabawa. A więc jeszcze raz tu... i tutaj…
Wiele godzin później resztką sił przestawiła cząsteczki w ostatnim mililitrze toksyny.
Niesamowicie zmęczona, ale zadowolona z siebie otworzyła oczy. Na wprost niej stalowe ramię droida trzymało fiolkę z bursztynowym płynem.
- Witaj, moja piękna. - szepnęła Chissanka.

[Khar Shian, Cytadela Strażników Wiedzy, 12.32 czasu miejscowego]
Yuuzhanin wybrany do testów miotał obelgi, przykuty do stołu w jednym z laboratoriów. Mae wzięła pierwszego z brzegu z przetrzymywanych w lochach Cytadeli jeńców. Z niewielkiej walizeczki wyjęła fiolkę z trucizną i przelała zawartość do zbiorniczka droida przesłuchującego, nakazując urządzeniu rozpocząć serię eksperymentów: od najmniejszej dawki na skórę, poprzez rozpylanie, na aplikacji dożylnej kończąc. Sieć czujników podpięta do szarego ciała miała monitorować reakcję i ewentualne przemiany organizmu.
Vabium Gamma wchłaniało się bardzo ładnie, ze skutkiem śmiertelnym i natychmiastowym, toteż każdy kolejny sposób aplikacji wymagał nowej ofiary. Za to opis reakcji zachodzących w obcych organizmach przypominał symfonię.
- Ragnosie! - szepnął Ran'arden, twi'lekański Czarownik Sithów odpowiedzialny za cały proces – To… zmienia ich kod…
- … genetyczny – dokończyła Mae, uśmiechając się i poprzez implanty odczytując wyniki eksperymentu prosto z komputera – To działa! Mamy ich. - odwróciła się do dwójki towarzyszących jej Sithów – Trzeba opracować proces przetwórczy i go wdrożyć.
- A potem powiemy Mrocznemu Lordowi, że wojna ma się ku końcowi. - dodała Uyanna.

Opracowanie właściwej formuły przemiany pyłku w hektolitry bursztynowej śmierci zajęło trójce alchemików, ich zespołowi i sprzętowi dobre kilka godzin, ale złączeni w Mocy pracowali jak jedna maszyna i dwa dni później proces ruszył.
- Wieść o tym nie może dostać się w niepowołane ręce – przypomniał Ran'arden, kiedy zwołał krótkie zebranie całej ekipy z Khar Shian – Magini Lyaww – wskazał na zatopioną w Mocy Chissankę – właśnie sprawdza i poprawia procedury, przez co łączność może być trudniejsza. - uśmiechnął się i uniósł zaciśniętą pięść – Ale już niedługo. Lecimy na Korriban, poinformować Mrocznego Lorda o tym przełomie. Pardes – zwrócił się do jednego z Adeptów – Miej na wszystko oko.

[Korriban, Pałac Mrocznego Lorda, 14.35 czasu lokalnego]
Korriban.
Najważniejsza planeta Sithów. To stąd na całą galaktykę emanuje potęga Ciemnej Strony, stąd płyną rozkazy do Synów i Córek Mroku i to tu trafiają i łączą się wszelkie wieści, tu krystalizują się plany i wizje. W umyśle jednej, potężnej istoty: Mrocznego Lorda Sithów.
Stał on teraz przy wysokim oknie wychodzącym na ogrody, a jego wzrok omiatał pobliskie skaliste granie. Za jego plecami, w pozach pełnych szacunku, klęczało troje Sithów. Po kilku długich minutach lekko zwrócił ku nim głowę.
- Mroczny Lordzie - zaczęła najstarsza z nich, Kas’sil’arani, która z chyba tylko sobie znanych przyczyn zmieniła ostatnio imię na Mae Lyaww - udoskonaliliśmy toksynę z pyłku drzewek baffor. Teraz nie tylko zabija Vongów, ale powoduje nieodwracalne zmiany w kodzie genetycznym Yuuzhan, niszcząc wszelkie należące do nich formy życia.
- Wdrożenie jej zniszczy wiele, bardzo wiele istnień. - zauważył Darth Alkern, wypominając jej ostatnie moralne opory podczas użycia innej toksyny.
- Tak, mój Panie. - przyznała skwapliwie, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę… radości? - Vongów trzeba wymazać z powierzchni planet.
- Nawet jeśli będzie to oznaczało przypadkowe ofiary? Niewinne ofiary?
- Zdecydowanie i całkowicie, Lordzie Najwyższy. Nawet jeśli przyjdzie nam spalić planety do samego jądra.
- Więc je spal. - podszedł do nich - Za swoje dokonania - zwrócił się do dwojga naukowców z Cytadeli - mianuję was Magami Sithów. Ty zaś - spojrzenie bladobłękitnych oczu spoczęło na Chissance - będziesz nadzorować działanie Vabium Gamma w praktyce. Marszałek Floty ma, zdaje się, jakiś pomysł.
- Tak jest, Mroczny Lordzie.

[Syyla, Centrum Dowodzenia Floty Sithów, godzina 15.36 czasu miejscowego]
Serce Floty tętniło życiem. Rozkazy, polecenia, kurierzy i pracownicy sztabu tworzyli niepowtarzalny młyn, który napędzał spiralę śmierci, ognia i zniszczenia. Mae wparowała w to kłębowisko i wciągnęła głęboko w siebie spowijające wszystkich emocje. Centrum tego huraganu stanowiła dobrze jej znana, mroczna obecność Mistrza Sithów Lupusa.
Podeszła ku niemu, bezceremonialnie roztrącając wszystkich, który ośmielili się stanąć jej na drodze.
- Dowódco - zaczęła z ukłonem - wreszcie udało mi się ciebie złapać.
Marszałek Floty niechętnie oderwał się od absorbującego raportu i zmierzył Chissankę wzrokiem od stóp do głów.
- A, to ty. Myślałem, że przysłali kogoś nowego.
- Nie, to ja. Zgodnie z protokołem poinformowałam wszystkie uprawnione jednostki o zmianach, wedle rozpo…
Mistrz Sithów machnął zniecierpliwiony ręką.
- Wiem. I to nie jest regulaminowy mundur komodora.
- Nie jest. To jest regulaminowy strój Maga Sithów - wypaliła, aż otaczający Marszałka ludzie na chwilę zamilkli, po czym wzruszyła ramionami - Skoro działamy jawnie, nie ma sensu dłużej ukrywać swojej prawdziwej natury, prawda?
Lupus przyjrzał się jej nieco lepiej: pod niebieskim płaszczem z błyszczowełny pod samą szyję otulała ją lekka, czarna zbroja bojowa Chissów. Na pasie wisiały dwa miecze świetlne, a na obu dłoniach miała założone sithańskie amulety.
- Tak się teraz nosi na Rhelg? - wrócił do raportu - Kadzidełka też masz?
Mae uśmiechnęła się kwaśno i wyciągnęła datapad.
- Nie. Mam to. - i dodała szeptem - Vabium Gamma. Zobacz, co teraz potrafi z nimi zrobić.
Zaciekawiony znajomą nazwą Marszałek wziął urządzenie i przejrzał wyniki. Na koniec na ułamek sekundy uśmiechnął się krzywo.
- Świetnie. - stwierdził. - Widzę że poszerzyłaś jego działanie. Podpięłaś je jednak pod szlak systemu konserwacji kodu genetycznego?
- Tak, wymagało to nieco pracy, ale molekuła ma teraz o wiele większe dopasowanie do cząsteczek ich DNA. Wchodzi w nie jak w masło.
- Zatem moim rozkazem przejmujesz dowodzenie nad ósmą Grupą Operacyjną i wesprzesz Mistrza Yormiego w mandaloriańskiej ofensywie przeciwko Vongom. A oto, co zrobicie…

[Orbita Rhelg, okręt flagowy Dowództwa Sztabów Połączonych ISD Inkwizytor, godzina 9.16 czasu pokładowego]
Główny hangar niszczyciela rozświetlały zielono-pomarańczowe barwy Mandalorian. Refleksy świateł nie były nachalne, jednak dość dobrze widoczne. Przygotowując się do tej wizyty Mae z irytacją odkryła, iż nie ma żadnego oficjalnego ceremoniału towarzyszącego przybyciu Mandalora na pokład jednostki tej rangi. A że z natury lubowała się w ceremoniach tak jak większość jej ziomków, zdecydowała się na subtelną grę świateł i szpaler szturmowców.
Jednak zamiast spodziewanego statku dawnego łowcy nagród do hangaru wleciało pięć kanciastych myśliwców typu Cabur. Trzeba przyznać, że w równym szyku i z wprawą zajęły przeznaczone dla nich miejsca.
- Slave One to to nie jest. - mruknął zdegustowany kapitan Cesbron do stojącej koło niego Chissanki.
- Iviin’yc też nie. - odparła, marszcząc brwi: miała nadzieję spotkać Bobę Fetta i pochwalić się przed tak znanym wojownikiem swoim wypieszczonym okrętem.
- Ano, nie. - przytaknął kapitan. Chciał jeszcze dodać, że jaki Sith taki Mandalor, ale na swoje szczęście zachował tę jakże dowcipną uwagę dla siebie.
Pięcioro pilotów w zwyczajowych zbrojach zeszło na pokład i podeszło ku nim. Co najmniej jedna ludzka kobieta i dwóch obcych płci męskiej, z czego jeden był dowódcą. Mae ciekawiło, czy zdejmą hełmy, jednak gdyby tego nie zrobili, uszanowałaby ich tradycje.
Dowódca, Rodianin w zielonym beskar’gamie, zdjął hełm i ukłonił się.
- Niech Moc dobrze Ci służy, Magini.
- A fortuna wojowników niechaj uśmiecha się do ciebie. - odparła, tym samym kończąc część oficjalną - Gdzie jest Mandalor albo Mistrz Blaak? - zapytała chłodno.
- Nie każda sytuacja wymaga ich obecności - wyjaśnił - Jestem Argaan Savik, zastępca Mistrza Blaaka. Mam wszelkie uprawnienia…
- Narada sztabowa, a ci przysyłają porucznika - przerwała mu i spojrzała na stojących za nim Mandalorian - Ty, ty i ty - wskazała dowódcę oraz mężczyznę w czarnej zbroi ze złotymi pasami i kobietę w niebieskim beskar’gamie - idziecie z nami, reszta zostaje tutaj.

Nad stołem w mniejszej sali konferencyjnej wyświetlał się hologram systemu z trzema planetami. Dopiero, gdy za piątką wojowników zamknęły się drzwi, obraz zaczął się stopniowo uzupełniać o flotę Vongów.
- System Bandomeer - wyjaśnił Cesbron - Sektor Meerian, Zewnętrzne Rubieże. Obecnie w rękach Yuuzhan. Ich obecność tam nie podoba się nikomu, a gromadząca się armada sugeruje atak na…
- Mandalorę - dokończył wojownik w czarnej zbroi. Na plecach miał przyczepione futro z jakiegoś zwierzęcia, pewnie tego, które przeorało jego hełm pazurami.
- Właśnie. Mamy temu zapobiec. - ciągnął kapitan - Trzecia planeta sys… - zaciął się na chwilę, gdy holoprojektor bez jego ingerencji posłusznie pokazał Bandomeer, otoczony wianuszkiem asteroid i sztucznych satelitów - systemu poddawana jest przemianom na sprzęt wojenny. - obok planety wyświetlały się skoczki koralowe w różnym stadium, dovin basale i yammoski wraz z krótkimi opisami - Jednak jej otoczenie - wskazał na asteroidy - nie i jest tylko patrolowane przez myśliwce.
Jeden z tych punktów zamigotał i powiększył się, ukazując znajdujący się na powierzchni skały konglomerat.
- Asteroida GN-112, swego czasu przerobiona na największą w systemie fabrykę chemiczną - wyjaśniał kapitan - Plan jest następujący - Cesbron znów się skrzywił, gdy obraz zmienił się na planetę z flotą Vongów, a wraz z każdymi nowymi informacjami pojawiały się jednostki Mandalorian i Sithów. Rzucił zdziwione spojrzenie na Mae, ale przystał na takie zdalne sterowanie. - Trzeba wykonać atak odwracający uwagę na siły Yuuzhan, po czym korzystając z zamieszania przydokować tankowcem do stacji. Tankowiec będzie przypominał koralowe jednostki Vongów, już nad tym pracujemy. Waszym zadaniem będzie wyeliminowanie ewentualnego oporu i przepompowanie z tankowca do zbiorników fabryki kilkaset tysięcy metrów sześciennych zmodyfikowanego Vabium Gamma…
- Czego? - Rodianin skrzywił ryjek: widocznie Blaak nie o wszystkim mu opowiedział.
- Broń chemiczna naszej produkcji. - wyjaśniła Chissanka - Trucizna zabijająca wszelkie vongowate formy życia, działa bardzo szybko i mamy jej wystarczającą ilość.
- Chcecie ich wytruć?
- Właśnie.
- Jak to działa na inne rasy?
- Obojętna dla Ludzi, Twi’leków i Chissów. Reszty nie sprawdzaliśmy. - czerwone, pałające oczy zwróciły się ku Savikowi - Nie mamy na to czasu. Radzę nie zdejmować hełmu.
Drugi Mando prychnął pod nosem:
- Jeśli Vongese dowiedzą się o tym, ich zemsta będzie straszna.
- Dlatego nie mogą się o tym dowiedzieć. Żadna wroga jednostka nie może opuścić systemu.
Przechylił głowę: - Ciężko będzie tego dokonać.
Mae przytaknęła: - Musi nam się udać, bo nie mamy innego wyjścia.
- Po przepompowaniu trucizny - podjął kapitan po chwili ciężkiego milczenia - korzystając z silników stacji i tankowca wyślecie fabrykę na kurs kolizyjny z Bandomeer. Połączona Flota Mandalorian i Federacji ma za zadanie osłonić asteroidę przed kontratakiem oraz udaremnić próby ewakuacji wojsk z planety. Z tej wysokości uderzenie fabryki o Bandomeer spowoduje rozprzestrzenienie się trucizny po całej planecie w postaci wielkiej chmury, niszcząc wszystkie yuuzhańskie formy życia. Taka zima nuklearna, tylko że razem z pyłem spadnie także broń biologiczna.
Milcząca i trzymająca się do tej pory z boku kobieta podeszła do holoprojekcji i przyglądała się jej przez chwilę.
- Mogę zobaczyć jeszcze raz symulację ataku?
Obraz przewinął się i asteroida ponownie z rozmachem uderzyła w powierzchnię, wysyłając w powietrze tumany pyłu, który niedługo otoczył cały glob.
- Nie jestem przekonana - rzekła po chwili - zbyt wiele nadziei pokładacie w ręce losu.
- Będę nią sterować - wyjaśniła Mae.
Czarny wizjer w kształcie litery T zwrócił się w jej stronę: - Czym?
- Chmurą, bitwą, wszystkim.
- To niemożliwe.
Magini spojrzała w hełm, przewiercając go zmysłami na wylot. W Mandaloriance nie wyczuła zwątpienia, tylko brak znajomości Mocy.
- Technicznie rzecz biorąc, wykonalne, a z każdą chwilą przeciwników będzie mniej. Wystarczy strącić ich w atmosferę, a kontakt z toksyną zabije ich statki. Dlatego trzeba nam wielu pilotów.
- Będziemy schodzić na powierzchnię Bandomeer? - zapytał Savik.
- Nie. Nie ma potrzeby. Zostajecie w przestrzeni.
- Czy taki plan zadowala Mandalorę? - zapytał Cesbron Rodianina, praktycznie zrzucając na jego barki odpowiedzialność za losy planety i ludu.
Wojownik zawahał się, ale w końcu skinął głową: - Tak.
- Świetnie - ciemnoskóra Chissanka uśmiechnęła się, a hologram rozświetliły nowe obrazy z najpełniejszymi informacjami o własnych okrętach - Przejdźmy zatem do szczegółów operacji.
Darth Alkern, Dark Lord of the Brotherhood of the Sith
"Only through hard work of others can we attain our dreams."

Awatar użytkownika
Alkern
Dark Lord
Posty: 2014
Rejestracja: 03 paź 2015, 18:03

Flota

#5

Post autor: Alkern » 28 lut 2017, 23:13

II

[Raychorth, Centrum Dowodzenia Floty Sith, 23:10 czasu miejscowego]
Przy wielkim stole konferencyjnym zebrało się wysokie dowództwo Floty Sith i Federacji Wolnych Planet Rubieży, uzupełnione o świeżo zrekrutowanych dowódców odłamów Imperium. Gigantyczny holoprojektor pokazywał mapę Galaktyki, podświetlając różnymi kolorami ruchy wojsk i granice terytoriów.
Lupus był zadowolony. Do Sithów przyłączyło się siedemdziesiąt procent resztek Imperium, w większości niewielkie flotylle pozbawione silnego dowództwa, aspirujące do odzyskania dominacji Imperium w Galaktyce. Marszałek potrzebował ambitnych dowódców - miał zamiar rzucić ich na pierwszą linię frontu, gdzie straty zawsze były największe, zaś ci którzy przeżyją, staną się doświadczonymi, bardziej wartościowymi oficerami. W tym przypadku nie miał skrupułów przed wykorzystaniem ich zapędów.
Przyłączenie się nowych systemów i gospodarek do Floty bardzo pomogło logistyce. Nowe stocznie naprawcze, tankowce dalekiego zasięgu i flota transportowa wreszcie zbalansowały nadmiar militarnych jednostek Floty Sith, nierzadko będącej w deficycie zaopatrzenia. Z pewnością były to atuty, które bardzo pomogą w nadchodzących miesiącach.
Światła na sali przygasły, kiedy Marszałek podszedł do stołu. Miał na sobie biały mundur wielkiego admirała: zastanawiał się, czy założenie tak ostentacyjnego symbolu nie będzie potwarzą dla co bardziej konserwatywnych oficerów spoza Bractwa, ale wiedział równocześnie że ujawnienie wielkiej jak na ukrytą organizację potęgi militarnej Sithów zrobiło na nich takie wrażenie, że mógł równie dobrze przemalować się na Chissa i podziwiać sztukę nowoczesną na mostku swojego okrętu.
- Panowie, panie - powiedział Człowiek, podświetlając na czerwono nowe terytoria Bractwa Sith. - Zaczynajmy.
Podświetlił na pomarańczowo również terytoria Mandalorian. Niedaleko nich rysowała się fioletowa granica inwazji Vongów. Obecny na sali przedstawiciel Mandalorian poruszył się na krześle.
- Po pierwsze rozwieję wszystkie wątpliwości odnośnie tego, co widzicie. Yuuzhanie planują zaatakować naszych sojuszników, Mandalorian. W tym momencie realizowany jest atak wyprzedzający na ich siły zbierające się w systemie Bandomeer, czym zajmuje się na froncie mój zastępca, Komodor K… Mae Lyaww. Zwabiamy ich siły w pułapkę, po czym zrzucamy z orbity fabrykę chemiczną napełnioną naszą antyyuuzhańską bronią biologiczną: przy odrobinie szczęścia niszczymy ich kompletnie. Plan jest w tym momencie realizowany przy wsparciu floty Mandalorian.
Rozległo się kilka szmerów rozmów. Niewzruszony Lupus podświetlił na niebiesko i zielono terytoria Nowej Republiki i przyłączone do niej imperium Pellaeona.
- Bardziej interesuje nas sytuacja tutaj i to będzie wasza główna odpowiedzialność. Republika słabnie z każdym dniem, jednak Pellaeon ma w rękawie jeszcze kilka mocnych kart. Nie możemy dopuścić do tego, by zintegrowali swoje siły. Dlatego też musimy zniszczyć ich sojusz.
- To będzie zadanie dla Pierwszej Grupy Imperialnej, jako że posiada doświadczenie w wojnie na małą skalę. Bez urazy, panowie - powiedział Lupus do byłych oficerów Odłamów, uśmiechając się lekko. - Waszym celem jest publiczne nękanie Republiki. Atakujcie ich konwoje, transportowce, cele cywilne. Niech zobaczy was jak najwięcej obywateli: dostarczymy wam fałszywych transponderów i dowodów na to, że służycie pod Pellaeonem.. Republika musi stracić zaufanie i szacunek do jego imperium, zaś on sam będzie poświęcał swoje zasoby na polowanie na waszą partyzantkę oraz ratowanie swojego wizerunku w mediach. Zróbcie z niego emeryta, który nie potrafi upilnować swoich podwładnych przed poddaniem się starym uprzedzeniom i nienawiści do Rebeliantów.
- Tak jest, panie marszałku - odpowiedział komodor Uriah Baqu, dowódca Pierwszej.
- Te działania dadzą nam czas na przygotowanie decydującego uderzenia. Coruscant upadło, w tym momencie siedziba Nowej Republiki została przeniesiona na Mon Calamari… siedzibą Pellaeona jest oczywiście Bastion. - Na holomapie zapłonęły punkty oznaczające wspomniane układy. - Zdobywając Mon Calamari zadamy dość mocny cios koalicji. Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że Resztki Imperium i Nową Republikę dzieli wielki pas zajęty przez Yuuzhan, więc ich siły nie są na tyle mobilne, by szybko odpowiedzieć na agresję wobec sojusznika. To będzie wojna błyskawiczna. Jeżeli złamiemy Republikę w ich nowej siedzibie, Pellaeon może nawet przemyśli swoją lojalność.
- A obcy, Marszałku? - zapytał admirał Leeran. - Mamy nad nimi chwilową przewagę dzięki naszej broni biologicznej, jednak nie będzie ona wieczna. Za chwilę opracują technologię uodpornienia się na nią lub postanowią…
- … zaatakować jej fabryki - uzupełnił spokojnie Lupus. - Wywiad pomoże nam w tej kwestii. Musimy rozsiać jak najwięcej plotek i tropów prowadzących do systemu, gdzie będzie im się wydawało, że ma miejsce produkcja. Po czym zrobimy to samo z Republiką. Przy odrobinie szczęścia powinno się udać napuścić ich na siebie nawzajem: gdy zwabimy Vongów na terytoria Nowej Republiki i zmusimy ją do obrony ich światów, uderzymy na Mon Calamari.
- Śmiały plan, panie marszałku. Jednak kroczymy po kruchym lodzie, zasoby Bractwa nie są niewyczerpane.
Lupus uśmiechnął się drapieżnie.
- Odwagi, admirale. Są wystarczające. Przygotowaliśmy się dobrze na ten moment.

[Wysoka orbita Rhelg, okręt flagowy Dowództwa Sztabów Połączonych ISD Inkwizytor, godzina 21.20 czasu pokładowego]
Mae Lyaww siedziała na durastalowej podłodze swojej nowej komory medytacyjnej i w skupieniu sprawdzała połączenia z okrętem i jego systemami. Bez dwóch zdań otaczająca ją sfera poprawiała koncentrację i ułatwiała komunikację poprzez mechu-deru. Ekrany taktyczne umieszczone były na wszelki wypadek. Z boku, pod ścianą leżał miecz wojenny Sithów, obok niego stała niewielka szkatułka z zielonym, lśniącym w Mocy kryształem.
Niszczyciel był już gotów do drogi, Grupa Operacyjna czekała na rozkaz skoku do systemu Bandomeer. Transportowiec z toksyną zmierzał do celu już od kilku godzin.
- Pani - przez komlink dobiegł ją głos kapitana Cesbrona - Inkwizytor jest gotowy. Możemy ruszać.
- Czekamy jeszcze na jedną osobę. - odparła - Niedługo powinien wejść do systemu. Proszę go skierować do hangaru oficerskiego, a potem przysłać tutaj.

Rzeczywiście. Kwadrans później na pokładzie wylądował czarny, prywatny, lekki frachtowiec. Po kilku minutach jedyny pasażer wszedł do kajuty medytacyjnej. Drzwi kapsuły otworzyły się i Mae wskazała mu miejsce na przeciw siebie.
- Ufam, że miałeś przyjemną podróż, Xanorze?
- Znośną, dziękuję. - Mag Sithów rozsiadł się wygodnie - To jaki jest plan, Kass?
- Mae. Nazywam się Mae. - mruknęła, doskonale zdając sobie sprawę, że młodszy Sith się z nią droczy - Lecimy na Bandomeer wybić Vongów do nogi.
- Świetnie. Czego ode mnie chcesz?
- Poprawienia koordynacji i sterowania chmurą pyłu.
Mężczyzna popatrzył na nią jak na wariatkę: - Nie żebym się wtrącał, ale chociaż jeden blaster wzięliście?
- Potrafisz tworzyć wichry, prawda?
- Potrafię.
Skinęła głową: - To powinno wystarczyć.
Zamknął oczy i uśmiechnął się filuternie: - Nie masz blastera.

[Zewnętrzne Rubieże, Sektor Meerian, System Bandomeer, kilka godzin później]
Pustka. Lodowata, oślizgła pustka rozciągała się w Mocy tam, gdzie powinna być cała planeta. Dopiero spojrzenie poprzez systemy niszczyciela ukazywało dwojgu Sithom szaro-niebieską powierzchnię vongoformowanej Bandomeer. Kiedy Inkwizytor wyskoczył z hiperprzestrzeni na skraju systemu Moc i technologia połączyły siły, by dać jak najpełniejszy obraz sytuacji. Bitwą ma dowodzić kapitan Cesbron i to w jego rękach losy połączonej floty złożyła Mae. Ufała jego doświadczeniu i była pewna, że nie zawaha się ani razu. Postanowiła nie wtrącać się i skupić wraz z Xanorem na swoim zadaniu.

Pogrążeni w głębokim transie Sithowie złączyli swoje umysły w jeden. Wzmocniony strumień Woli trysnął z pokładu niszczyciela i rozpostarł się wokół wychodzącej w różnych miejscach z hiperprzestrzeni floty Sithów i Mandalorian.

Głodni zemsty piloci natychmiast rzucili się na koralowe okręty najeźdźców, odciągając je jak najdalej od zapomnianej asteroidy ze starą fabryką na powierzchni. Hangary trzech innych niszczycieli gwiezdnych oraz mniejszych jednostek wypuściły w przestrzeń eskadry ostroskrzydłych TIE Interceptorów, które dopadały i rozrywały na strzępy yuuzhańskie myśliwce, posyłając serie laserowych błyskawic. Skanery okrętów zaczęły skrupulatnie omiatać pole walki, przesyłając obraz bitwy na Inkwizytora i dając dowódcy pełny obraz sytuacji.
Sprzęgnięci w jeden organizm przez Xanora, napędzani pragnieniem zemsty przez medytację bitewną Mae wojownicy Sithów i Mandalorianie z zimną determinacją rzucali się w walkę.
Ale zaskoczeni Vongowie zbyt prędko zwarli szeregi, by Sithowie nie podejrzewali ich o posiadanie własnego koordynatora. Szybka analiza ustawienia floty poprzez mechu-deru wskazała na dwa potencjalne yammoski. Dwa carracki z osłoną myśliwców ruszyły jednocześnie, by zmniejszyć przewagę Yuuzhan.

[ Asteroida GN-112]
Póki co, podróż była prosta. Zamaskowany tankowiec przemknął do asteroidy nie niepokojony przez Vongów i zadokował przy GN-112.
- Jesteśmy na miejscu - zameldował przez komlink Yormi Blaak.
- W porządku, sir. Odciągniemy ich od was. - rozległ się głos kapitana Cesbrona.
Część Mandalorian odłożyła broń i zabrała się do połączenia zbiorników tankowca z magazynami fabryki i przepompowania Vabium. Reszta, w tym Yormi, obserwowała ich robotę siedząc na droidach bojowych typu Bazyliszek (zwanych przez nich Bes'uliik czyli “żelazna bestia”), na wypadek jakichś niespodzianek. Praca była ciężka, a tym razem czas nie był ich sprzymierzeńcem.

[Orbita Bandomeer, gdzie indziej]
Walki rozgorzały wokół całej planety. Trzeba się pośpieszyć: za niedługo z powierzchni zaczną podrywać się eskadry świeżych, śmiercionośnych skoczków. Pozorowany desant po drugiej stronie globu odciągnie je na wystarczająco długi czas. Czas opłacony krwią bezpowrotnie straconych Massassi. Mae nie chciała skazywać pełnego legionu na śmierć, ale muszą zatrzymać jak najwięcej skoczków w atmosferze. A co przyciągnie lepiej psychopatycznych wojowników niż szansa okrycia się chwałą w boju z niespotykanym dotychczas przeciwnikiem? Doskonale wiedząc, że będą słyszani przez Vongów, Sithowie puszczali w eter fałszywe rozkazy, raz po raz rzucając w nich słówko Jedi. To, że po dotarciu na miejsce Yuuzhanie stawali przeciwko wściekłej hordzie półdzikich bestii nie miało dla nikogo większego znaczenia.

Zatopieni głęboko w potędze Ciemnej Strony Mae i Xanor rozciągali ponad udręczoną skorupą Bandomeer swoje eteryczne ramiona. Moc i kamery pokładowe desantowców ukazywały im pierwszą falę ataku: zmierzające ku sobie tysiące wojowników, ziemię barwy rdzy, sterczące klify skał rozrzucone po płaskowyżu, między nimi rozlewa się nieprzebrana fala czerwonoskórych Massassi. Prądy władców Mroku łączą się ze sobą, dają siłę im nawzajem i ich armii, spierzchnięte z napięcia usta szepczą pierwsze zaklęcia...
To nem warls sen likt pust warls kopa
zrywa się wiatr…

Teraz.
- Do wszystkich jednostek - mocny głos kapitana Cesbrona przebił się przez szumy i zakłócenia systemów łączności - aktywować kod Gamma.
Krótki rozkaz wydany w ferworze bitwy, nie od razu, by Vongowie nie zorientowali się za szybko i systemy uzbrojenia włączyły kolejny rodzaj amunicji: biogłowice.
Już po kilkunastu minutach widać było efekty: spadające na powierzchnię planety sterty burego gruzu, będącego do tej pory myśliwcami Przybyszów z Dali, skorupy koralowych statków, zaciskające w umierających kadłubach swoje wciąż żywe, zdezorientowane załogi. Zagłada, jakiej najeźdźcy nie spodziewali się, właśnie się rozpoczęła.

Yormi musiał przyznać, że pomysł na toksynę Vabium Gamma był genialny. Koralowe skoczki, ich piloci i żywe systemy pokładowe ginęły natychmiast. Co będzie, jeśli wszystko to znajdzie się w zbiornikach fabryki? Skrzywił pysk w ponurym uśmiechu.
W końcu jednak kilkaset tysięcy metrów sześciennych gazu znalazło się na miejscu.
Blaak odetchnął.
- Teraz musimy pomóc naszej małej asteroidzie w podróży - uśmiechnął się i wskazał na Bandomeer.
Wokół planety flota Sithów i Mandalorian niezmordowanie walczyła z siłami wroga - Boba Fett wspierał Bractwo, jak obiecał. Mandalorianie doszli do sterowni.
- No to do dzieła - odezwał się Blaak.
Wkrótce GN-112 znajdowała się na kursie kolizyjnym.

Vongowie nie mogli zorientować się, co ich zabijało. Przez kilkadziesiąt najbliższych minut musieli być przekonani, że to nowy sposób walki daje przewagę flotom połączonym, a nie użyta przez nich amunicja. W tym celu trzeba było się podłożyć.
Do tej pory Inkwizytor i Mężny, drugi z niszczycieli typu Imperial II, trzymały się z boku. Teraz jednak ruszyły swe potężne cielska i jak durastalowe groty potężnych włóczni wbijały się w pobojowisko, wycinając sobie drogę turbolaserami i chissańskimi maserami. Idealny cel dla rządnych zemsty Yuuzhan.
Daleko od nich, niezauważona przez nikogo, drgnęła jedna z asteroid otaczających pojedynczym pierścieniem planetę.

Zwielokrotniony krzyk bólu przeszył napiętą tkankę Mocy, a z holowyświetlacza na mostku zniknął jeden carrack, zabierając ze sobą sporych rozmiarów koralowy krążownik. Druga z maszyn polujących na yammoska odgryzała się ostro otaczającej ją sforze skoczków. Na szczęście kadłub koordynatora Vongów zakosztował Vabium Gamma. Chroniące go myśliwce również. Tymczasem carrack, z wielką dziurą ziejącą w lewej burcie kuśtykał ku najbliższej jednostce wroga.
- Cichy, wynoś się stamtąd. - rozkazał im Cesbron.
- Inkwizytor, nic nam nie jest - usłyszał zgodnie z przewidywaniami - To znaczy, grodzie trzymają, mamy silnik i działa. Cichy bez odbioru.
- Sir - pierwszy oficer wskazał kilka grup yuuzhańskich maszyn lecących, jakby ktoś zniszczył im nawigację - Chyba się udało.
Kapitan skinął głową: - Mam nadzieję. Kie…
Nagle niszczycielem szarpnęło, kiedy osłony przyjęły potężną salwę rozgrzanej skały.
- Sir! Tarcze spadły na trzydzieści procent.
- Przekierować energię z turbolaserów, maser jeden i dwa, pozbądźcie się tego drania.
Gdy załoga potwierdziła rozkazy, zapytał: - Mężny jest już nad celem?
- Nie, sir, jeszcze czterdzieści osiem sekund.
Bezwiednie zmarszczył brwi: wyczyszczenie sobie korytarza spowodowało zwłokę mieszczącą się w granicach planu, ale nie może się ona pogłębić. Naraz tknięty dziwnym przeczuciem, do obecności którego nie umiał się przyzwyczaić od początku bitwy, połączył się z drugim Imperialem: - Mężny, ruszcie się natychmiast.
Jakby na potwierdzenie jego słów w stronę niszczyciela śmignęła eskadra mandaloriańskich Caburów. Chwilę potem od masywnej sylwetki ISDka oderwały się dwa promy typu Lambda i popędziły pod opiekuńcze skrzydła kanciastych myśliwców. Na mostku pisnęła jedna z konsol.
- Sir, przejmuję sterowanie ogniem Mężnego - zameldował pułkownik Zerin, dowódca artylerii z nurkującego ku zagładzie niszczyciela.
Zgodnie z planem Imperial z pełną obsadą mostka i nikim więcej na pokładzie miał wybrać cel na powierzchni Bandomeer, ustawić się na kurs i wbić w skorupę, niszcząc po drodze tyle, ile się tylko da. Kapitan Mężnego dość jednoznacznie ruszył na rozległe plantacje skoczków, przesłał sterowanie na Inkwizytora, po czym wraz z załogą opuścił pokład promem. Cabury miały ich odeskortować poza studnię grawitacyjną planety.

[Asteroida GN-112]
- Gotowe - rzucił do komunikatora Bothanin.
- Dobra robota, sir - pochwalił głos Cesbrona - Zbierajcie się stamtąd jak najszybciej.
- Myślę, że da się to zaaranżować. Yormi wyłącza się.
Po chwili Mandalorianin nadał sygnał do "Bralova".
- Aargan? Zabieramy shebs w troki.
- Tak jest, szefie - odezwał się Rodianin. - Zaraz będziemy.

[ISD Inkwizytor, orbita Bandomeer, godzina 04.37 czasu pokładowego]
Niżej.
Mentalny nakaz pchnął okręt ku ziemi, wyrywając go z rozkosznej strzelaniny ze zdychającymi jednostkami wroga.
W kapsule medytacyjnej ekrany przekazywały obraz z pola bitwy, lecz nikt na nie nie patrzył. Oboje Sithowie widzieli całą walkę poprzez Moc i dopiero teraz Xanor syknął z odrazą, bo zdał sobie sprawę, że pomaga mu w tym mechu-deru Chissanki. Słyszeli każde słowo wypowiadane na pokładzie, czuli każdy cios, jaki otrzymał durastalowy kadłub i wystrzeliwali osobiście każdą salwę z turbolaserów. Widzieli wyścig z czasem Mandalorian na asteroidzie i widzieli, jak wkrótce spadnie na powierzchnię planety. Cudowne połączenie Mocy i technologii tak pogardzane przez młodego Maga pozwalało mieć pełny obraz nie tylko obecnej sytuacji, lecz również przyszłych, prawdopodobnych zdarzeń. Do tego jednak potrzebowali pełnego skupienia.
Po ich drżących z wysiłku ciałach spływał pot, szybkie i urywane oddechy łączyły się w jeden, dwa serca w równym rytmie pompowały krew. Byli jednością. Ich potęga rosła, a Ciemna Strona karmiona krwią i gniewem wojowników przepływała przez nich szerokim i życiodajnym strumieniem.
Daleko pod nimi kurz z opadających martwych statków unosił się już nad całym kontynentem. W oblewającym planetę oceanie powoli tworzyły się nowe, koralowe, ohydne, martwe wyspy. Niebo płonęło co rusz wchodzącymi w atmosferę okrętami. Tuż nad rzadką barierą powietrza zawisł jasny klin Inkwizytora. Eteryczne palce Mocy wyciągnęły się ku powierzchni, powoli tworząc jeden, ukierunkowany wicher: Oddech zagłady.

Potężne uderzenie asteroidy zdmuchnęło z powierzchni Bandomeer ostatnie cywilizowane osady, wyrywając przy okazji głęboki krater. Ze szczątków fabryki w powietrze uleciały hektolitry Vabium Gamma, a towarzyszący temu huraganowy wiatr uniósł gaz ze sobą. Chmura pyłu rozprzestrzeniała się w zastraszającym tempie, zabierając każde yuuzhańskie życie, jakie napotkała.

Mandalorianie zebrali się na pokładzie Bralova i obserwowali wybuch asteroidy. Yuuzhanie zostaną wybici, a Sithowie zajmą należne im miejsce w galaktyce. Szkoda, że Mistrz Lupus i Magini Mae nie byli naocznymi świadkami tego przerażającego widowiska.
- To koniec - mruknął Blaak.

Dowódcy wojenni Vongów stracili albo życie, albo głowy, bo ich pobratymcy miotali się między paniczną ucieczką a szaleńczymi, samobójczymi atakami. Jednak ze zdychającymi dovin basalami ich okręty wojenne nie były już tak trudne do odstrzelenia i mało który dolatywał do sithańskich i mandaloriańskich pancerzy. Te zaś, które uciekały w pustkę kosmosu trafiały na kordon zajadłych myśliwców. Nikomu nie udało się ostrzec najeźdźców.

[Wysoka orbita Bandomeer, ISD Inkwizytor, kilka godzin później]
Główny hangar niszczyciela rozświetlały zielono-pomarańczowe barwy Mandalorian. Refleksy świateł nie były nachalne, jednak dość dobrze widoczne, a kompania szturmowców w białych, wypolerowanych pancerzach stała na baczność. Zadowolona Mae wreszcie mogła przypatrzeć się bodaj najsławniejszemu łowcy nagród w galaktyce: śniady mężczyzna emanował w Mocy chłodną kalkulacją i pewnością siebie, przy tym otaczała go aura wojownika i prawdziwego wodza. Magini, Xanor i kapitan Cesbron oczekiwali w połowie drogi ku turbowindom. Yormi, z hełmem pod pachą, podprowadził gościa do nich.
- Niech fortuna wojowników uśmiecha się do ciebie, Mandalorze - skłoniła się Chissanka - To dla nas zaszczyt, że możemy gościć cię na pokładzie.
- Cieszymy się, że wasze siły wsparły nas w walce. - dodał V’an-Ro.
Fett kiwnął głową.
- Mistrz Yormi opowiadał mi o Bractwie. Mam nadzieję, że nasza dalsza współpraca będzie układać się równie pomyślnie.
- Możesz być tego pewien, Mandalorze. - rzekł Yormi, a pozostali przytaknęli.
- Nasz świat może odetchnąć, ale to nie koniec. Jakie macie plany na najbliższy czas? - zapytał Boba Fett.
- Zostawimy tu niewielki patrol i pozwolimy Rebeliantom dalej się wykrwawiać. - wyjaśnił Cesbron - Reszta przegrupuje się i uzupełni biogłowice, ale prawdopodobnie zostaniemy w Przestrzeni Sithów. Vongowie kręcą się coraz bliżej.
- Dość rozsądny plan. - uśmiechnął się lekko i rozejrzał po hangarze. Niewątpliwie barwy jego ludu mile go zaskoczyły, ale nic nie powiedział - My też mamy czego pilnować. Będziemy w kontakcie poprzez Mistrza Yormiego.
Spotkanie zwycięskich wodzów dobiegło końca. Chwila triumfu wkrótce rozmyła się w zwyczajnej, pokładowej rutynie, a Xanor odleciał niedługo po Mandalorianach. Tylko szary klin gwiezdnego niszczyciela dłużej niż inni tkwił na niebie spustoszonej planety, jakby na coś czekał. W końcu i on opuścił studnię grawitacyjną systemu, zadrgał w pseudoruchu i zniknął.

[Wysoka orbita Korribanu, mostek SiSD “Krytos”, 17:00 czasu pokładowego]
Mae, Xanor i Merduk stali w postawie zasadniczej na mostku flagowca Floty, ubrani w oficjalne mundury. Za pancernymi iluminatorami Korriban w pierwszej kwadrze lśnił rudym blaskiem, który mieszał się z martwym, syntetycznym światłem lamp oświetlających mostek niszczyciela.
- Spocznij - mruknął Lupus, odwracając się w stronę iluminatorów.
Szef Floty wyglądał gorzej niż kilka tygodni wcześniej, zlecając zadania swoim podwładnym. Mae szybko wyłapała kilkudniowy zarost, podkrążone oczy i kilka nowych siwych włosów w gęstej grzywie Mistrza Sithów. Jednak w Mocy Lupus dalej przytłaczał obecnością, niczym milczący olbrzym trzymający w rękach życie rozmówcy i gotowy w każdej chwili zamknąć pięści.
- Melduję wykonanie operacji, Dowódco - powiedziała Chissanka. Człowiek uśmiechnął się lekko.
- Czytałem wasze raporty. Doskonałe wykonanie rozkazów na Bandomeer. Szkoda tylko niszczyciela…
- Niespodziewana konieczność. Był już skazany na zagładę, wpadł w pułapkę Vongów.
- Przyjąłem - mruknął Lupus i odwrócił się do Merduka. - Okręty admirała Velu zostały wcielone do Drugiej Grupy Imperialnej. Dobra robota, chorąży.
- Dziękuję, Dowódco - powiedział Zabrak, prostując się dumnie.
- To wszystko. Wracajcie do swoich obowiązków, możecie odejść.
Tego samego dnia trójka oficerów odebrała informację o awansowaniu ich o stopień wyżej.
Darth Alkern, Dark Lord of the Brotherhood of the Sith
"Only through hard work of others can we attain our dreams."

Zablokowany